"Ojczyzna to bezpieczeństwo" - powiada Jean Amery: Pisząc te słowa w 1966 roku w rozdziale "Ile ojczyzny potrzebuje człowiek?" książki "Poza winą i karą" (Kraków 2007), Francuz Jean Amery, urodzony w Austrii w 1912 roku jako Franz Meyer, wiedział, co mówił - bo ojczyznę utracił i odczekał 27 lat, by pojąć w pełni, na czym polegała owa strata - już bezpowrotna i nie do odrobienia: dowiedział się, że "nigdy powrót w jakąś przestrzeń nie jest odzyskaniem straconego czasu".
Bezpieczeństwo to tyle, co pewność; a znów "pewnym można się czuć tam, gdzie nie spodziewamy się niczego zaskakującego, nie musimy się obawiać czegoś całkiem i zupełnie obcego" - czyli całkiem i zupełnie niezrozumiałego; a więc, jakby powiedział Wittgenstein, czegoś, co nie zawiera nie tylko instrukcji, ale choćby aluzji do tego, jak się wobec niego zachować. Stratę ojczyzny uświadomił sobie Amery wtedy, gdy ocknął się w otoczeniu znaków, które były dlań "równie nieczytelne jak etruskie pismo": "Twarze, gesty, stroje,
domy, słowa", pozostając doznaniami zmysłów, przestały być znakami. Jeśli ojczyzna jest siedzibą ładu, przewidywalności i pewności siebie, obczyzna jest domeną nieładu, zaskoczenia i konfuzji. Jeśli się dość długo na obczyźnie pobywało, można się nauczyć wynajdywania czy choćby domyślania ładu znaczeń w chaosie doznań; ale "dla emigranta, który znalazł się w obcym kraju już jako osoba dorosła, takie rozeznanie w znakach nie będzie odruchowe, a będzie stanowiło raczej akt intelektualny, związany z pewnym umysłowym wysiłkiem".
Wchodząc w język ojczysty, nie zauważylibyśmy pewnie, że posiada on gramatykę, gdyby nas o tym nauczyciele, w pierwszej chwili ku naszemu zdumieniu, a nieco później i irytacji, nie powiadomili. Gramatyka jest cerberem zagradzającym wstęp do wszystkich języków - z wyjątkiem ojczystego (to właśnie brak cerbera u bramy czyni go ojczystym). W języku ojczystym jest gramatyka spolegliwym, a nie natrętnym przewodnikiem, troskliwym, acz niewidzialnym aniołem stróżem; we wszystkich innych jest demonem zaczajonym w mrokach na szczycie Jakubowej drabiny. Jak stwierdził cytowany przez Amery'ego Günther Anders: „Nikt nie może przez całe lata poruszać się wyłącznie w obrębie języków, którymi nie włada, a które tylko w najlepszym wypadku nieudolnie naśladuje, nie padając przy tym ofiarą ubóstwa swojego mówienia". Bo i mowa ojczysta wykrusza się wtedy „kawałek po kawałku, i to najczęściej tak niepostrzeżenie i stopniowo, że nie zauważamy straty". Aż do momentu olśnienia po 27 czy iluś tam latach - gdy pojmiemy, że bezpowrotna strata ojczyzny to tyle, co nieodwracalność utraty bezpieczeństwa. Olśni nas wówczas, że „La table nigdy nie będzie tym samym co stół, co najwyżej można się przy nim najeść do syta".
Uchodźstwo okrada uchodźcę z tożsamości. A więc okrada z ufności. A więc i z wiary, że jest prawdą to, co za prawdę przyjmuje. A jako że owa wiara jest puklerzem ochronnym wiedzy o tym, co prawdą jest, a co nią nie jest, to prędzej czy później uchodźstwo ogołoci uchodźcę i z wiedzy... "Bryła świata" swą niewzruszoność zawdzięcza krzepkim ramionom Atlasa tożsamości. "Ruszy z posad", gdy te ramiona zadrżą. A uchodźstwo już zadba o to, by zadrżały.
