Zeszliśmy kilkanaście schodków w głąb przejścia podziemnego na warszawskim placu Na Rozdrożu. Po prawej stronie mieliśmy rozliczne sklepiki (w tym księgarnię), po lewej - witrynę, a w niej obrazy i obrazki, malowane w manierze "na staro", zapewne pod turystów korzystających z tego przejścia po drodze z lub do królewskich Łazienek. Nagle Gazmend stanął jak wryty: - Niemożliwe, nie tutaj.
Wyjął z kieszeni aparat i zaczął pstrykać zdjęcia, choć wiadomo było, że w tym mieszanym świetle jarzeniówek i słońca wyjdą raczej marnie.
A gdy odrzekłem, że ten kraj niekiedy tak ma, palcem narysował kółko na czole.
- Nie w tym miejscu - powtórzył.
Kim jest Gazmend Kapllani? Raczej drobnym, roześmianym mężczyzną, dopiero wkraczającym w wiek średni, czasem lekko nieogolonym i już znacząco siwiejącym. Doktorem filozofii Uniwersytetu Panteion w Atenach, felietonistą greckiej prasy i pisarzem znającym smak sukcesu; jego debiutancki "Krótki podręcznik przekraczania granic" zebrał znakomite recenzje i sporą garść połajanek oraz doczekał się kilku przekładów.
Gazi ma w swojej biografii epizod pomywacza i budowlańca. Wie, co to strach przed własnym krajem i przed nieznanym, doświadczył poniżenia i pogardy. Gdyż - przede wszystkim - jest Albańczykiem. Prawie 20 lat temu przeszedł górami zieloną granicę z Grecją, jak tysiące jego rodaków. Słowem - Gazi to człowiek z całkiem pokaźnym życiorysem.
Zapytajmy więc Gaziego, kim jest przeciętny albański emigrant w Grecji. Kłamczuszkiem; jeśli udało mu się jakoś usadowić, znaleźć pracę lepszą od zamiatacza ulic, opowiada swoim dzieciom, że przyleciał do Aten samolotem, choć przekradał się nielegalnie w jednej koszulinie i w dziurawych butach. Jest człowiekiem rozdartym - nie u siebie, akcent dziwny, lecz do siebie nie chce za żadne skarby, po albańsku rozmawia z innymi Albańczykami lub miewa tylko albańskie sny, czego się zresztą wstydzi.
Zaś w oczach Greków (- Nie wszystkich - zaznaczy Kapllani) jest dzikusem ze Wschodu (choć
Albania leży bardziej na zachód niż
Grecja), przybłędą zabierającym pracę, obcym, złodziejem, gwałcicielem, pijakiem, obibokiem, ciemniakiem, durniem i łachudrą. Choćby rozumiał się na Platonie i Arystotelesie, na cynikach i stoikach, pisywał do gazet, uczył studentów oraz znał pięć języków, jak Gazi.
Grecja, względem Albańczyków, po prostu tak ma.
A cóż tak wzburzyło Gaziego w warszawskim przejściu podziemnym? Żadne halo, raptem kilka obrazów, jakie można kupić w Warszawie i w Gdańsku, w Krakowie i w Kazimierzu. Portrety starych, brodatych Żydów, chytrze uśmiechniętych i przeliczających srebrne monety artretycznymi palcami. Motyw jak z platynowo-irydowego wzorca antysemickiego stereotypu: Żyd równa się skąpstwo i kasa, skąpstwo i kasa równa się kombinowanie, kombinowanie równa się spiskowi, spisek zaś - tajemnej władzy nad światem. Błyszczące monety niczym judaszowe srebrniki, zaś uśmieszek skrywa prawdziwe intencje. Sztuka - wypisz, wymaluj - godna ilustracji do "Protokołów mędrców Syjonu", a pewnie zawiśnie u kogoś w jadalnym; beże tła idealnie pasują do obicia niejednej kanapy. Gazi pierwszy raz w życiu oglądał takie obrazy.
- Niemożliwe - powtarzał. - Po prostu niemożliwe. Ile stąd jest kilometrów do Auschwitz? Trzysta? A ile do Treblinki?
I nie przyjmował do wiadomości, że ten kraj niekiedy tak ma.
Nie dziwmy się, że Gazi bez pudła rozpoznaje antysemicką symbolikę zanurzoną w stereotypach i uprzedzeniach. Wszak jest człowiekiem wykształconym i wrażliwym. Faktem jest również, że późno się o tym wszystkim dowiedział; w Albanii, najbardziej zasklepionym i izolowanym kraju Europy, miał inne problemy. Ale w końcu uważa Europę (może przede wszystkim tę wschodnią, doświadczoną totalitaryzmem) za swoje miejsce na ziemi.
Kapllani czuje grozę antysemickich stereotypów. Bo zna historię i sam - gdy dotarł do Grecji - został wciśnięty w ramy stereotypu, akurat antyalbańskiego. Lecz rychło wybił się ponad emigrancką przeciętność. I co się wówczas stało?
- Grecka prawica, koniecznie bardzo religijna, powiada o mnie: ten Kapllani nie może być Albańczykiem. Skończył studia i pisze te okropne książki obrażające Greków, a tego przecież nie potrafi żaden Albańczyk. Nazwisko dziwne, pewnie bliskowschodnie, a może nawet hebrajskie, twarz też jakaś nie bardzo. Tak, ten Kapllani to z pewnością albański Żyd.
Tym sposobem Gazmend Kapllani - człowiek pogodny, poliglota, pisarz i intelektualista - doświadcza podwójnej stygmatyzacji: niby Albańczyk, lecz skoro taki bystry i wygadany, to - rzecz wiadoma - musi być kuzynem Mojżesza.
- Grecja bywa antysemicka prawie tak bardzo jak antyalbańska - mówi Gazi. - Ale takich obrazów nigdy nie widziałem. To po prostu niemożliwe.
Opowiedziałem o Gazim kilku znajomym. Niektórzy wzruszyli ramionami na taką przesadę. Ktoś zapytał, czy handel portretami starszych panów rachujących pieniądze to naprawdę grzech. Niektórzy rzekli: - No, tak, ten kraj tak ma.
I ani słowa więcej.