http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Komiwojażer w świecie sztuki. Autoportret Völkera Schlöndorffa

Völker Schlöndorff *
2009-02-15, ostatnia aktualizacja 2009-02-13 17:11

Czyżbym był takim Willym Lomanem, jeżdżącym po całym świecie, prezentującym swoje wyroby, rzadko kupującym cokolwiek, ale żyjącym w świecie iluzji? Skrócona wersja odczytu wygłoszonego 9 listopada w ramach Lekcji Berlińskich organizowanych przez Berliner Festspiele und ZEIT-Stiftung Ebelin und Gerd Bucerius.

Młoda kobieta pochyla się nad małym chłopcem z uśmiechem. Chłopiec wpatruje się szczęśliwy w matkę. To pośpiesznie zrobione zdjęcie utrwaliło ich oboje na ławce pod lasem. To najwyraźniej piękne lato 1939 r. Sześć lat później w tym miejscu chłopiec obserwuje wychodzących z lasu Amerykanów. To jedno z moich pierwszych wspomnień. Młoda kobieta ze zdjęcia, moja matka, w tym czasie od roku już nie żyje.

Byłem jej pierwszym dzieckiem, zaraz po mnie przyszedł Detlef. Nasze imiona mówią dużo o czasach, w których żyliśmy. Mieszkaliśmy w Biebrich, przemysłowym przedmieściu Wiesbaden. Tu kwitł głównie przemysł chemiczny, słynne Kalle Chemie-Werke, cementownia Dyckerhofa i ważna również ze względów wojennych winiarnia Henkella.

Którejś nocy pocisk rozbił nasze poddasze, drzwi i okna wyleciały z futryn. Przenieśliśmy się na wieś, do małego domku w lesie. Była wiosna 1944 i właściwie nie było to wcale takie złe, ponieważ kilka tygodni wcześniej wydarzyło się coś naprawdę strasznego. Ociec lekarz przyjmował pacjentów na parterze. W tym czasie matka gotowała na kuchence gazowej wosk do pastowania podłóg. Bawiliśmy się z bratem na schodach. Nagle straszny krzyk. Z kuchni wydobywał się potworny dym. Iskra zajęła płynny wosk i doprowadziła do eksplozji. Mama stała w drzwiach cała w ogniu.

Tak to sobie wyobrażałem. Bo tak naprawdę wcale tego nie widziałem.

Ktoś zamknął nas w pokoju dziecinnym. Pamiętam tylko, jak tłukłem piąstkami w drzwi, za którymi wydarzyło się to coś strasznego - i dziesiątki lat później kazałem małemu zrozpaczonemu Oskarowi tłuc pięściami w drzwi toalety, za którymi jego biedna mama Agnes Matzerath umierała zatruta rybami. Nie wiem, czy i ona żegnała się ze światem słowami: "To już koniec?".

Wojna trwała jeszcze rok. Pojawili się dezerterzy rzucający broń do wypełnionych wodą deszczową lejów po bombach. Ojciec dawał im kilka butelek rieslinga i wołał za nimi, że wszystko skończone. A więc nie tylko dla mamy był to koniec, lecz dla wszystkich.

Mały Amerykanin

Kilka tygodni po moich szóstych urodzinach w oknach wywieszono pośpiesznie białe prześcieradła. Kiedy w końcu usłyszeliśmy "Idą!", uciekliśmy do lasu.

Największe wrażenie na nas, dzieciach, zrobili kierowcy ciężarówek. Byli czarni, ale wyglądali zupełnie inaczej niż Murzynek na opakowaniu czekolady Sarotti. Wielcy, potężni, z dużymi białymi zębami sprawiali wrażenie supermanów. Nie trwało długo, a już każdy z nas znalazł swojego Ami wśród tych młodocianych GI's z Iowy, Dakoty czy Nebraski. Te osiłki, które pokonały naszych rodziców, stały się naszymi sojusznikami. Przeszliśmy na stronę wroga, którego nie interesowały zakazy typu "wstęp wzbroniony", ale który jeździł po trawnikach i klombach z jedną nogą wystającą z samochodu.

Cywilizacja amerykańska dawała po prostu dużo większe pole do popisu niż "niemiecka spuścizna" naszych rodziców i nauczycieli. W Boys-Club zostaliśmy najpierw poddani dezynfekcji, potem był ping-pong, pierwsze pomarańcze, ogromne rękawice do baseballa. Nawet nie zauważyłem, kiedy zostałem kompletnie zamerykanizowany.

