http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Trzecia wojna światowa

Wojciech Jagielski
2011-09-12, ostatnia aktualizacja 2011-09-09 18:48

Amerykańscy żołnierze z bazy w Now Zad w Afganistanie
Amerykańscy żołnierze z bazy w Now Zad w Afganistanie
Fot. David Guttenfelder AP

Choć wojna z terroryzmem toczy się już dziesięć lat, nie ma w niej zwycięzców, lecz jedynie przegrani.

Panorama Manhattanu przed i po zamachach 11 września
Fot. Steve Allen Jupiterimages
Panorama Manhattanu przed i po zamachach 11 września
Widok na Manhattan i płonące wieże,  11.09.2001
Fot. MARTY LEDERHANDLER AP
Widok na Manhattan i płonące wieże, 11.09.2001
Terrorystyczny atak na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września 2001 roku był początkiem wielkiej wojny, która ogarnęła trzy kontynenty i zaangażowała dziesiątki krajów. Jej koniec może oznaczać kres dominacji Zachodu i panującego od dziesięcioleci międzynarodowego porządku.

Pierwszego dnia tej wojny w Nowym Jorku i Waszyngtonie zginęło prawie 3 tys. ludzi. Odwetem za atak na Amerykę miało być amerykańskie uderzenie na Afganistan, rządzony przez fanatycznych talibów, a w rzeczywistości zawłaszczony przez terrorystyczną międzynarodówkę Al-Kaidę, która afgańskie góry, wąwozy i pustynie przekształciła w swoją twierdzę i ojczyznę. Amerykańska inwazja miała być wojną błyskawiczną i zwycięską. Blitzkrieg przerodził się jednak w długotrwałą wojnę na wyczerpanie, która pochłonęła biliony dolarów i spowodowała śmierć co najmniej ćwierć miliona ludzi. Nie uczyniła świata bezpieczniejszym, za to w pełni i jak nic dotychczas ujawniła słabości i sprzeczności Zachodu.

Inwazja na Afganistan zdawała się być skazana na triumf. W solidarności z Ameryką cały niemal świat przyznał, że przysługuje jej prawo do sprawiedliwej zemsty. Bosonogie wojsko afgańskich talibów rozpadło się w mgnieniu oka, wojownicy Al-Kaidy wzięli nogi za pas. Jesienią i zimą 2001 r. w podkabulskiej Dolinie Pandższiru i górskiej twierdzy Tora Bora, wiosną 2002 r. w Kabulu, a nawet jesieną 2004 r. w Dżelalabadzie wydawało mi się, że po raz pierwszy w historii obca inwazja na Afganistan zakończy się powodzeniem i że zyskają na niej także sami Afgańczycy. Z entuzjazmem neofitów uczestniczyli oni w wyborach i eksperymentowali z innymi wynalazkami przywleczonymi przez najeźdźców z Zachodu: telewizją, telefonami komórkowym, internetem, asfaltowymi drogami.

Wygrana w Afganistanie została zmarnowana, gdy w 2003 r. Amerykanie postanowili najechać także na Irak. Atak na Afganistan, biedny i nic nieznaczący na mapie świata, został na nich wymuszony. Do wojny w Iraku Amerykanie szykowali się na długo przed 11 września. Obalając tamtejszego dyktatora i ustanawiając nowe porządki, chcieli przekonać cały świat arabski do zachodnich wartości i wzorów.

Ale inwazja na Irak, planowana także jako blitzkrieg, tak jak afgańska przerodziła się w przewlekłą, krwawą wojnę, w której podstawowym orężem był terroryzm i samobójcze zamachy bombowe. Tymczasem do Afganistanu wrócili partyzanci i wywołali zbrojne powstanie, które ogarnęło także sąsiedni Pakistan. Zamachy i strzelaniny stały się codziennością w jedynym muzułmańskim kraju dysponującym arsenałem nuklearnym. Wojna ogarnęła też Somalię, gdzie na prośbę Amerykanów ich sojuszniczka Etiopia pod koniec 2006 r. obaliła rząd tamtejszych talibów. W Jemenie i innych emiratach Zatoki Perskiej Amerykanie ścigali i bombardowali partyzantów bezzałogowymi samolotami, nie wyręczając się już nikim.