Prawdą jest to, o czego prawdziwości my wszyscy wiemy, bo w jego prawdziwość wierzymy - wierzymy, że wiemy: czyli to, co dla nas wszystkich oczywiste. Oczywistość to tyle, co stop wiedzy z wiarą. Oczywistości nie można nabyć, sprokurować czy sporządzić. Coś jest oczywiste bądź oczywiste nie jest - tertium non datur. Oczywiste jest wtedy i tylko wtedy, gdy są tacy „wszyscy", którzy w jego oczywistość wierzą, i gdy nikt nie kwestionuje mojego prawa do objęcia owych „wszystkich" osobowym zaimkiem „my”. Jeśli te warunki są spełnione, mam tożsamość. Jeśli nie są, mam co najwyżej propozycję tożsamości albo pomysł na tożsamość; wniosek raczej o tożsamość, który mógłby być przyjęty lub odrzucony, gdyby istniał sąd, jaki by do rozpatrzenia wniosku był uprawniony i jaki by wniosek na rozpatrzenie przyjął. Ale nie ma takiego sądu - i bryła świata rusza z posad. I już się jej nie zatrzyma.
W moim przypadku warunki spełnione nie zostały. Obdarzony zostałem prawem do wyboru, to wspaniale. Z zastrzeżeniem jednak, że mój wybór, jako sprawa prywatna, nikogo poza mną nie zobowiązuje. A to już, jeśli i wspaniałe, to nie całkiem.
Henryk Grynberg, który z pstrej rudy polskiego uchodźstwa wytopił szlachetny kruszec literatury, napisał (w książce pod tytułem... a jakże, "Uchodźcy"): "Samobójcy też są uchodźcami, może jeszcze bardziej". No właśnie.
Totalitaryzm jak gra komputerowa Žižek (postać żywcem przeniesiona z epoki dada, norza w bżóchu i épatez les bourgeois do epoki, w jakiej epatować już nie ma kogo, bo wszyscy po dziurki nosa wyepatowani i epatowaniem doszczętnie zblazowani) napisał ostatnio, że dwa niemieckie filmy o życiu codziennym Ossich w czasach, gdy jeszcze ich tak nie przezywano, nie chwytają istoty komunistycznego totalitaryzmu; ba, fałszują jego rzeczywistość. Jeśli chcesz wiedzieć i innych powiadomić, jak się za komunizmu żyło, orzeka - rób filmy z „Opowiadań kołymskich” Warłama Szałamowa... W milczącym założeniu: prawda komunizmu kryła się w barakach Magadanu, a nie panoszyła po ulicach Tambowa czy Jarosławia. A prawda nazizmu pewnie się gnieździła w Dachau i Auschwitz, a nie pleniła w tej wiosze, o której rozwlekle opowiada serial „Heimat"?
Spytałbym Žižka, gdyby było warto (a nie jest), dlaczego szczęściarze, którzy za późno się urodzili, by smaku totalitaryzmu zaznać osobiście, mieliby chcieć, a co więcej - wytężać mózgi, by totalitaryzm, zamierzchłe już wszak dla nich dzieje, pojąć? Od skręcających kiszki okropności mają przecież „Reservoir Dogs” albo „Chain-saw Massacre”, albo „Friday Thirteen”, i codzienne porcje telewizyjnych horrorów, i setki odmian komputerowych gier w hurtowe mordowanie odmieńców... A wszak w zestawieniu z wyrafinowanym artyzmem kina, telewizji, Nintendo czy Play Station codzienność lagrów i łagrów zdać się im musi poronionym tworem prowincjonalnych chałupników i tandeciarzy. Ci szczęściarze wiedzą niemal od urodzenia, że rzeczy potworne są dziełem potworów, a nikczemne sprawki sprawą nikczemników, że więc potworów i nikczemników trzeba trzebić, zanim oni zaczną to z nami czynić, a jako że trzebieni są pomiotem szatańskim, ich pogromcy są - kim innym, jeśli nie aniołami? Więc gdy z wypiekami na twarzy starają się elektronicznych potworów w ich własnej niecnej grze pokonać, ich podstępy jeszcze wymyślniejszymi podstępami ripostować i wykosić ich zastępy, zanim oni nasze kosić zaczną, w niczym to ich własnemu o sobie mniemaniu nie uwłacza. Przecież te elektroniczne potwory dybały na nich z czystego okrucieństwa, podczas gdy oni ze swojej strony ratowali siebie, a przy okazji i resztę świata przed okrutnikami. Ludzkość dzieli się na katów i ich ofiary, a gdy te drugie zgładzą ostatniego z tych pierwszych, sprawę okrucieństwa będzie można złożyć do którejś składnicy pamięci/niepamięci i drzwi za sobą zatrzasnąć. Jeśli okrucieństwo jest dziełem okrutników, myśmy są bez skazy - quod erat demonstrandum.