A wokół nas zmienił się kraj: konstytucja, reforma walutowa, marka, wolność wykonywania zawodu... Rozpoczęła się odbudowa, w której pomagały ciężarówki planu Marshalla jadące na nas z plakatów i transparentów. Ruiny zostały zburzone; puste miejsca zapełniły domy z mieszkaniami socjalnymi.

Po szkole wymykałem się do Roxy, Rio, Apolla czy Walhalli. Niemieckich filmów unikałem, za to chętnie chodziłem na kryminały i westerny. Uchodziły za chłam i tandetę, a tym samym były dla mnie wartościowe. A poza tym pochodziły z ziemi obiecanej, z Ameryki.

A w tym kraju? Chciałem skończyć gimnazjum i iść do filmu... Ojciec był silniejszy. Wtedy odkryłem za biblioteką amerykańską stowarzyszenie im. Pestalozziego, które oferowało trzymiesięczne kursy językowe we Francji. Coś mnie gnało, żeby stąd odejść i przybrać kolejną tożsamość, tym razem dzięki własnej decyzji.

Wychowanek

Co za siła była we mnie? Nie mam pojęcia. Tak jak nie mogłem się spodziewać, jak dalece zmieni się moje życie, tak nie chciałbym zostawić wrażenia, że stało się to przypadkiem. Któregoś ranka stanąłem na dworcu kolejowym z walizką, gotów do osiemnastogodzinnej podróży. Cel okazał się internatem prowadzonym przez jezuitów. Obudziłem się w sali na 110 łóżek. Poddałem się rutynie innych: mycie z gołym torsem przy stojących wzdłuż sali umywalkach z kapiącymi kranami, zejście schodami do toalety po jednej stronie sypialni, do jadalni - po drugiej. Czekające na stołach bagietki i marmolada. Zagłuszający wszystko wrzask uczniów, dochodzące z kuchni dudnienie blaszanych naczyń, zaraz potem cisza w pomieszczeniu, które było naszą klasą.

Któregoś dnia cały internat poszedł do kina w pobliskim miasteczku. Mieliśmy zobaczyć film dawnego wychowanka, Alaina Resnais. Film o obozie koncentracyjnym "Noc i mgła". Oczywiście słyszałem już o obozach, ale nie mogłem sobie przypomnieć, aby na lekcjach w Wiesbaden mówiono nam o Holocauście lub podawano przykłady, liczby, konkretne opisy. Dlatego nie byłem w żaden sposób przygotowany do grozy obrazów, które zobaczyłem. Kiedy zapalono światło na sali i oczy kilkuset małych Francuzów zwróciły się na mnie, jedynego Niemca, nie było mi łatwo wstać.

Widzę dziś jeszcze moich przyjaciół ze szkoły, którzy stawiali mi to samo pytanie, które stawiamy sobie jeszcze dziś - pół wieku później - jak to było możliwe? Prawie wszystkie moje filmy, począwszy od "Wychowanka Törlessa" aż do "Dziewiątego dnia", poszukują odpowiedzi na to pytanie. Musiałem znaleźć własną postawę, która pozwalała mi bez skruchy brać udział w dyskusjach i być w nich stroną. Postrzegano mnie teraz jako Niemca, a więc wszystko nabrało politycznego wymiaru.

Młody filmowiec

"Człowiek bez właściwości" towarzyszył mi przez całą jesień i zimę. Podziwiałem elegancki i niedogmatyczny sposób wyrażania myśli przez Musila. Ktoś, kto nie daje się ograniczyć do jednej zaledwie właściwości, jest wolnym człowiekiem. Było to w początkach lat 60., a ja miałem do tej pory tylko francuskie wzorce, np. Sartre'a lub Camusa. Tak więc zatrułem się Musilem i w tym stanie nie mogłem podjąć innej decyzji niż ta, aby mój niemiecki debiut filmowy był adaptacją "Wychowanka Törlessa".

Od wyjazdu do Francji przed siedmiu laty sporo się w Niemczech wydarzyło. 28 lutego 1968 r. obwieszczono w Oberhausen "śmierć kina tatusiów". Narodził się "młody niemiecki film" i jakimś sposobem od razu byłem jego częścią. Z moim debiutanckim filmem wróciłem na festiwal w Cannes. Wprawdzie akurat tam niemiecki attaché kulturalny stwierdził, że nie jest to film niemiecki. Nie mógł wytrzymać męczenia wychowanków i dokuczania im, a kiedy zobaczył, jak rzucono białą myszką o ścianę, było to dla niego zdecydowanie za dużo: "Ta scena mogła sprowokować zagraniczną publiczność do zaniżenia jej opinii na temat niemieckiego człowieka".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':