Telefon 39 39 64 był najbardziej znanym prywatnym numerem w PRL-u. Znali go studenci, robotnicy, opozycjoniści, wszyscy, którzy czytali niecenzurowane wydawnictwa i w ogóle "knuli" w latach między protestami robotniczymi Czerwca '76 a powstaniem "Solidarności". Pod ten numer dzwonili, kiedy coś się działo. Ten numer wykrzykiwali, gdy zatrzymywano ich na ulicy, w nadziei, że jakiś przechodzień przekaże wiadomość: "39 39 64. Zawiadomić Jacka Kuronia, że zatrzymano (tu nazwisko). 39 39 64".
Telefon stał wśród papierów, świstków, szklanek po herbacie i popielniczek na biurku, przy którym urzędował Jacek, w mieszkaniu 64 przy ulicy Mickiewicza 27 w Warszawie.
Mickiewicza 27 m. 64 Mickiewicza 27 to solidna kamienica warszawska zbudowana tuż przed wojną dla urzędników państwowych. Świetnie położona - wzdłuż głównej arterii prowadzącej ze Śródmieścia - rozciąga się na kilkaset metrów aż do placu Wilsona, centralnego punktu Żoliborza. Na tyłach ma ogromne podwórze z drzewami, piaskownicami i ławeczkami. Mieszczące się na parterze mieszkanie numer 64 miało trzy obszerne pokoje, kuchnię i obok niej - służbówkę. Od wiosny 1946 r. zamieszkała tu rodzina Kuroniów, która przez Rabkę i Kraków przywędrowała ze Lwowa. Jacek spędzi tam - z przerwami na więzienia - resztę swego życia.
Rodzice Wanda i Henryk Kuroniowie zajęli dwa pokoje w głębi
mieszkania: duży, przechodni z poniemieckim kredensem, a za nim sypialnię. Henryk Kuroń, inżynier, barwna postać z przeszłością PPS-owską i AK-owską, przez lata zajmował centralne miejsce w domu. Mama Jacka była niemal niewidoczna. Obiady jadała w pracy, wracając do domu wpadała do biblioteki, aby później zamknąć się w sypialni i pogrążyć w lekturze.
W pokoju od wejścia po prawej zamieszkali: 12-letni Jacek, uczeń V klasy szkoły podstawowej, jego trzyletni brat Felek i dziesięcioletni Wacek Sukniewicz, syn siostry Wandy Kuroniowej, który zamieszkał z nimi podczas wojny we Lwowie, gdy matkę wywieziono do Kazachstanu, a ojciec zaginął (jak się później okazało, Sowieci zamordowali go w Charkowie).
Pokoik przy kuchni zajmował w pierwszych latach świeżo owdowiały dziadek Franciszek, rocznik 1870, robotnik z Zagłębia, PPS-owiec, który opowieści o rewolucji 1905 r. i bojowcach z PPS-u lubił przeplatać śpiewaniem robotniczych i patriotycznych pieśni. Felek Kuroń: - Kiedyś, wskakując do tramwaju, dziadek złamał nogę i wzięli go do szpitala, skąd szybko uciekł. Na Mickiewicza nikogo nie było, więc wszedł przez okno. Rodzina po powrocie zastała go, jak laubzegą rozpiłowywał gips.
Metoda wchodzenia przez okno od ulicy była w domu Kuroniów często stosowana. Późnym wieczorem, kiedy dozorca pobierał haracz za otwarcie bramy, był to podstawowy ciąg komunikacyjny dla domowników i ich przyjaciół. Czasem nawet korzystali z niego sąsiedzi z wyższych pięter.
Najwspanialszy na świecie Dom w sposób całkowicie oryginalny prowadził pan Henryk, pani Wanda gospodarstwem się nie zajmowała. To on robił zakupy i gotował. Na szafce kuchennej wywiesił grafik: imiona domowników i przysługujące im tygodniowe racje żywnościowe. Na przykład jajka - 5 sztuk, śledzie - 3 sztuki, wędlina - 4 plasterki, boczek - 3 plasterki, jabłka - 2 sztuki. Można było zjeść swoje pięć jajek od razu, jednak należało je odhaczyć.
