Rozmowa została opublikowana w ''Gazecie Wyborczej'' dokładnie miesiąc przed zamachem na rządowy budynek w Oslo, w którym zginęło 7 osób a 30 zostało rannych i masakrą na norweskiej wyspie Utaya, w której zginęło 85 osób, a 67 zostało rannych. Sprawcą był rdzenny Norweg, który uznał, że musi wstrząsnąć krajem, by zmienić wielokulturową, przyjazną imigrantom Norwegię. Więcej na temat tej zbrodni przeczytaj tu.
Paweł Smoleński: Czy wielokulturowa, barwna Europa przestała być modna? Michael Wolffsohn: Zależy, z kim rozmawiasz.
Załóżmy, że z brytyjskim premierem Davidem Cameronem. Z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym. Nawet z kanclerz Niemiec Angelą Merkel. Wszyscy oni twierdzą, że idea wielokulturowości spaliła na panewce. - To prawda, że ci politycy wyrażają taki pogląd. Lecz od poglądu ważniejsze są europejskie realia. A te są wielokulturowe i nie poradzą na to żadne zaklęcia.
Dzisiejsza Europa, również środkowa, definiuje się przez fundamentalne zmiany społeczne. Doświadcza przemiany z względnie homogenicznych, jednonarodowych i jednowyznaniowych społeczeństw w zbiorowości wielonarodowe i wielowyznaniowe. Czy to zmiana, której oczekiwano, czy coś, czego się nie lubi, nie ma znaczenia. Jesteśmy w okresie historycznego przejścia od jednej epoki do drugiej. Nie możemy zamykać na to oczu.
Jeśli otworzymy oczy, co zobaczymy? - Radykalną różnicę w obecności i sposobie traktowania Innego. Oraz - jak my, większość, jesteśmy postrzegani i traktowani przez mniejszości.
Kazimierz Wielki zaprosił w XIV wieku Żydów do Polski, za nic mając napięcia, jakie wywoływała ich obecność na zachodzie Europy. Żydów akurat nikt nie pytał o zdanie, czy chcą opuścić Zachód. Znamy późniejsze historie polsko-żydowskich sporów; tak samo, jak wiemy, jak wyglądały relacje Żydów z resztą Europy. Lecz dawna reguła wyglądała tak: Europejczycy mogą postępować z mniejszościami, jak chcą. Raz życzliwie - by znów wspomnieć polskiego króla - raz represyjnie. Tak czy siak, wszystko zależało od woli większości.
Ta reguła zmieniła się nieodwołalnie.
Może przede wszystkim z tego powodu Europa boi się obcych. W krajach północnej Afryki trwają rewolucje i niby Europa im kibicuje, głosząc, że domagają się europejskich standardów i wartości, lecz z drugiej strony najchętniej psioczy na uchodźców. - To moim zdaniem nie jest najważniejszy problem. Europa nie po raz pierwszy jest w takiej sytuacji, bo przez dziesięciolecia imigranci byli jej rzeczywistością. Z czysto pragmatycznych powodów Europa importowała obcych, choćby po to, by wykonywali najbardziej brudne prace, bo dla Europejczyków były niżej honoru. Co oznacza, że importowała niewolników na kontynent podobno wierzący w równość i wolność.
Wiemy, co stało się z niewolnikami i ich właścicielami, jakie to wytwarzało napięcia. Od XVI w. doświadcza tego
Ameryka. Europa jeszcze wcześniej, bo importowała Żydów. Kiedy importujesz ludzi, importujesz problemy, bo import ludzi to nie import rzeczy, towarów, surowców, ale import człowieka z całym jego kulturowym bagażem. Jestem bardzo zdziwiony, że Europa jest wielce zdziwiona, bo niby ni z gruszki, ni z pietruszki okazało się, iż importując ludzi, zaimportowaliśmy ich pragnienia, potrzeby, frustracje, obyczaje. Ale zaimportowani ludzie są w Europie na zawsze.
Czytałem wspaniały esej Jorge Luisa Borgesa o Bartolomeo de las Casas, mnichu dominikańskim, zaszokowanym, w jaki sposób traktowani są Indianie w nowo odkrytej Ameryce. Pisał o tym do króla Hiszpanii, więc zdecydowano, że zamiast eksploatować Indian, trzeba zaimportować do Ameryki Afrykanów. Ale biała Ameryka nie była na to gotowa.
To w jakiejś mierze również historia Europy. Po pierwsze - z powodu dekolonizacji. Ona poraziła Anglię, Francję, Holandię nie tylko dlatego, że utraciły prowincje, ale także przez napływ obcych z dawnych terytoriów zamorskich. Drugi powód - konkurencja gospodarcza, która wymusiła import większej liczby rąk do pracy. Tego doświadczyły Niemcy i inne kraje.
Słowem, do Europy zaimportowano ludzi, bo byli potrzebni. Ci ludzie przywieźli swoje problemy i zostali w Europie razem z tymi problemami. Koniec i kropka.
Z drugiej strony Europa wolno, lecz bez przerwy uczyła się akceptowania, że od jakiegoś już czasu jest wielokulturowa, wielonarodowa, wieloreligijna. Tak była oglądana przez większość swoich obywateli. I nagle, bez żadnych znaków ostrzegawczych, pojawia się coś nowego - agresywny islam. Na to akurat Europa nie była i nie jest gotowa.
Na wojujący islam dzisiaj nie ma mądrych. Jeden z duchowych przywódców Al-Kaidy, szejk Al-Awlaki, ma amerykańskie obywatelstwo. Można go zabić podczas akcji komandosów, jak Osamę ben Ladena. Ale nie można kontrolować jego korespondencji, cenzurować stron internetowych z jego wojowniczymi kazaniami. Tak stanowi amerykańskie prawo. Paradoksalnie, jedynym krajem, który radzi sobie jako tako z ekstremistycznym islamem, jest Izrael, choć nie próbuje, jak np. Francja, zakazywać noszenia islamskich burek. Płaci za to wielką cenę. - Europa nie akceptuje polityki Izraela. I znów - wynika to z historii Europy i Żydów. Wszyscy wyciągnęli z niej różne lekcje.
Żydzi postanowili, że już nigdy więcej nie będą ofiarami; powstał nawet nowy naród, Izraelczycy, zdolny do samoobrony. Europejczycy, a przede wszystkim Niemcy, postanowili, że już nigdy nie będą oprawcami, co znaczy, że nie użyją siły przeciwko komukolwiek, kto myśli bądź zachowuje się inaczej.