http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Co mamy do wyboru. Polski eurodylemat

Paweł Świeboda
2011-09-05, ostatnia aktualizacja 2011-09-02 16:17

Jak bardzo musimy się zmienić, by zobaczyć orzełka na monecie euro?


Nie mamy szczęścia do euro. Najlepszy moment, aby je wprowadzić, był w 2005 r. Rząd Marka Belki przygotował co trzeba, ale decyzję zostawił następcom. Prawo i Sprawiedliwość nie chciało mieć na koncie pożegnania złotówki, projekt odłożyło więc na półkę. Wreszcie, w rok po przejęciu władzy, Donald Tusk zaskoczył wszystkich deklaracją, że w sprawie euro będzie przyspieszenie. "Po raz pierwszy powiem, że mój rząd będzie dążył do tego, abyśmy weszli do strefy euro w 2011 roku" - mówił trzy lata temu. Parę dni później upadł bank Lehman Brothers i zaczął się kryzys. Trudno przystępować do strefy euro, gdy jest ona zajęta ogniem.

W rezultacie, w wyścigu do wspólnej waluty wyprzedziły nas cztery nowe kraje: Cypr, Estonia, Malta, Słowacja i Słowenia. Niektórzy dopatrują się w tym ręki Opatrzności, która czuwała, abyśmy mieli więcej pola manewru w trakcie kryzysu: złotówka straciła na wartości, co dało gospodarce oddech.

Przedstawienie wiarygodnego bilansu kosztów i korzyści stało się trudniejsze w czasach globalnych zawirowań. Eksporterów może cieszyć niższy kurs złotego, ale efekt ten jest skutecznie redukowany znaczącymi wahaniami kursu. Niedawne szaleństwo wokół kursu franka szwajcarskiego to nie tylko przejściowy kłopot tysięcy kredytobiorców, ale także istotne obniżenie popytu wewnętrznego - to, co pójdzie na większe raty, nie zostanie wydane na inne rzeczy.

Pora więc wznieść się poza doraźność, przestać kalkulować w kategoriach drobnych oszczędności i zacząć myśleć przez pryzmat dużych procesów, których jesteśmy częścią.

Wokół nas dzieją się rzeczy fundamentalne. Trwa walka nie tylko o przetrwanie strefy euro, ale także o przyszły kształt Europy. Letnie miesiące jedno zmieniły na pewno - już nikomu, nawet Niemcom, nie wydaje się, że są poza strefą zagrożenia. W jej centrum pozostaje Grecja, ale strefa obejmuje całe europejskie południe i część północy. Już nikt nie wierzy, że są gospodarki, które mogą poradzić sobie same na globalnym rynku. Naczynia są połączone. Holendrzy eksportują więcej do Włoch, niż do Chin, Brazylii i Indii razem wziętych. To, co się dzieje z popytem na południu Europy, ma znaczenie większe, niż się wydaje.

To pewne, bez euro nie urośniemy

Kolejne rządy prześcigają się w cięciach budżetowych i oszczędnościach. Portugalia ogłosiła właśnie plan praktycznie całkowitego wyeliminowania deficytu budżetowego, deklarując zejście z 9,1 proc. do 0,5 proc. w 2015 r. Redukcje wydatków publicznych, zamrożenie płac oraz obniżenie rent i emerytur to standardowe menu europejskich rządów. Powstaje nowa szkoła ekonomii i nowy zestaw priorytetów. Albo inaczej - ekonomia przestała się liczyć. Jeszcze w pierwszej fazie kryzysu uważano, że trzeba elastycznie reagować i przede wszystkim przeciwdziałać najgorszemu, czyli głębokiej recesji. Teraz w sposób doktrynalny uważa się, że wróg jest jeden i nazywa się dług publiczny. Rola ekonomii została ograniczona do wskazywania, gdzie ciąć wydatki, a czego nie ciąć.

W lutym na posiedzeniu Rady Europejskiej premier Tusk wywołał wielką awanturę, gdy kanclerz Merkel i prezydent Sarkozy zgłosili pomysł paktu "Euro plus" mającego ściślej integrować w strefę euro. Polski premier pytał wówczas przywódców Niemiec i Francji, dlaczego chcą dzielić Europę. Przez pół roku pogląd rządu zmienił się zasadniczo. Teraz Polska jest za głębszą integracją w strefie euro. Premier gani kanclerz Merkel i prezydenta Sarkozy'ego już nie za to, że chcą się integrować, ale że robią to za mało stanowczo. Polska oczekuje "dużo twardszych" decyzji, mówił premier dwa tygodnie temu w Sejmie.

Mamy prezydencję w Unii, a to zobowiązuje do myślenia o Europie w kategoriach "dobra wspólnego", ale co takiego się stało, że rząd zasadniczo zmienił zdanie?

Powodów jest kilka.

