Graczyk, pisząc, że jego książka "przeszkadza", przydaje sobie znaczenia. Nie o to chodzi. Nikt nikomu nie zamyka ust. Książka wyszła, jest w księgarniach, piszą o niej gazety, w tym nasza. Chodzi o coś innego: że to kiepska książka, jednowymiarowa i niesprawiedliwa.
Rozumiem frustrację pisarza (bo historykiem trudno Graczyka nazwać). Czytanie niepochlebnych recenzji nie jest przyjemne. Pewnie dlatego od tygodni autor "Ceny...?" opisuje w internecie i gazetach, co właściwie chciał przekazać czytelnikom, a czego jego nierozgarnięci krytycy nie zrozumieli.
Wszędzie - zarówno w książce, jak i w polemikach - przewija się podobny wątek. Jerzy Turowicz byłby wielki, gdyby po Październiku '56, gdy władza zamykała "Po Prostu" i seminaria, zdecydował się na jedyną rzecz dopuszczalną przez żarliwego antykomunistę Anno Domini 2011 - trzasnął komunistom drzwiami przed nosem. Wszystko inne jest "legitymizowaniem systemu". Jeśli ktoś myśli inaczej, to... nie jest mężczyzną.
Historia Graczyka to historia "męska", tak jak męskość rozumie autor "Ceny przetrwania?". W stylu nastolatka zafascynowanego Sienkiewiczem, dla którego wszystko jest czarno-białe, a wybory wyłącznie podłe lub męczeńskie. Historia łatwa, jednowymiarowa w stylu szkolnych czytanek sprzed lat. I anachroniczna, oceniająca przeszłość pod dyktando i według kalek współczesności, bez brania pod uwagę kontekstu opisywanego czasu.
W końcu historia idąca na lep polityki, dająca się polityce wykorzystywać. Historia, w której bohaterem nie jest ten, który próbuje zmieniać rzeczywistość, ale ten, kto wysadza się na szańcach. W praktyce mamy uwierzyć, że współczesny patriota, gdyby znalazł się pół wieku temu w takiej sytuacji jak ludzie "Tygodnika", na pewno zginąłby na froncie walki z komunizmem.
Za takie uprawianie historii dostaje się na studiach dwóję.
To jasne, że trzeba pytać: "Jak było?". Ale Graczyk nie pyta, on insynuuje.
Oceniając - a nie opisując, jak twierdzi - wybory dokonane przez ludzi "Tygodnika", porusza się w przestrzeni czasu przeszłego niedokonanego: mogli wybrać inaczej, ale nie wybrali. "Gdyby Stomma, Mazowiecki i Zawieyski nie dali się w 1968 r. przekonać Wyszyńskiemu, historia całego ruchu Znak potoczyłaby się inaczej. Lepiej? Gorzej? Tego nie wiemy".
"Gdybanie" to fajna zabawa, tyle że banalna i niewiele wnosząca do naszej wiedzy o tamtych czasach. Co złego ma wynikać z tego, że liderzy środowiska postąpili tak a nie inaczej? Tego nie wiemy, ale dla Graczyka sama wątpliwość jest faktem ich obciążającym. Jeśli Turowicz czy Stomma, dokonując takich a nie innych wyborów, popełnili brzemienne w skutkach błędy, to Graczyk powinien te błędy wykazać. Nie robi tego.
Niekompetencja wyrażająca się w nieumiejętności stawiania pytań badawczych, analizowania materiału i odwoływania się do kontekstu zawodzi równie mocno jak zideologizowanie książki Graczyka.
Jego stosunek do "Tygodnika Powszechnego" najlepiej obrazuje pewien fragment "Ceny...", w którym opowiadając o tekście Turowicza na którąś z PRL-owskich rocznic, dorzuca informację, że w Polsce nie było drugiego tak pociętego przez cenzurę pisma. I dodaje: "Ale nie o tym teraz mówimy".
Dlatego odwoływanie się do kategorii bilansu jest tu kompletnie fałszywe. W bilansie waży się rzeczy dobre i złe - takie, których istnienia niezbicie dowiedziono. Nie ma sensu mówić o bilansie "TP", gdy po jednej stronie mamy kilkadziesiąt lat walki "Tygodnika" o ocalenie polskiej kultury, a z drugiej - karkołomne oskarżycielskie konstrukcje Graczyka skryte za faryzejskim: nie oceniam, opisuję.
Graczyk pisze, że nic nie znaczą dla mnie słowa Turowicza. Znaczą dla mnie wiele i zdaje się, że rozumiem je lepiej od autora "Ceny przetrwania?". Bo dla mnie to słowa jednego z tych ludzi, którzy przez dziesiątki lat, stojąc oko w oko z wrogiem, sprzeciwiali się mu, choć często oznaczało to, że zostaną zmuszeni do milczenia, złamane zostaną ich kariery, pozbawieni zostaną środków do życia, a nierzadko posłani do więzienia; ludzi, którzy narażali się, aby ocalić fundamenty naszej kulturalnej tożsamości, by po latach jedyną formą społeczno-kulturalnej narracji nie był gomułkowski bełkot.
Niewiele dla mnie znaczą natomiast sofizmaty i "gdybologia" tych, którzy odtwarzają historię nie z faktów, ale z domniemanych przez siebie intencji i hipotez. Tych, którym nader łatwo - na podstawie poszlak, scenariuszy dopisywanych do rzeczywistości w światach równoległych, ale nie zaistniałych - pisać o brudnych grach, uczestniczeniu w kłamstwie i paktowaniu z diabłem.
Jestem kobietą, w odróżnieniu od Graczyka w „Tygodniku” nie pracowałam, a stan wojenny zastał mnie w podstawówce. Dla mnie rzeczywiście „ »Tygodnik « wielki był, koniec i kropka!”, bo nie obraził się na rzeczywistość, nie poszedł do lasu ani na wewnętrzną emigrację, ale za cenę
gry z systemem ocalił polską tożsamość. Dzięki niemu PRL-owski horror był mniejszy, niż byłby bez niego, a przepaść kulturalna między nami a Europą Zachodnią, między polskim katolicyzmem a katolicyzmem europejskim - płytsza.
To jest dla mnie prawdziwe bohaterstwo. Dzięki niemu moi dziadkowie na Górnym Śląsku mogli co tydzień odbierać od listonosza nowy numer i przez kilka godzin oddychać wolnością. Wolnością, która dziś dla Graczyka jest "kombinowaniem z czerwonym".