Kiedy runął mur berliński, kiedy mieszkańcy dyktatur komunistycznych z nadzieją zaczęli spoglądać ku Europie demokracji i otwartych granic, zastanawialiśmy się, czy nadchodzi czas wielkiego przepływu ludzi, towarów, idei. Byliśmy przekonani, że nasze problemy związane z ideologią, urazy i małe nienawiści, które nagromadziły się pośród nas w okresie obywatelskiej wegetacji, staną się wkrótce kwestią przeszłości. Ale im bardziej odchodzi w przeszłość czas śmiałych przemian i nadziei, coraz wyraźniej widzę, że w całej byłej Europie Wschodniej i byłej Jugosławii najbardziej interesujemy się sami sobą, własnymi sprawami. Nasze zbiorowe frustracje i kulturowa samowystarczalność stają się treścią życia publicznego, nasze życie coraz bardziej wypełnia jad prowincjonalnej nietolerancji.
To prawda, nigdy nie czułem specjalnej sympatii do ludzi, którzy chwalili się publicznie, że widzieli jakiś nowy film w paryskim kinie, wystawę w Wenecji, znaleźli ciekawą książkę w londyńskiej księgarni albo byli na koncercie znanego zespołu rockowego w Hamburgu. Zawsze wydawało mi się, że jest w tym coś prowincjonalnego. Ale w ostatnim czasie mam wrażenie, że nawet to jest lepsze niż nic. Coraz powszechniejszy bowiem duch utyskiwania, zrzędzenia i krytykanctwa, samozadowolenia i wszechwiedzy, butnego eliminowania inaczej myślących, pogardy dla kreatywności i zaciekłego tępienia każdego jednostkowego czy grupowego wysiłku zmierzającego do uporządkowania spraw społecznych, gospodarczych i kulturalnych nie rodzi nic innego poza negacją. Negacja nie jest krytyką, zjadliwa arogancja nie jest jeszcze sceptycznym myśleniem. Triumf nadętych ludzi o pospolitych umysłach jest prowincjonalnym nihilizmem.
*** Kilka miesięcy temu poznałem interesującą kobietę, osobę doskonale orientującą się w świecie literatury i sztuki. Przez wiele lat mieszkała w różnych stolicach Europy, niecałe dwa lata temu kariera zawodowa przywiodła ją do Lublany. Powiedziała, że prawie dwa lata to wcale niemało, by poznać jakiś kraj, a mimo to w Słowenii, która w ubiegłym roku stanęła nawet na czele Unii Europejskiej i jest niewątpliwie krajem sukcesu ekonomicznego, wielu rzeczy nie rozumie. Odparłem, że to nic złego i że ja też wielu rzeczy nie rozumiem. Ona jednak stwierdziła, że pewna sprawa wydaje jej się wręcz tajemnicza i może ja mógłbym jej pomóc znaleźć odpowiedź na nurtujące ją pytanie. Spróbuję, odrzekłem. Pytanie brzmiało: Dlaczego tutaj nikogo nic nie interesuje?
W ciągu niemal dwóch lat, odkąd mieszka w Lublanie, jeszcze nikt nie zapytał, co się dzieje w jej wielkim kraju, jakie ukazały się ważne książki, co słychać w malarstwie i architekturze, w filmie i w teatrze, a nawet co oznaczają ostatnie zmiany na scenie politycznej w jej ojczyźnie. Tu trzeba dodać, że owa osoba nie spotyka się z byle kim. Jej rozmówcami są słoweńscy politycy, dziennikarze i redaktorzy, organizatorzy, działacze stowarzyszeń kulturalnych, często artyści. Dlaczego nic ich nie interesuje? Tu się przez moment zastanowiła i poprawiła: właściwie interesuje, ale tylko to, co się dzieje wśród Słoweńców. O tym rozmawiają bardzo chętnie. W ciągu dwóch lat dowiedziała się, kto kogo popiera w polityce i jakie korzyści ma z tego, że popiera tego, a nie tamtego; jakie lobby ma większe wpływy w tej lub tamtej dziedzinie i kim są jego jawni czy też sekretni zwolennicy; kiedy pyta o jakiegoś artystę, nie mówią jej, co robi, nad czym pracuje, tylko do czego należy; kiedy chciałaby się dowiedzieć, jak oceniają repertuar teatrów, mówią, że jeden jest komercyjny, a inny nudny, to zaś dlatego, że tacy są dyrektorzy , którzy należą do itd.; pewien malarz już się przeżył, bo czasy nowoczesności minęły, a inny artysta, owszem, odnosi sukcesy, choć jego instalacje są na granicy kiczu ten reżyser filmowy został nagrodzony, to prawda, ale jego filmów nikt już nie ogląda.
