http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Grass: Kamienie Syzyfa

Günter Grass
2011-08-01, ostatnia aktualizacja 2011-07-29 16:12

Kapitalizm zdegenerował się, stał się maszynerią, która służy już tylko sobie samej. To nieprzyjazny ludziom moloch, którego nie ogranicza skutecznie żadne prawo. Czy rynek, konsumpcja i zysk nadal mają być naszą religią?

Grass: Jedno wydaje mi się pewne: jeśli demokracje zachodnie okażą się niezdolne do tego, by za pomocą fundamentalnych reform przeciwstawić się niebezpieczeństwom, to nie będą w stanie poradzić sobie z tym, co w nadchodzących latach jest nieuniknione: kryzysami rodzącymi następne kryzysy, niepohamowanym wzrostem liczby ludności, spowodowanymi niedostatkiem wody głodem i nędzą falami uchodźców oraz wywołanymi działalnością człowieka zmianami klimatycznymi.

Na zdjęciu: młoda kobieta na demonstracji w Paryżu, październik 2010
Fot. Michel Spingler AP
Grass: Jedno wydaje mi się pewne: jeśli demokracje zachodnie okażą się...
ZOBACZ TAKŻE
"Cały ten system trzeba postawić pod znakiem zapytania" - twierdzi noblista Günter Grass w zamieszczonym tu eseju, opublikowanym w Niemczech na początku lipca. Nie pierwszy raz jeden z najwybitniejszych niemieckich pisarzy próbuje wstrząsnąć sumieniami obywateli.

Historia jego politycznego zaangażowania i - jak sam o sobie mówił - "pisania wbrew aktualnym trendom" sięga początku lat 60. zeszłego wieku. Grass zawsze wierzył, że powolny, ale nieprzerwany upór ("strategia ślimaka") jest w walce o własne ideały najlepszą metodą. U boku Willy'ego Brandta walczył o pogłębienie demokracji, występował w obronie uchodźców i azylantów, opowiadał się za tolerancją wobec mniejszości i krytycznym patrzeniem na niemiecką przeszłość (choć własny epizod jako 15-latka w Waffen SS przemilczał). Jak żaden inny intelektualista zabierał głos w niemal wszystkich najważniejszych niemieckich debatach, a jego krytyka zjednoczenia Niemiec odbiła się bodaj najszerszym echem.

Lewicowiec, patriota konstytucji i orędownik demokracji parlamentarnej znowu poczuł się wywołany do tablicy. Trudno się dziwić. I Niemcy, i Europa dryfują w nieznanym kierunku. Gdy na początku lipca niemiecki parlament przegłosował zwrot w polityce energetycznej (rezygnację z energii atomowej), a tego samego dnia weszła w życie reforma armii znosząca powszechną służbę wojskową, niemieccy komentatorzy pisali, że "żyjemy w innej republice".

Dla pokolenia Grassa zakorzenienie armii w społeczeństwie ("obywatel w mundurze") było jednym z najważniejszych powojennych osiągnięć i kotwicą demokracji. Dla lewicy wartość szczególną stanowił także ideał otwartego i tolerancyjnego społeczeństwa. Po wielkiej dyskusji, jaką rozpętała przed rokiem antymuzułmańska książka socjaldemokraty (!) Thilo Sarrazina, jego perspektywy są niejasne. I wreszcie rozboje kapitalizmu finansowego, od lat przedmiotu krytyki niepokornego autora "Blaszanego bębenka".

Swoimi obawami i złością Grass podzielił się z członkami stowarzyszenia dziennikarzy Netzwerk Recherche, występując na jego dorocznym zjeździe 2 lipca tego roku w Hamburgu. Na czym polega odpowiedzialność mediów w obliczu zagrażających demokracji i porządkowi społecznemu problemów? Gdzie dziennikarze zawodzą?

Grass, dzisiaj 83-letni nestor niemieckiego i europejskiego życia intelektualnego, jest w tym tekście taki, jakim go od lat znamy: polemiczny, przesadny, błyskotliwy, irytujący, dający do myślenia i przemądrzały. I właśnie dlatego/mimo to (niepotrzebne skreślić) warto jego esej przeczytać.


Piotr Buras



Panie i panowie,

a może, ponieważ wszyscy tutaj należymy do cechu piszących i ochrzczeni zostaliśmy atramentem, powinienem państwa poprosić o uwagę po prostu jako koleżanki i kolegów? Niniejsze zgromadzenie powołuje się w końcu na pisarza i filozofa Alberta Camusa, a obierając za swoje motto słowa o "szczęśliwym człowieku", uczyniło swoim patronem Syzyfa, który od lat 50. minionego wieku jest moim jedynym świętym. Na nim, który przeklina bogów, zawsze mogłem polegać: na świętym Syzyfie.

