http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzecznik obrażonych - szwedzki eksperyment

Maciej Zaremba
2008-12-25, ostatnia aktualizacja 2008-12-23 17:04

W Szwecji kto pierwszy się obrazi, wygrywa. Gdy przyszło pierwszoklasistów nauczyć litery "v", okazało się, że kandydatka na nauczycielkę nie zna takich słów w elementarzu jak "vik" (zatoka) czy "virka" (szydełkować)


MACIEJ
ZAREMBA
(ur. 1951)
- pracuje
w największym
szwedzkim
dzienniku
MACIEJ ZAREMBA (ur. 1951) - pracuje w największym szwedzkim dzienniku...
ZOBACZ TAKŻE
Kiedy Per Holmberg odbiera telefon, słyszę w jego głosie niepokój. Tak brzmi ktoś, kto podejrzewa, że dziennikarz na niego dybie.

W sprawie Holmberga trwa dochodzenie. Od siedmiu miesięcy rzecznik praw mniejszości etnicznych (Diskrimineringsombudsmannen, czyli DO) ustala, czy Holmberg jest przestępcą. Gdy Holmberg trochę ochłonął, stwierdził, że jego życie stało się absurdem. Ma żonę Hiszpankę, w domu mówi po hiszpańsku, synowi dał na imię Pablo, a teraz państwowy urząd chce wiedzieć, czemu dyskryminuje hiszpańskojęzycznych. Nie zgadza się na ujawnienie swojego prawdziwego nazwiska.

W karcie ocen napisał: "Proszę dalej pracować nad językiem", bo uważał, że pod względem gramatyki oraz jasności szwedzki studenta pozostawia wiele do życzenia.

Holmberg jest wykładowcą Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Sztokholmie. Student, który złożył na niego skargę, poczuł się dyskryminowany, kiedy zamiast najwyższej oceny otrzymał tylko dostateczną. Najbardziej zaś uraziło go: "Proszę dalej pracować nad językiem". "No considero que deba ser juzgado el grado de mi conocimiento con respecto al idioma sueco" - napisał w zażaleniu, co rzecznik tłumaczy jako: "Uważam, że moja znajomość szwedzkiego nie powinna mieć wpływu na ocenę". Dodajmy, że urażony student nie chce być nauczycielem hiszpańskiego. Chce uczyć ekonomii w szwedzkim liceum.

Co z tego, że nie znam szwedzkiego?

Wszystko zaczęło się jesienią 2005 roku. Ustawa o równym traktowaniu studentów szkół wyższych obowiązywała od czterech lat, lecz dotychczas żaden student WSP nie czuł się gorzej traktowany. Jednak w maju tegoż roku czwórka studentów nagle poczuła się "dyskryminowana, potraktowana niesprawiedliwie, urażona". Nie chcieli mianowicie iść zwykłym tokiem studiów, pragnęli studiować po swojemu. Gdy im tego odmówiono, poczuli się urażeni. W dodatku jeden z nich oblał. Dostał nowego egzaminatora, którego ocenę niedostateczną również odebrał jako afront. Wtedy przyznano mu trzeciego nauczyciela, który - miejmy nadzieję, że z czystej desperacji - zaakceptował w jego pracy następujące kwiatki:

"Mężczyźni zawsze bardziej wybijali się w prestiżowych zawodach, np. w medycynie (...) może zwłaszcza z powodu kobiecego ucisku...";

"Lekarze i ordynatorzy zdominowani są przez mężczyzn, jak również dyrektorzy szkół";

"Płeć jest częścią systemu nadanych i osiągniętych ról, w którym dana osoba stanowi oczekiwania względem otoczenia".

W tym samym miesiącu student Peter Granberg zaskarżył uczelnię do rzecznika niepełnosprawnych (Handikappombudsmannen, czyli HO). Żalił się, że dyskryminowano go z powodu jego ułomności. Uczelnia wyposażyła go wprawdzie w rozmaite pomoce oraz zgodziła się na wydłużenie egzaminu. Jednak kiedy przyszło odbywać praktykę w przedszkolu, pojawił się problem. Personel się nie zgodził, uznał go za kolejne dziecko do opieki. Granberg nie ma o to żalu. Cierpi na zespół Aspergera i zaburzenia koncentracji (ADHD), z trudem przychodzi mu "interpretacja wymogów i opinii, o ile nie są wyrażone jasno i precyzyjnie", ma kłopoty ze skupieniem uwagi w "warunkach zamieszania i stresu". Uważa jednak, że na czas praktyki uczelnia powinna przyznać mu asystenta. Gdy zabrakło funduszy i uczelnia oznajmiła, iż obowiązują go takie same kryteria oceny jak wszystkich innych, zgłosił dyskryminację.