Po pierwsze, zdaliśmy sobie sprawę, że "zielona wyspa" nie jest wyspą, nawet jeżeli nadal jest zielona. Jednym słowem nasz wzrost gospodarczy nie ma szans się utrzymać, jeżeli zadyszkę złapią inni, a zwłaszcza nasz niemiecki sąsiad. Zrozumieliśmy także to, co rozumieją już teraz wszyscy, że bez rozwiązania problemu euro cała Unia nie wróci na "jasną stronę mocy" i nie odnotuje wzrostu gospodarczego. Nawet brytyjski minister finansów George Osborne apeluje teraz do strefy euro o wprowadzenie euroobligacji, czyli de facto uwspólnienie przynajmniej części swojego długu, czego nie chcą na razie ani Paryż, ani Berlin. Oznacza to, że cudownym trafem wszystkim zaczęło zależeć na sukcesie wspólnej waluty, bo jest to środek niezbędny do wyciągnięcia całej gospodarki europejskiej z dołka.

Po drugie, korzyści z pozostawania poza strefą euro będą coraz bardziej wątpliwe. Jeżeli strefa euro stanie się obszarem ściślej zintegrowanym gospodarczo, to ci, którzy pozostaną poza nim, mogą być postrzegani jako obszar zwiększonego ryzyka. Każde zawirowanie w światowej gospodarce odczuwalibyśmy w zwielokrotniony sposób, na przykład poprzez wyższe koszty obsługi naszego zadłużenia. Nawet nie tyle losy euro, co perturbacje związane w ostatnich tygodniach z frankiem szwajcarskim uprzytomniły polskiemu rządowi, że relacjami gospodarczymi na świecie będą w przyszłości rządziły potężne siły, przed czym trzeba się zabezpieczyć.

Pieniądze od Unii czy pomoc dla Unii

Po trzecie, ponieważ jesteśmy częścią Europy, to - choć wyniki gospodarcze mamy przyzwoite - będziemy musieli bardzo się postarać, aby były jeszcze lepsze.

Premier narzekał dziesięć dni temu, że efekty spotkania Sarkozy - Merkel "są dość mizerne" i oczekiwałby więcej. Dzisiaj musiałby przyznać, że ten mizerny mechanizm działa. Merkel i Sarkozy postanowili, że wszystkie kraje strefy euro powinny przyjąć regułę zrównoważonego budżetu i dla państw południa jest to jak rozkaz. Hiszpania właśnie zadeklarowała w tym celu zmianę swojej konstytucji. Natychmiast wypracowano ponadpolityczne porozumienie w tej sprawie.

Problem polskiego rządu polega na tym, że bombardowane retoryką "zielonej wyspy" społeczeństwo jest kompletnie niegotowe do zaakceptowania znaczących oszczędności, które byłyby niezbędne, gdybyśmy sami mieli zejść z deficytem budżetowym do zera. Trzeba pamiętać, że w ubiegłym roku deficyt wyniósł 7,8 proc., a Polska chce zawalczyć o jego ograniczenie do poniżej 3 proc. w 2012 r. Wszystko przy założeniu korzystnych warunków zewnętrznych. A od 3 proc. deficytu do jego braku daleka droga. Po wyborach rząd będzie potrzebował dobrego wytłumaczenia, dlaczego mocniej tnie wydatki albo dlaczego podnosi wiek emerytalny. Pomimo kłopotów strefy euro może to paradoksalnie oznaczać szybszą ścieżkę dochodzenia do wspólnej waluty, która będzie spełniać funkcję mobilizacyjną i jednocześnie wyjaśniającą. Chcemy do euro, więc musimy zmieścić się w nowym gorsecie fiskalnym uszytym w Berlinie i Paryżu.

Po czwarte, polski rząd mógł uznać, że trzeba teraz skupić uwagę na tym, co dla Polski najistotniejsze, czyli na nowej rundzie unijnych negocjacji budżetowych. Na szali są polskie autostrady, drogi, oczyszczalnie ścieków. W negocjacjach, które dopiero się zaczynają, na pewno pojawi się argument, że nowa solidarność - wobec krajów południa - wymaga ograniczenia transferów do nowych państw członkowskich.

W UE trwa już zresztą dyskusja o skuteczności polityki spójności mającej wyrównywać różnice gospodarcze. Istnieje percepcja, że polityka ta nie przełożyła się na konkurencyjność greckiej czy też portugalskiej gospodarki, mimo wyłożonych na to miliardów euro. Nawet przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso dzieli się na zamkniętych spotkaniach wątpliwościami, czy polityka spójności ma sens.

Przed nami trudna walka, aby dowieść, że w naszej części Europy fundusze UE przekładają się na skok cywilizacyjny i przynoszą korzyści także starym członkom. Stojąc przed wyborem, czy kruszyć kopie z Niemcami, czy też mieć Berlin po swojej stronie, rząd racjonalnie wybiera scenariusz, który daje większą szansę na utrzymanie przyzwoitego strumienia unijnych środków.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':