Odkąd w 2005 r. Francuzi i Holendrzy powiedzieli "nie", euroentuzjaści zachowują się jak ten chłopiec z legendy, który zatkał palcem tamę - nie chcą ustąpić z obawy przed eurosceptyczną powodzią. Bronią więc niezadowalającego status quo: waluty bez umocowania w skarbie państwa, wspólnej granicy bez wspólnej polityki migracyjnej i technokracji w polityce zagranicznej bez wyraźnego związku ze źródłami władzy państwowej.
Zamiast ukrywać podziały, UE potrzebuje modelu, w którym kraje szybszej ścieżki wyznaczą kurs oraz nadadzą tempo i sens europejskiemu projektowi. Ale nawet Europa różnych prędkości wymaga większych pieniężnych transferów - najlepsze byłoby jawne porozumienie między krajami, które pożyczają, i tymi, którym się pożycza. To, plus pogodzenie zaciskania pasa z obsługą zadłużenia, mogłoby dać nam wizję równoważącą gospodarczą liberalizację z państwem opiekuńczym. Jedynym sposobem, by powstrzymać przelewanie się destrukcji euro na całą UE, jest powstrzymanie destrukcji. Najpierw jednak trzeba porzucić mrzonki o Europie jednej prędkości. Unijne narody od dawna podróżowały w różnym tempie - teraz potrzebują instytucjonalnych ram dla wielu prędkości.
Co najważniejsze, unijni przywódcy nie powinni usuwać z agendy europejskiej integracji. Wyborcom trzeba zaproponować debatę o odnowie trzech wielkich projektów: euro, Schengen i wspólnej europejskiej polityki zagranicznej.
W kwestii kryzysu euro - najgłębszego z dotychczasowych - przywódcy poszczególnych krajów próbowali bezskutecznie powstrzymać rynkową panikę, nie odnosząc się do istoty problemu.
Nie sprawdzają się przepisy o kontroli granicznej. Po otwarciu granic do Europy wtargnęły setki tysięcy uchodźców, a dziś wprowadza się kontrolę z powodu ledwie kilku tysięcy tunezyjskich imigrantów. Należy wprowadzić nową, wspólną politykę imigracyjną, w tym współpracę mającą na celu uszczelnienie zewnętrznych granic UE, wspólne kryteria legalnej imigracji oraz solidarnościowy
budżet pomocy krajom, które, jak Włochy, borykają się z dużym, raptownym napływem imigrantów.
Wiarygodność musi odzyskać też europejska polityka zagraniczna. Rozszerzenie przyhamowało, a Unię, o której względy zabiegała kiedyś
Turcja, jej premier piętnuje jako "senną, nieruchawą i geriatryczną". Za reakcją Europy na arabską wiosnę nie stoi wielkoduszna wyobraźnia, tylko partykularne interesy rolnictwa i imigracji. Chwalebna akcja ratowania Bengazi może na dłuższą metę ukazać prawdę o chwiejnym
budżecie obronnym.
Zamiast polegać na dyplomacji poszczególnych krajów i na unijnej administracji stojącej przed zadaniem rozszerzenia w wersji light, europejskie rządy muszą nauczyć się okazywać kolektywną siłę wobec krajów, które do UE nie nigdy wejdą. Dobrym początkiem byłaby unijna grupa zadaniowa, która wypracowałaby bardziej przekonującą reakcję UE na arabską wiosnę, oraz komisja wzmacniająca pulę wspólnych zasobów obronnych.
Integracja europejska rozwijała się zawsze od kryzysu do kryzysu, ale tylko przywództwo polityczne może je zmienić w świeże źródło energii. Na szczęście wszystkie problemy Europy wynikają z braku woli, a nie z braku możliwości wojskowych i ekonomicznych. Wydatki europejskie na obronę ustępują tylko amerykańskim i wynoszą prawie dwa razy tyle, ile budżety wojskowe Brazylii, Indii i Rosji razem wzięte.
Również zadłużenie i deficyt
strefy euro są znacznie mniejsze niż w
USA, Japonii czy nawet Wielkiej Brytanii. A przecież właśnie niezdolność UE do samozarządzania podsyca globalne wyobrażenie o upadku, przez co obywatele Unii stają się coraz bardziej krótkowzroczni, usiłując ocalić kurczący się kawałek tortu.
Chcąc ocalić Europę, musimy wymyślić ją od nowa.
przeł. Sergiusz Kowalski Tekst ukazał się w "Financial Timesie"