"Czy uczelnia podjęła kroki, aby ustały zgłoszone przez Laleh Darabi szykany?" - pyta DO. Zgłoszenie wpłynęło w październiku 2005 roku.

Szykany polegają na tym, że WSP odradzała studentce Darabi kontynuację studiów na kierunku nauczanie języka szwedzkiego. Szkoła ma obowiązek to uczynić, kiedy "odpowiedzialni nauczyciele (...) uznają studenta za nieprzydatnego do zawodu, do którego przygotowuje studiowany kierunek. Decyzja o przerwaniu nauki należy do studenta" - czytamy w "Prawach i obowiązkach studenta".

W trakcie praktyki w szkole podstawowej nauczyciele stwierdzili, że Darabi ma kłopoty ze zrozumieniem, co mówią dzieci. A gdy przyszło pierwszoklasistów nauczyć litery "v", okazało się, że kandydatka na nauczycielkę nie zna takich słów w elementarzu jak "vik" (zatoka) czy "virka" (szydełkować). W tym momencie nauczyciele z osiedlowej podstawówki stracili cierpliwość. Zasugerowali, że Darabi może mieć kłopoty z uczeniem dzieci języka, który znają lepiej od niej. W odpowiedzi usłyszeli, że są rasistami.

To poważne oskarżenie, które WSP musiała oczywiście rozpatrzyć. Stwierdzono, że nauczyciele nie stosowali kryteriów rasowych, lecz wyłącznie pedagogiczne. O ile uczelnia popełniła jakiś błąd, to taki, że wcześniej nie odradziła Darabi wyboru zawodu. Czytelnik zastanawia się może, jakim cudem studentce udało się dotrwać do egzaminu dyplomowego. W stosie korespondencji pomiędzy nauczycielami znalazłem możliwą odpowiedź. "Podejrzewam - pisze jeden z rektorów - że dostawała zaliczenia, bo prowadzący zajęcia bali się oskarżenia o dyskryminację".

"Obrarzona" przez uczelnię

I na tym mogłaby się ta żałosna historia zakończyć, gdyby nie samorząd studencki. Jak się okaże, samorząd WSP jest dość szczególny. Niewiele ma uwag na temat jakości edukacji lub innych wartości akademickich. Jego biznesplan zdaje się opierać na gwarantowaniu członkom dobrego interesu, czyli dyplomu. Za radą samorządu Darabi skarży więc uczelnię do DO, który nadal analizuje sprawę. Od 22 miesięcy nauczyciele czekają na wykładnię rzecznika, czy są rasistami, czy też wymóg, by przyszły nauczyciel szwedzkiego znał ten język, jest zgodny z prawem. Być może sprawa ma niski priorytet.

Miesiąc później, w listopadzie 2005 roku, kolejna studentka, Helga Swartz, skarży się, że została "obrarzona" przez uczelnię. Czytelnikowi zaintrygowanemu pisownią trzeba wiedzieć, że Swartz jest dyslektyczką. Z tego powodu pozwalano jej pisać egzaminy o godzinę dłużej. Lecz kiedy inni studenci kończyli pisanie, zaczynały się rozmowy i szeleściły papiery, co jej przeszkadzało. Nie ma powodu wątpić, że ją to rozpraszało. Skarży się jednak na dyskryminację.

Dalej - niejaka Olga Hansson poczuła się dyskryminowana jako "imigrantka", ponieważ uczelnia odradziła jej dalszą naukę ze względu na braki w szwedzkim. To nie mój problem - uważa Hansson. "Jak ktoś uważa, że mam kłopoty w języku, to musi sprecyzować, jakie kłopoty, i dać jakąś pomoc, żebym nadrobiła braki". Uważa, że za uzyskanie przez nią dyplomu odpowiada uczelnia, a nie ona.

Tej szczególnej jesieni w 2005 roku studenci WSP przypominają sobie, jak ich potraktowano dużo wcześniej. Fahima Maliki w listopadzie zgłasza, że w lutym ją oblano. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z przyczyny. Nauczyciel dyskryminował ją "z powodu przynależności etnicznej, domagając się, żeby jej szwedzki był poprawny".

Wymóg zrozumiałej składni, poprawnej ortografii oraz zdolności koncentracji okazuje się przejawem dyskryminacji. Albo po prostu jest ogólnie obraźliwy. W rezultacie kilkunastu nauczycielom przyszło pisemnie wyjaśniać, że nie są rasistami, homofobami ani też nie lubują się w prześladowaniu dyslektyków, tylko kierują się podstawowymi kryteriami wystawiania ocen.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 98 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Whitney Houston nie żyje

Mariah Carey, Alicia Keys, Rihanna, Justin Bieber - największe gwiazdy muzyki mówią dziś i piszą, że Whitney Houston była dla nich wzorem i inspiracją