http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

1968: Sen o nowym społeczeństwie

Paul Berman*
2008-12-31, ostatnia aktualizacja 2008-12-30 18:31

40 lat temu stali na czele protestów jako młodzi radykałowie. W 1989 roku - teraz już dojrzali i wyznający poglądy liberalne - stali się przywódcami prawdziwej rewolucji. Fragment książki o pokoleniu '68

Mniej więcej około 1968 r. przez amerykańską społeczność studencką (a także przez niektóre społeczności ludzi dojrzałych) przetoczyła się fala utopijnego zapału, wywierając przemożny wpływ na większość moich przyjaciół oraz kolegów z ławy szkolnej. Ów zapał stanowił w znacznej mierze uzewnętrznienie sprzeciwu przeciwko tradycyjnym nierównościom społecznym, a także przeciwko przejawom nierówności, które dotąd pozostawały niedostrzeżone.

Znaczną rolę odgrywało tu odczucie - dziś już niemal zupełnie zapomniane (być może z wyjątkiem groteskowych wykrzywień) - że oto stoimy u progu nowej, sprawiedliwszej ery; wiara, że to właśnie my - nastoletni rewolucjoniści, hippisi oraz studenci, pospołu z naszymi przyjaciółmi, liderami (starszymi od nas o zaledwie pięć lub dziesięć lat) oraz sprzymierzeńcami z rozmaitych krajów świata - stanowimy awangardę nowego porządku społecznego.

Cztery rewolucje

Bezpośrednie przyczyny wybuchu opisanej fali entuzjazmu miały raczej prozaiczny charakter: przyczyniła się doń działalność dwóch lub trzech niewielkich organizacji lewicowych, niechęć i pogarda wobec kilku znanych osobistości publicznych oraz szereg przypadkowych wydarzeń. Za prawdziwy motor zmian społecznych należy jednak uznać sytuację globalną.

Światem wstrząsały cztery wielkie rewolucje - każda o innym charakterze; każda niepodobna do pozostałych; każda zbyt rozległa, by ktokolwiek mógł ją w całości pojąć; każda stanowiąca źródło wielkich emocji zarówno dla nas, jak i dla podobnych nam społeczności akademickich we wszystkich krajach świata.

Nasza własna rebelia - okupacje budynków, marsze, strajki, starcia z policją, akcje protestacyjne o podłożu seksualnym, homoseksualnym czy feministycznym, manifestacje proekologiczne, pojawienie się pierwszych grup studentów afroamerykańskich na uczelniach, gdzie wcześniej obowiązywały ścisłe zasady segregacji rasowej, szalone wysiłki mające na celu podniesienie niesubordynacji do rangi normy kulturowej, nowe sposoby ubierania się, jedzenia, palenia i tańczenia - cała nasza działalność społeczna stanowiła jedynie jedną z czterech równoczesnych rewolucji. Pomimo niezaprzeczalnie politycznego charakteru dążyła przede wszystkim do obalenia utartych obyczajów klasy średniej (oczywiście pojęcie "klasa średnia" nie przeszłoby nam w owych czasach przez gardło).

Rewolucja druga (ściśle powiązania z pierwszą) stanowiła natomiast rewolucję duchową. W San Francisco, a także w innych matecznikach ruchu hippisowskiego na terenie Stanów Zjednoczonych, awangardowe grupy młodzieży zaczynały splatać ze sobą elementy buddyzmu, poezji beatnikowskiej, transcendentalizmu, folkloru meksykańskiego, psychodelicznych doznań umysłowych i Bóg wie czego jeszcze - kształtując na podstawie tych pozornie niepowiązanych ze sobą wzorców kulturowych ramową świadomość społeczną, która - choć bez wątpienia uduchowiona - nie stanowiła religii w pełnym tego słowa znaczeniu; była czymś niedookreślonym, rozmytym. Pomimo swojego niejasnego charakteru owa luźna filozofia życiowa niosła ze sobą powiew nadziei i okazywała się zaraźliwa.

Z czasem (i ku powszechnemu zaskoczeniu) ten bezimienny twór znalazł nową formę ekspresji w postaci rock and rolla; muzyki, która ze Stanów Zjednoczonych rozprzestrzeniła się na niemal wszystkie kraje świata. Już samo w sobie było to niezwykłe - lecz wykreowanie nowych stylów muzycznych stanowiło jedynie preludium do właściwej rewolucji duchowej.

Najważniejsze wydarzenia miały rozegrać się w łonie Kościoła katolickiego. Środkowe lata 60. były okresem kulminacji watykańskich reform teologicznych. W roku 1968 zgromadzeni w kolumbijskim mieście Medell~n biskupi Ameryki Łacińskiej udzielili swojego błogosławieństwa tezom, na których oparto chrześcijańską teologię wyzwolenia. Choć trudno było nam w to uwierzyć - słowo stawało się ciałem. Zarówno wśród trzeźwo myślących katolików, jak i wśród wrogów wszelkiej trzeźwości umysłu - freaków i rockersów - zaczynały kiełkować nowe, śmiałe idee; tradycyjne, skostniałe hierarchie zdawały się odchodzić do lamusa, na naszych oczach zanikały (jak sądziliśmy) najistotniejsze wady ludzkiego charakteru, a rewolucja duchowa jawiła się jako niezaprzeczalny fakt.