O, gdyby tak było... Gdyby totalitaryzm dał się sprowadzić do wypuszczenia z klatek paru bestii w "normalnych, czyli porządnych" czasach pod kłódką trzymanych... Gdyby cierpienie uszlachetniało, gdyby było glejtem na niewinność i moralną cnotę... Gdyby niecnota oprawców na ich ofiary i na świadków ich zbrodni nie skapywała i ich nie brukała, gdyby ofiary maszerowały na plac kaźni czyste i nieskalane... Gdyby dało się, jak to w lagrach i łagrach czyniono (lub przynajmniej uczynić się gorliwie starano, i jeśli się do końca nie udało, to nie z braku gorliwości!), podzielić świat schludnie i klarownie na wszechwładne i powolne ich wszechwładzy przedmioty, na tych, co czynią, i tych, którym jest czynione... Komunistyczny i nazistowski totalitaryzm byłby wówczas jeszcze jednym z krwawych epizodów, w jakie dzieje ludzkie obfitują. Epizodów, w jakich jedni biją, a drudzy są bici. Epizodów, jakie zamknąć trzeba (i da się), poddając chłoście tych, co bili, i obwieszając orderami tych, co byli bici. A zamknąwszy, można pozostałe po nich pożółkłe i sparciałe pamiątki złożyć do lamusa, bo wszak w niczym innym już nam, którzy je zamknęli, bruździć nie będą...
Niestety, wbrew temu, co Žižek doradza, grozy totalitaryzmu nie da się przeniknąć, rozglądając się po Kołymie czy Dachau, owych, jak powiadała Hannah Arendt, laboratoriach, gdzie dociekano granic ludzkiego zniewolenia. Żeby tę grozę pojąć do reszty, żeby zajrzeć tam, gdzie jest ona najbardziej jadowita i złowieszcza, a i bynajmniej jeszcze nie wygasła, trzeba wyjść poza zasieki z kolczastego drutu.
Syndrom przeżytnika Cierpienie zawsze boli, ale rzadko uszlachetnia. Rzecz oczywista, że zadawanie cierpienia niszczy moralnie oprawców. Ale i ofiary nie uchodzą cało, nieposzlakowane, z pogromu impulsów i hamulców moralnych... Czekają na swą szansę odpłacenia katom w ich własnej monecie? Tak, ale najpierw uczą się tajników życia, w jakim ta moneta jest obiegowa. Amerykańscy psychiatrzy leczący tuż po wojnie ludzi, którzy przeżyli koszmar Holocaustu, określili dolegliwość nękającą ich pacjentów mianem „kompleksu winy" (guilt syndrome): „Dlaczego ja żyję, gdy tylu innych na moich oczach ginęło?!”. Ale rychło zmienili opinię. „Kompleks winy" zniknął z psychiatrycznego słownika zastąpiony „kompleksem przeżytnika" (survivor's syndrome): „Na mnie czyhają, chcą mnie dobić, i niechybnie zrobią to, jeśli ich nie uprzedzę, jeśli to nie ja pierwszy cios zadam...".
"Syndrom przeżytnika" jest dziedziczny; kolejne pokolenia przekazują sobie zatrute owoce odchodzącej w przeszłość martyrologii. Potomkowie ofiar przechowują już tylko wspólnotową klechdę kategorialnego, a dziedzicznego cierpiętnictwa, sami nie zaznawszy doświadczeń, na jakie się owe przekazy powołują; ta okoliczność czyni "przeżytnicze" nauki snute z doświadczeń martyrologii niewrażliwymi na praktyczne testy. Uwolniona od rzeczowych sprawdzianów wizja spiskującego świata dołącza do grona "przeżytników" i rej w nim wodzi. Za jej pomocą "przeżytnicy" osobowi mogą, by się posłużyć sformułowaniami Alaina Finkielkrauta, uczestniczyć w chwale swych męczenniczych przodków i domagać się z tego tytułu kompensaty i glejtu na bezwzględność własnych poczynań - nie płacąc ceny, jaką przodkom wypadło za pamięć potomków zapłacić.