Słowenia czasem wydaje jej się tajemniczym światem, gdzie każdy występuje przeciw każdemu, gdzie każdy szuka ochrony i opieki w jakiejś grupie, a przy tym oskarża jakąś inną grupę o spisek, a w ogóle jest to kraj spisków, małych i dużych grup, wzajemnej politycznej zależności i wszelkich innych zjawisk, które trudno powiązać i zrozumieć.
Nawet w kwestiach, w jakich miała już jakieś zdanie, kiedy tu przyjechała, nie pozwalają jej uzyskać całkowitej pewności. Kiedy mówi, że ceni pewnego artystę, jego prace poznała już w swoim kraju, stwierdzają - rozmawialiśmy po angielsku - he is good but not THAT good. Jest dobry, ale nie tak bardzo dobry. Właściwie nikt nie jest wybitny i szanowany jako artysta, jego prace mają wartość albo jej nie mają głównie ze względu na to, z kim się przyjaźni i do czego należy. Krótko mówiąc - nic nie jest takie, jak wygląda na pierwszy rzut oka, zawsze jest coś w tle. Wszystko jest spiskiem i nic nie jest dobre. Poza Słowenią nie istnieje świat, który mógłby być interesujący.
*** Nigdy nie mogłem sobie wyobrazić Słowenii jako zamkniętego, samowystarczalnego systemu, gdzie ludzie gryzą się między sobą jak czerwone mrówki. Dlatego właśnie, że Jugosławia ze swoją ideologiczną ograniczonością dusiła nas i mimo otwartych granic wydawała nam się wielkimi koszarami, w których odbywaliśmy obowiązkową służbę wojskową, opowiadaliśmy się za europejską, otwartą, ciekawą świata, twórczą Słowenią, przez którą będą przepływać prądy wiedzy i nowych idei. Nikt sobie nie wyobrażał, że niecałe 20 lat później mieszkańcy tego kraju będą się interesowali jedynie samymi sobą. Kiedy ludzie skupiają się wyłącznie na swoim środowisku, kiedy zabraknie im szerszego spojrzenia, stają się zacietrzewieni, mają wszystko wszystkim za złe, są zawistni, lubują się w rzucaniu oszczerstw.
Przed tymi zjawiskami najwyraźniej nie chronią ani ustrój społeczny, ani otwarte czy zamknięte granice. Polecam lekturę tajnych, obecnie opublikowanych dzienników poety i dysydenta Edvarda Kocbeka, jeśli chcemy sobie wyobrazić, jak duszna panowała atmosfera w socjalistycznej Lublanie. Także słynne lata 80. ubiegłego wieku, które uważamy za czas otwartości i dynamicznych zmian, najwyraźniej przypominały niekiedy sceny z międzywojennego dramatu Slavka Gruma „Dogodek v mestu Gogi” (Wydarzenie w mieście Goga). Czytam, że zakres obowiązków służbowych pewnej osoby zatrudnionej w służbie bezpieczeństwa obejmował „śledzenie współpracowników pisma »Nova revija «”. Pewna osoba włóczy się nocą po lokalach, w których w obłokach dymu i w gąszczu kieliszków przesiadują artyści i filozofowie, i próbuje z pomocą własnych uszu albo mikrofonu wyłowić, o czym dyskutują ci ludzie. Nie wiem, czy osoba ta dostawała dodatek za niebezpieczną pracę na nocnej zmianie (zagrożenie alkoholizmem, zatrucie dymem), w każdym razie można było zaoszczędzić sobie tego wydatku i wysiłku. W mieście Goga zawsze wiadomo, co kto myśli, co mówi, z kim sypia. Do tego nie są potrzebne żadne służby bezpieczeństwa i żadni tropiciele. W mieście Goga wie się o wiele więcej niż to, co każdy wie, nie tylko wszystko, ale nawet więcej niż wszystko.
W tamtych czasach dyskutowaliśmy o wielu sprawach, także o książce Radomira Konstantinovicia "Filosofija palanke" (Filozofia prowincji), która ukazała się w znakomitej serii Programu Trzeciego Radia Belgrad. Chociaż Konstantinović w swojej rozprawie opiera się na serbskim doświadczeniu prowincji, na jej niemal plemiennej tożsamości i negacji indywidualizmu, jest w tym znakomitym tekście wiele punktów, które spokojnie można przenieść także na doświadczenie środkowoeuropejskiego prowincjonalizmu. Bierność i upodobanie do wygód rodzą pewien styl, który sam staje się dla siebie celem, styl permanentnej negacji i lekceważenia. Styl to coś, co jest ponad człowiekiem, ukryty w zbiorowości, w duchu ludzi o przeciętnych umysłach, szepcze i wyrokuje głośno, kiedy trzeba: nic nie jest ważne, nic nie ma wartości. Duch prowincji w dzisiejszych czasach dąży do podboju całej przestrzeni, do wyeliminowania innych. Ludzie stojący z boku i przybysze są najmniej ważni, są pionkami w tej grze, służą legitymizacji i symulacji postawy otwartości. Prawdziwym celem jest usunięcie innego ze swego środowiska. Duch prowincji zdobywa teraźniejszość i zdobywa też historię: historia jest nasza i zawsze tylko nasza, bez względu na to, czy jest sfałszowana, czy prawdziwa.