Felek: - Siadaliśmy do stołu i mama mówiła: "Nie rozmawiajmy o polityce". I zaraz zaczynała się kłótnia Jacka z Wackiem. Ojciec stawał po stronie Jacka, mama - Wacka.
Pan Kuroń, choć po doświadczeniach okupacji we Lwowie jednoznacznie antysowiecki, dostrzegał zalety nowej Polski - odbudowa, awans społeczny - więc z początku tworzył wspólny front domowy z Jackiem przeciw "reakcyjnej" mamie. Ale za stalinizmu był już przerażony zetempowskim zapałem Jacka i często się kłócili. Kiedyś Jacek przyniósł do domu portret Stalina, chciał go wieszać, pan Henryk protestował.
- A co ty mówisz na zewnątrz, a co mówisz w domu?! - krzyczał Jacek.
- To leć, donieś na mnie na UB! - odkrzykiwał pan Henryk.
Kłótnie kłótniami, ale Jacek uwielbiał ojca, a dom swój uważał za najwspanialszy na świecie: "Po dziś dzień moi rówieśnicy z podwórka wspominają, jak się w naszym pokoju grało w słotne dni w ping-ponga, w siatkówkę czy urządzało bójki. Kolegów mieliśmy różnych, dziwnych, bo żaden z nas nie był elitarny w doborze towarzystwa, podobnie jak rodzice" - pisał po latach. I dodawał, że ich mieszkanie wyglądało zwykle niczym pobojowisko: "Na ścianach ślady zabłoconych piłek, kolorowych tuszy i atramentów porozlewanych przy okazji naszych różnych bitew i meczów, ślady czerwonego wina, które tatuś robił z czarnego bzu i które kiedyś eksplodowało, połamane meble, podarte kapy na zawsze rozbebeszonych łóżkach".
Kuroniowie żyli również na podwórku. Hanna Szymanko, sąsiadka z klatki obok, pamięta, jak z jej mieszkania ciągnął się przedłużacz do lampy oświetlającej stolik stawiany pod oknem, gdzie jej ojciec grał z ojcem Jacka w szachy. Na ławeczce przy śmietniku, naprzeciw klatki Kuroniów, stała ławka, przy której Jacek później będzie konspirował, próbując uniknąć podsłuchu w domu.
Magnes i serce W 1959 r. do mieszkania przy Mickiewicza wprowadziła się nowa lokatorka - żona Jacka, 19-letnia studentka Gajka. Dla dziewczyny z zadbanego mieszczańskiego domu, gdzie rodzina razem siadała do wspólnych posiłków, a w soboty pachniało pastą do podłogi, zamieszkanie tam musiało być szokiem. U Kuroniów każdy jadł, kiedy chciał, można się było skrzyknąć na
obiad, ale też każdy mógł sobie wziąć coś z garnka i zjeść na stojąco.
Nowożeńcy dostali miejsce w kuchennej szafce, gdzie mogli trzymać swoje zakupy i nakrycia. Rok później urodził im się syn Maciek. Gajka miała nadzieję, że uda im się dostać przydział na mieszkanie kwaterunkowe. Jacek był wtedy obiecującym działaczem partyjnym, zajmował się harcerstwem. Jego pasją był hufiec walterowski, tzw. czerwone harcerstwo, internacjonalistyczne i komunistyczne aż do bólu, na lewo od rządzącej partii. W listach do Gajki z początku lat 60. zapewniał, że pójdzie do jakichś towarzyszy interweniować w sprawie mieszkania. Ale szybko zadarł z władzą i o przydziale nie było co marzyć.
Gajce zostało rysowanie na serwetce wymarzonego planu ich pokoju, który nie był remontowany od czasu, gdy mieszkała w nim trójka chłopaków. Gdy wyjechała na obóz studencki, Jacek z jej siostrą Ewą zrealizował marzenie z serwetki. Wkrótce wskutek, jak to nazywał Jacek, wielkiej sanacyjnej akcji Gajki, w całym domu pojawiły się firanki, domownicy założyli kapcie, a dla gości zaprowadzono sukna.