Zarówno ofiary, jak i niemi świadkowie zbrodni przymuszeni, jak pisał Jan Błoński, do „uczestniczenia w krwawym widowisku" wiedzą teraz aż nadto dobrze, że na pozbywanie się ludzkich kłopotów, i tych rzeczywistych, i tych rzekomych, istnieją sposoby (nieludzkie to sposoby? Być może, ale wszak skuteczne...). I że nieludzkość jest w ludzkiej mocy. Więc ktoś, gdzieś, kiedyś, może po te sposoby sięgnąć. A więc i samemu trzeba będzie się do nich uciec, jeśli lęk stanie się nie do wytrzymania... Ceną pozostania przy życiu jest zabicie tych, którzy mogą i chcą, a więc mają cię zabić...
"Syndrom przeżytnictwa" podpowiada, że sensem życia jest przeżycie - dodając z miejsca, że kto zada pierwszy cios, przeżywa tego lub tych, którzy nie zdążyli. Jeśli cios był zadany w porę, a był nadto celny i nokautujący, można się zemsty ani kary nie obawiać. Świat po Holocauście promuje wojny "zapobiegawcze". Jak wskazują doświadczenia irackie, gotów jest w imię zapobieżenia spodziewanemu ludobójstwu popuścić pasa ludobójczym namiętnościom. A jak wskazują doświadczenia Abu Ghraib czy Guantanamo, nie ma też ów świat skrupułów wobec tych, którzy (kto ich wie?!) ciosu nie omieszkaliby zadać, gdyby się wobec nich skrupuły żywiło. Lekcje Holocaustu pomagają jednemu i drugiemu.
O przewadze Schindlera nad Korczakiem „Lista Schindlera” Stevena Spielberga stawia kawę na ławę: w latach pieców i pogardy szło o to, aby przeżyć innych, a więc musiało iść też i o to, by przeżyli ci raczej niż tamci. Spielberg ku poklaskowi krytyki zaprzęga na służbę „sztuki przeżycia" to samo złowieszcze narzędzie nowoczesnego ludobójstwa, które Raoul Hilberg uznał za pierwszy krok do zagłady Żydów europejskich (ich los był przesądzony, pisał, w chwili gdy pierwsi niemieccy urzędnicy miejscy sporządzili pierwsze listy żydowskich mieszkańców miasta). Schindler, bohater filmu, okrzyczany z powołaniem na Talmud „zbawcą ludzkości", odrzuca ofertę wymiany jego Żydówek - tych z jego listy - na „inne Żydówki". A widownia wybucha aplauzem, gdy z pociągu ruszającego do Treblinki Schindler wyciąga swojego, też z listy, człowieka, pewnie w odróżnieniu od reszty pasażerów wpakowanego do bydlęcego wagonu przez omyłkę i niedopatrzenie. Jak wspomina Janina, w getcie warszawskim przyszłe ofiary z numerkami buntowały się przeciw przyszłym ofiarom bez numerków, które próbowały się do ich kolumny marszowej wcisnąć. „Przez nich niewinni ludzie zginą!", krzyczeli - w języku oprawców. Zanim Bóg ludzi na stracenie powiedzie, miesza im języki...
Po wysłuchaniu wygłoszonego przez nią w Brukseli referatu o różnych sposobach interpretowania lekcji Holocaustu w sztuce filmowej, belgijski filmowiec zagadnął Janinę, dlaczego arcydzieła Andrzeja Wajdy, filmu "Korczak", nie pokazywano w kinach amerykańskich i dlaczego krytyka amerykańska je zbyła milczeniem. To proste, odpowiedziała Janina. Przesłanie Wajdy (i Korczaka...) jest w jaskrawej opozycji do panującej wersji Holocaustowej nauki. Korczak nie uratował ani jednego życia - nawet własnego! Korczak uratował tylko przed zbrukaniem i sponiewieraniem człowieczą godność dwóch setek dzieci... Więc za co go szanować, a jego pamięć czcić?!