W Azji Południowej, na Bliskim Wschodzie i Afryce Zachód i jego wojska traciły opinię wyzwolicieli i dobroczyńców, za to coraz wyraźniej były postrzegane jako najeźdźcy i zaborcy. Bo choć trzecia wojna światowa wybuchła w Nowym Jorku, a potem przeniosła się też do Londynu i Madrytu, to toczy się przede wszystkim w Azji i na Bliskim Wschodzie, gdzie w ciągu ostatnich dziesięciu lat zginęło sto razy więcej ludzi niż na Zachodzie. Muzułmanie, zamiast dać się przekonać do Zachodu, jeszcze bardziej się do niego zrazili.

Zniechęcony niepowodzeniami Zachód nie myśli już o zaprowadzaniu wzorowej demokracji w Kabulu i Bagdadzie ani o przekonaniu do siebie świata islamu. Dziś wystarczą mu rządy zapewniające stabilność. To nie polityczne przemiany w Iraku posłużyły, jak śnił Bush, za inspirację do ulicznych rewolucji w krajach arabskich. Przeciwnie, wymierzone one były we wspieranych lub tolerowanych przez Zachód dyktatorów, którzy zapewniali mu święty spokój.

Wojskom Zachodu udało się rozgromić Al-Kaidę, a w tym roku zabić jej emira Osamę ben Ladena. W jego zamyśle uderzenie na Amerykę miało wywołać światową świętą wojnę, w której Zachód zostałby pokonany tak, jak przed laty komunistyczny Wschód w Afganistanie. Zachód dał się sprowokować, ale wytrzymał uderzenie i przetrwał dekadę dżihadu. Zapłacił jednak za to ogromną cenę.

Tocząc wojnę przeciwko Al-Kaidzie, dał sobie narzucić jej wojenne reguły. Przede wszystkim Osamie ben Ladenowi udało się przekonać znaczną część świata islamu, że wojna ma charakter religijny, a stosowany przez Al-Kaidę terroryzm jest najlepszą bronią w walce z potężniejszym przeciwnikiem. Nawet rozgromienie Al-Kaidy i zgładzenie jej saudyjskiego emira nie oznaczają zwycięstwa nad terroryzmem, który nie jest wszak organizacją zbrojną, lecz raczej sposobem myślenia. Nawet sposób, w jaki zginął - rozstrzelany, a nie osądzony i skazany - był ostatnim triumfem Osamy nad Zachodem.

Dziesięcioletnia wojna nie wykrwawiła Zachodu (na co liczył Osama), ale bardzo go osłabiła. Ostatnie lata wojny zbiegły się ze światową recesją i najgroźniejszym od lat kryzysem gospodarczym (talibowie utrzymują, że przyczyną zapaści jest właśnie wojna w Afganistanie), który postawił pod znakiem zapytania dotychczasowy porządek ekonomiczny. Wojna wystawiła też na najpoważniejszą próbę zachodni sojusz obronny NATO. W Iraku, a teraz w Afganistanie, Amerykanie wytykają europejskim sojusznikom (także Polakom) unikanie walki i myślenie tylko o sobie. Europejczycy narzekają na amerykańską butę i maniery rewolwerowców z Dzikiego Zachodu.

Brytyjski dziennikarz Jason Burke w swojej najnowszej książce stwierdza, że choć Zachód nie dał się pokonać w trzeciej wojnie światowej, to jednak jej nie wygrał. A nawet jeśli ostatecznie zwycięży, to wyjdzie z pola bitwy tak poraniony, że na podobne wiktorie długo jeszcze nie będzie mógł sobie pozwolić.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 20 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    29 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':