Camus na nowo zinterpretował nam jego postać i jego mit. Już sam fakt, że jego tyleż zwięzły, co charakteryzujący się długotrwałym oddziaływaniem esej został napisany w samym środku niemieckiej okupacji i wydany w 1942 r. przez paryskie wydawnictwo Librairie Gallimard - czyli że trafił w ręce czytelników w czasach, kiedy Francja wahała się między oporem a kolaboracją - jest jeszcze jedną wskazówką, co skłonić mogło Camusa do zilustrowania absurdalności dziejów za pomocą tego obrazowego symbolu: kamienia nigdy niezaznającego spokoju.

Ale czyż nie jest tak, że dzisiaj nie pozwala nam spocząć wiele różnych kamieni? Spoglądając wstecz na minione półrocze, trudno nie zauważyć, jak wiele doniosłych wydarzeń trafiało - jedno po drugim - wytłuszczoną czcionką na tytułowe strony prasy światowej i lokalnej, jak na przemian się one prześcigały i jak walczyły między sobą o palmę pierwszeństwa. Już wydawało się, że wydarzenia te - jak zeszłoroczny śnieg - odeszły w przeszłość, tymczasem nie przestały bynajmniej wpływać na procesy polityczne i gospodarcze.

I tak śmieszność afery plagiatowej Guttenberga przesłoniła zauważone dopiero teraz skutki likwidacji powszechnej służby wojskowej dokonanej pospiesznie przez tego arystokratycznego odtwórcę roli ministra. Brać dziennikarska wychwalała go zresztą nie tylko za to osiągnięcie. Będzie o tym mowa później. [Minister obrony Karl-Theodor zu Guttenberg musiał 1 marca ustąpić ze stanowiska po ujawnieniu, że popełnił plagiat, pisząc pracę doktorską].

Jednak ledwie pani kanclerz obiecała dać wiarę baronowi blagierowi, trzęsienie ziemi i tsunami w odległej Japonii spowodowały katastrofę atomową, która natychmiast przywołała pamięć dawno zapomnianych ruin reaktora w Czarnobylu, a z wyborów landowych [w Badenii-Wirtembergii] uczyniła wydarzenie wielkiej rangi. Fukushima nadal nadawała się jeszcze, jak to się mówi w żargonie dziennikarskim, na "czołówkę" - a już powstania w Afryce Północnej od Tunezji i Egiptu po Libię i Syrię zaczęły dochodzić swego prawa do miejsca na pierwszej stronie. W tym samym czasie wystąpienia pewnego ministra spraw zagranicznych [szefa MSZ Guido Westerwellego z FDP] nawet dla resztek zwolenników jego partii stały się przyczyną wstydliwego zakłopotania.

Teraz wygląda na to, że nabrzmiewający od lat kryzys grecki przesłoni tamte wcześniejsze wydarzenia (i, co dotyczy także Fukushimy, będzie obciążeniem dla przyszłości), że zagłuszy je przymusowymi zarządzeniami i proeuropejskimi zaklęciami.

I co tam jeszcze było i nadal będzie - kolejne tematy, licytujące się bez ładu i składu o to, który ważniejszy: ceny benzyny, nędza uchodźców, książęce wesela, rybacy, którzy stają się piratami, oraz zepchnięte na dalszy plan, ale od lat dające się nam we znaki zmiany klimatyczne wraz z towarzyszącymi im zjawiskami, które słusznie stawiają pod znakiem zapytania perspektywy gatunku ludzkiego.

Podsumowując, można powiedzieć, że dziennikarstwo, o które tu przecież dzisiaj chodzi i które - jeśli dobrze rozumiem motto tej konferencji - chce podważyć swoje pewniki, żyje z dnia na dzień, karmi się sensacjami i nie znajduje albo nie daje sobie wystarczająco dużo czasu na to, by prześwietlić tło tych wszystkich zdarzeń, które w coraz krótszych odstępach wpędzają nas w niekończące się kryzysy.

***

Ale czy dziennikarstwo albo też, pytając bardziej wprost, dziennikarze są w stanie krytycznie spojrzeć na siebie samych? Jako pisarz mógłbym wiele na ten temat powiedzieć. To, co robię, i to, czego nie robię, podlega ich nieustannej ocenie. Dostatecznie często byłem obiektem polowań ze strony dziennikarstwa walczącego przypominających nagonki dzikich hord. Jestem przyzwyczajony do tego rodzaju rytuałów i przeżyłem wiele przypadków takiego szlachtowania, a wyniesione z nich blizny swędzą już tylko od czas do czasu. Może dlatego, że my, pisarze, obchodzimy się ze sobą nawzajem skądinąd w sposób krytyczny, czego dziennikarze nie robią niemal nigdy. W najlepszym razie ten czy ów kręci swoim wrażliwym nosem, kiedy ze szpalt "BILD-Zeitung" cuchnie już nadto dotkliwie.

Są jednakże wyjątki. Przed kilkoma miesiącami przeczytałem w tygodniku "Die Zeit" próbę krytycznej samoanalizy. Zauważyłem przy tej okazji, że to głównie dziennikarze ekonomiczni skłonni byli wyrzucać sobie, że nie ostrzegli we właściwym czasie przed wielkim kryzysem finansowym, choć był on do przewidzenia.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 6
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':