Rewolucje numer trzy i cztery miały ściśle doczesny charakter. Gwałtowna, ogólnoświatowa kontestacja zachodniego imperializmu zmierzała w 1968 r. ku krwawemu apogeum. Komunistyczne dyktatury (kolejne określenie, które raczej nie znajdowało posłuchu wśród szerokich mas społecznych - z wyjątkiem nas, lewicowych libertynów) rządziły na Kubie i w Wietnamie Północnym. Pasmo komunistycznych rewolt w kolejnych krajach wydawało się niemożliwe do powstrzymania. Na początku 1968 r. Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego rozpoczął tzw. ofensywę Tet wbrew zapewnieniom amerykańskich generałów twierdzących, że nic podobnego nie miało prawa się wydarzyć. Panowało przekonanie, że marksistowsko-leninowskie ruchy wyzwoleńcze są w stanie zatriumfować w każdej republice bananowej, że mocarstwa Zachodu nie zdołają przeciwstawić się tym zmianom i że technologiczne szaleństwo cywilizacji zachodniej dobiega kresu. W tych obawach wyrażała się rewolucja numer trzy.

Opisanie czwartej rewolucji wymaga sięgnięcia za Żelazną Kurtynę. W roku 1968 w komunistycznej Czechosłowacji zaczynał bowiem kiełkować bunt skierowany przeciwko tyranii (pierwsze pomruki tej burzy rozlegały się już na początku lat 60., w toku wewnętrznych debat i schizm nawiedzających partie komunistyczne oraz ugrupowania lewicowe, m.in. w krajach Europy Zachodniej i Ameryki Północnej). Wydarzenia Praskiej Wiosny na krótko ukazały nam możliwość stawienia czoła komunizmowi w wydaniu sowieckim i odparcia - a nawet obalenia - sowieckich dyktatur. Choć widmo klęski komunizmu po raz pierwszy trafiło wówczas do zbiorowej świadomości społecznej, nikt nie był jeszcze w stanie wyobrazić sobie następstw takiej klęski.

Należy podkreślić, że rewolucje numer trzy i cztery były ze sobą fundamentalnie sprzeczne. Jedna rozciągała europejski totalitaryzm na obszar byłych kolonii mocarstw Europy, druga zaś dążyła do demontażu owego totalitaryzmu. Pierwsza przeżywała kulminację, druga dopiero zaczynała raczkować.

Władza w ręce mas

Przełom lat 60. i 70. stał pod znakiem konfliktów i niepewności, a wśród powszechnego chaosu i gwałtownych zawirowań społecznych hasła każdej z czterech wymienionych rewolucji przenikały się wzajemnie, owocując rozmaitymi - nierzadko wewnętrznie sprzecznymi - światopoglądami.

Dążenie do zrzucenia jarzma totalitaryzmu (rewolucja numer cztery) uważano na przykład za specyficzną emanację celów przyświecających rozprzestrzenianiu komunizmu na strefy tropikalne i kraje półkuli południowej (rewolucja numer trzy). Wydarzenia światowe postrzegano przez pryzmat wyimaginowanych panoram społecznych.

Marzenia czechosłowackich reformatorów (podzielane przez ich pobratymców oraz niektórych liberałów w krajach Zachodu) mówiące o socjalizmie oczyszczonym z korupcji, tyranii i wypaczeń stalinowskich - o socjalizmie demokratycznym - trafiały do przekonania nawet tym, których doświadczenie życiowe powinno było uodpornić na utopijne wizje. Mit "czystego socjalizmu" stanowił motor zmian zachodzących na Kubie, w Chinach czy też w ogarniętym wojną Wietnamie.

Stary, ograny podział na zachodnie demokracje, które jakoby zaprzedały swoje dusze kapitalizmowi, oraz wschodnią cywilizację sowiecką, która bez wątpienia zaprzedała swoją duszę biurokracji (w takich kategoriach postrzegaliśmy zimną wojnę), zdawał się odchodzić w przeszłość. Już wkrótce przed ludzkością miały otworzyć się nowe perspektywy!

Wierzono zatem, że z chaosu wyłonią się społeczeństwa wcielające w życie ideały demokracji bezpośredniej w rozmaitych wydaniach: chłopskim (model krajów Trzeciego Świata), wyrafinowanym (model czechosłowacki), anarchistycznym (koncepcja rad robotniczych) czy kontrkulturowym (model hippisowski), lecz zawsze godne podziwu i naśladowania. Miał zatriumfować solidarny socjalizm państw ubogich - ani stalinowski, ani też liberalny. Odebrana elitom władza miała trafić w ręce mas. Gmach zasad współżycia społecznego miał wznosić się na jednostkowych kryteriach wolności (jak chciała rewolucja obyczajowa), a rolę spoiwa miał odgrywać silny pierwiastek duchowy (zgodnie z postulatami rewolucji duchowej).

W blasku tej olbrzymiej, utopijnej wizji tysiące pozornie niepowiązanych ze sobą zdarzeń - zamieszki studenckie, eksperyment hippisowski, reformy religijne, rozkwit komunizmu w niektórych krajach i jego uwiąd w innych, emancypacja Murzynów, feminizm oraz wszystkie ruchy o charakterze powstańczym czy rewolucyjnym - zdawały się stapiać w pojedynczą falę; zwiastun przypływu, który miał całkowicie odmienić oblicze świata.

I choć koncepcję "nowego społeczeństwa" traktowano raczej jako metaforę (choć byli i tacy, dla których miała ona wymiar najzupełniej realny) i mało kto twierdził, że rewolucja światowa jest nieunikniona, nasz entuzjazm mimo wszystko należy uznać za autentyczny. Wierzyliśmy, że z kolejnych powstań i rebelii wyniknie coś użytecznego: być może nie rewolucja w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz bez wątpienia zmiany o rewolucyjnym charakterze. Nie każdy liczył na całkowitą odmianę społeczeństwa, lecz nikt też nie obawiał się powrotu do starego, rozklekotanego porządku społecznego.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':