*** Wszystko to i wiele innych rzeczy może się dziać tylko w zamkniętej przestrzeni. Internet i globalizacja nie są w stanie pomóc, jeśli ludzie skupiają się wyłącznie na samych sobie i na swoim rodowym, politycznym i kulturowym otoczeniu. W takim środowisku rozwija się hierarchia specyficznych kryteriów etycznych, a nawet artystycznych, które za nic mają kryteria świata zewnętrznego. Zewnętrzny świat jest ważny o tyle, o ile można w nim znaleźć potwierdzenie własnych przekonań, jeśli to możliwe - takich, jakie zaszkodzą innym w wewnętrznym świecie.
Dla filozofii prowincji charakterystyczne jest zwłaszcza to, że jej świat jest jedynym światem i jedynie on jest interesujący. Kiedy ten warunek zostanie spełniony, rozwija się szeroka gama możliwych teorii spisków, powiązań, perfidnych pomówień i oszczerstw. Przede wszystkim zaś nikt nie reprezentuje wystarczająco dużej wartości, także jego dzieła są niewiele warte, dlatego nie trzeba nazywać niczego jego imieniem. Im głębsza jest prowincja, tym mniej w oczach jej mieszkańców warta jest każda miejscowa twórczość, im bardziej ludzie są małostkowi, tym poważniejsze są zatargi i kłótnie. Mieliśmy już spór o nazwę lotniska [W 2007 roku lotnisku w Lublanie nadano imię Jožeta Puenika, jednego z założycieli Socjaldemokratycznej Partii Słowenii], innym razem będzie chodziło o ulicę. Wszystko już bowiem zostało prawidłowo nazwane, i to na zawsze, ponieważ historia, jak już powiedziałem, jest naszą własnością. Można by, ewentualnie, wprowadzić tylko jedną zmianę - nadać placom, ulicom i drogom nazwy pochodzące od roślin. A i tu pewnie by doszło do kłótni. Ulica Czerwonego Maku i ulica Czarnego Tulipana miałyby z pewnością jakieś ideologiczne konotacje. Gdyby zaś nadać im nazwy geograficzne, też nie byłoby chyba lepiej: górale by chcieli, żeby jedyna droga, która prowadzi w góry, nazywała się Górska albo przynajmniej Drogą w Góry, mieszkańcy doliny żądaliby natomiast, żeby ta sama droga nosiła nazwę Drogi w Dolinę. Lepiej więc, by wszystko pozostało tak, jak jest.
Dla prowincji - tak samo jak to, że jej mieszkańcy interesują się sami sobą i swoimi bliźnimi - jest charakterystyczne również i to, że mają oni bardzo dużo czasu. Duch prowincji czerpie z lenistwa i braku wiedzy. Gdzie jest niewiele intelektualnego wysiłku, niewiele ciekawości i mało wiedzy, tam jest dużo czasu na kombinowanie i spekulowanie, a jeśli wszystkiego zabraknie, można też sobie jakąś prawdopodobną historię wymyślić.
*** Z kobietą, która zauważyła, że większości jej lublańskich rozmówców nic nie interesuje poza nimi samymi, jestem umówiony na następne spotkanie. Spróbuję jej wyjaśnić, że nie wszystko jest takie, jak jej się wydaje. Choć rzeczywiście jest prawdą to, co jej się wydaje, to jednak można znaleźć w tym kraju nieco kreatywności, wyrozumiałości, oryginalności, przedsiębiorczości i ciekawości świata. I że prowincjonalną wyniosłość można spotkać także w jej ojczyźnie, jak zresztą wszędzie na świecie. Ale ja mówię o tej, która jest tu, w moim kraju. I nawet nie jestem do końca przekonany, że można o tym uczciwie mówić, nie popadając w syndrom, który się opisuje.
Przełożyła Joanna Pomorska
*
Drago Janear ur. w 1948 r., słoweński prozaik, dramaturg, eseista i publicysta; więzień polityczny w byłej Jugosławii w 1974 r. W Polsce ukazały się jego książki: „Galernik" (1988), „Terra incognita" (1993), „Drwiące żądze" (1997), „Eseje" (1999), „Spojrzenie anioła" (2002)