Carl Schmitt nie cierpiał ducha oświecenia. Widział w nim wroga religii i Kościoła. "Jak długo oświeceniowa idea ludzkości - pisał - kryła w sobie pierwotną siłę, jej zwolennicy mieli odwagę głosić ją i realizować w bezkompromisowy, czasami nieludzki sposób. Filozofowie humanizmu w XVIII wieku głosili oświeceniowy despotyzm i dyktaturę rozumu. Byli zarozumiałymi arystokratami".
Dzisiejsi wielbiciele Schmitta chętnie powtarzają te zarzuty, dorzucając jeszcze odpowiedzialność oświecenia za upadek dobrych obyczajów, złowrogi sceptycyzm, relatywizm, pesymizm moralny i libertynizm.
Tymczasem oświecenie to - według Immanuela Kanta - "odwaga posługiwania się własnym rozumem". Tylko tą drogą można pokonać barbarzyństwo.
Bronisław Baczko, autor znakomitych prac na temat wieku świateł, zwraca uwagę, że istniały głębokie podziały w świecie ówczesnych humanistów: duch sceptycyzmu zmagał się z duchem utopii, Rousseau z Wolterem, oświecenie "wysokie" filozofów z oświeceniem "niskim" pamfletów czy książek pornograficznych. Swoiste pęknięcie - pisze Baczko - obecne jest w myśli Woltera, który z jednej strony dowodzi, że "wszystko jest znośne", ale z drugiej zmaga się z nieuchronną obecnością zła w świecie ludzkim.
Wolter nie mógł pogodzić się z przypadkową i absurdalną śmiercią i nie mógł nie dostrzec, że świat jest pełen ludzi "bezwzględnie podłych, którzy znajdują przyjemność w szkodzeniu społeczeństwu". Jednak tenże Wolter wierzył, że można przeciwstawić się "łajdactwu". Bronisław Baczko wierzył w to samo przez całe życie, chociaż w różnych czasach w różny sposób. Wierzy w to do dzisiaj - dlatego pisze to, co pisze.
I W to samo - w możność przeciwstawienia się złu - wierzyli przywódcy rewolucji francuskiej. Wszelako w odróżnieniu od Woltera rewolucjoniści uwierzyli, że realizując idee oświecenia - zdołają zbudować świat wolny od zła. Realizacja utopii Rousseau była trwale wpisana w wyobraźnię rewolucjonistów.
Refleksje nad fenomenem rewolucji należą do najważniejszych tematów XX wieku. Rewolucje fascynowały i nadawały sens życiu, wyzwalały i obalały tyranów, przynosiły wolność i rodziły zniewolenie, bywały kataklizmem pełnym okrucieństw i ruszały z posad bryłę świata.
Rewolucje pożerały swych ojców i swoje dzieci. Ale przynosiły też nadzieje wykluczonym, poniżonym, dyskryminowanym - tym wszystkim, których potrzaskały koła Wielkiej Historii.
"Jesteśmy z pokolenia wojennego - opowiadał Bronisław Baczko, autor przenikliwych prac o rewolucji francuskiej. - Naszym fundamentalnym doświadczeniem była i jest II wojna światowa, czyli zerwanie. W sensie historycznym i egzystencjalnym tego słowa: rodziny wymordowane, studia przerwane, domy zburzone. Jesteśmy pokoleniem, które zetknęło się z próżnią".
Tę próżnię wypełniała wiara w rewolucję i komunizm; wiara, że można uwolnić świat od zła; zło miało przecież twarz Adolfa Hitlera. Brutalna empiria pokazała jednak, że zło jest nieusuwalnym składnikiem w tej ludzkiej kondycji. Dlatego Bronisław Baczko tak uparcie powracał do zła rewolucji i do skandalu Zła.
II "Kiedy stajemy się komunistami, mając za sobą lat osiemnaście - wspominał już w 1956 r.
Leszek Kołakowski, przyjaciel Bronisława Baczki - niezachwianą ufność do własnej mądrości oraz garstkę nieprzemyślanych a przecenionych doświadczeń uzyskanych w Wielkim Piekle wojny - bardzo niewiele myślimy o tym, że komunizm jest nam potrzebny w celu uzgodnienia stosunków produkcyjnych z poziomem sił wytwórczych".
Czym był tedy komunizm? Był "mitem lepszego świata, niejasną nostalgią za życiem ludzkim, negacją zbrodni i poniżenia oglądanych w nadmiarze, królestwem wolności i swobody, posłaniem wielkiej odnowy, wizją istnienia".
"Mamy zatem - konkludował Kołakowski - przed sobą cel, który usprawiedliwia wszystko. (...) Nie cierpimy tych, którzy głosikiem czystym i dźwięcznym jak śpiew kastratów nawołują nas do umiaru i ostrożności, a w dniach pełnych świeżej krwi znają tylko jedno hasło: myjcie ręce, myjcie ręce".
Myślę, że Bronisław Baczko, tak jak wielu innych intelektualistów tej formacji i generacji, mógłby podpisać się pod tymi słowami. Sam pisał o rewolucji, że "zaciera granice między publicznym a prywatnym, upolitycznia wszystkie konflikty, od wszystkich i każdego z osobna żąda totalnego zaangażowania (...), powołuje się na legitymację dawniejszą niż porządek prawny, wyraża się poprzez przemoc, burzącą zarazem dawny porządek i stwarzającą nowy świat (...); nie przyznaje wolności wrogom wolności, polaryzuje stanowiska i upodabnia politykę do pola bitwy, na którym wrogie obozy wydają sobie walkę na śmierć i życie: trzeba wybierać między rewolucją i kontrrewolucją, letni i obojętni podejrzani są o zdradę".
Rewolucja musi bowiem "radykalizować się nieprzerwanie, na każdym z jej etapów zawsze znajdą się rewolucyjni fundamentaliści, dla których rewolucja nie jest zakończona, dopóki nie zrealizuje swego ostatecznego celu, wszystkich swoich obietnic. Rewolucyjne namiętności są wiecznie nienasycone i żaden rewolucyjny projekt nie jest dość radykalny, by nie popaść w podejrzenie o moderantyzm" (z eseju w przekładzie Moniki Milewskiej).
Tę znakomitą - zwięzłą i klarowną - formułę Bronisława Baczki należy zadedykować wszystkim - dawnym i obecnym - amatorom rewolucji.
Dedykuję ją przeto samemu sobie.