W nocy z 9 na 10 września 1930 r. w Tarnowie do mieszkania Adama i Lidii Ciołkoszów, działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej, przyszła żandarmeria. Gdy funkcjonariusze dowiedzieli się od Lidii, że męża nie ma w domu, otoczyli kamienicę i przystąpili do rewizji w mieszkaniach wszystkich lokatorów. W tym czasie Ciołkosz wrócił. Został zatrzymany i - wedle oświadczenia oficera - miał być zabrany na posterunek policji. Kiedy wkrótce potem Lidia i ojciec Adama, Kasper, poszli na komisariat, okazało się, że go tam nie ma.
Poszukiwania prowadziły do wniosku, że 29-letni były poseł został wywieziony w nieznanym kierunku.
Jak doszło do tych wydarzeń?
Po przewrocie majowym 1926 r. powstał w Polsce system rządów niekontrolowanych przez Sejm. Parlament utracił możliwość powoływania i realnego kontrolowania rządu, znieważał go marszałek Piłsudski. Trwające w 1928 i 1929 r. konflikty doprowadziły do porozumienia stronnictw lewicy i centrum, które stworzyły sojusz polityczny nazwany potocznie Centrolewem. Wobec braku możliwości przywrócenia kontroli nad rządem w drodze parlamentarnej organizatorzy Centrolewu postanowili zorganizować społeczny nacisk na władzę.
Na 29 czerwca 1930 r. zwołali w Krakowie kongres pod hasłem obrony prawa i wolności ludu. Przybyli posłowie, senatorowie i delegacje z wielu województw reprezentujące PPS,
PSL-Piast, PSL-Wyzwolenie, Stronnictwo Chłopskie oraz chadecję i Narodową Partię Robotniczą, NPR. Odbył się wiec w Starym Teatrze, a po nim wielotysięczne zgromadzenie na Rynku Kleparskim. Dalszy ciąg akcji zmierzającej do walki o usunięcie dyktatury Piłsudskiego uczestnicy kongresu zapowiadali na wrzesień. W swej rezolucji zaznaczali: "na każdą próbę zamachu stanu odpowiemy najbardziej bezwzględnym oporem". Jednym z działaczy Centrolewu był poseł PPS-u Adam Ciołkosz.
30 sierpnia prezydent rozwiązał Sejm i Senat, wyznaczając wybory na 16 i 23 listopada.
Kryminaliści i gwałtownicy? Składając w 1941 r. w Londynie zeznania przed komisją badającą sprawę brzeską, Ciołkosz mówił, że 9 września w nocy wracał do domu i słyszał za sobą kroki, przypuszczał, że agenta policji. Przed wejściem do domu ujrzał grupę policjantów z komisarzem Rożdżeńskim z Krakowa. "Zapytał mnie o nazwisko, które mu podałem, a następnie zapytał się, czy posiadam broń, na co wręczyłem mu brauning. Policja zaprowadziła mnie do mego mieszkania, gdzie, jak się dowiedziałem, była już uprzednio, obudziła wszystkich domowników i przetrząsnęła całe mieszkanie w poszukiwaniu za mną. Obecnie komisarz Rożdżeński oświadczył mej żonie, że zabiera mnie z sobą na przesłuchanie do miejscowej Komendy Policji i że na rano powrócę".
Ciołkosza zaprowadzono do samochodu, w którym byli już policjant i żandarm wojskowy. Zaczęła się podróż przez Mielec, Tarnobrzeg, Sandomierz, Radom, Dęblin, Białą Podlaską, kiedy aresztant dowiedział się, że jadą do Brześcia nad Bugiem. Wtedy też komisarz wyjął arkusz podpisany przez szefa MSW Sławoja Składkowskiego i zaadresowany do wojewódzkiej komendy policji w Krakowie, z nakazem osadzenia byłego posła Ciołkosza "w miejscu wskazanym w załączonym piśmie, którego mnie nie pokazano".
Okolo drugiej po południu dojechali do twierdzy Brześć. "Ujrzałem kilka stojących przed bramą samochodów okrytych kurzem, z czego wywnioskowałem, że nie mnie jednego spotkały wydarzenia ostatniej nocy". Istotnie, aresztowano też 19 innych posłów. W sumie 12 działaczy Centrolewu, dwóch narodowców, pięciu Ukraińców i jednego posła z piłsudczykowskiego BBWR-u, oskarżanego o nadużycia.
Przesłanki wybrania tych, a nie innych posłów były mętne. Władze aresztowały część przywódców Centrolewu (Wincentego Witosa, Władysława Kiernika, Hermana Liebermana, Norberta Barlickiego, Kazimierza Bagińskiego, Józefa Putka), ale wielu innych, nawet aktywniejszych, pominęły. Młodych posłów - Ciołkosza i Stanisława Dubois - aresztowały, gdyż, jak oceniał współczesny tym wydarzeniom historyk Adam Próchnik, przypuszczały, że "w ich działalności można się będzie łatwiej doszukać jakichś radykalniejszych wystąpień". Wśród aresztowanych przeważali pepeesowcy, ale byli też ludowcy, w tym były premier Witos, i legendarny na Śląsku Wojciech Korfanty. Ukraińców dodano do posłów polskiej opozycji, by "podać w wątpliwość jej patriotyzm", a posła BBWR-u, oskarżonego o przestępstwo pospolite, by "rzucić cień na ogół aresztowanych".
Ogłoszony 10 września urzędowy komunikat powiadamiał obywateli, że przyczyną aresztowania były "nagromadzone przez cały okres ubiegłej kadencji sejmowej przestępstwa zarówno natury kryminalnej (kradzieże, oszustwa, przywłaszczenia itp.), jak i natury politycznej (strzelanie do policji, nawoływanie do gwałtów i nieposłuszeństwa władzom, wystąpienia antypaństwowe)". Była to nieprawda i późniejszy akt oskarżenia przestępstw takich nie podniósł.
Zaduch, myszy i pchły Ciołkosz zeznawał w 1941 r., że po przybyciu do Brześcia został zaprowadzony na piętro, gdzie oczekiwał komendant twierdzy, płk Wacław Kostek-Biernacki, dwóch oficerów i kilku żandarmów. Na stole znajdowały się różne drobiazgi odebrane innym więźniom. Oficerowie kazali się rozebrać, w czasie rewizji osobistej przekłuli bagnetami podeszwy butów. Odebrali szelki, lusterko, zegarek, krawat, pasek, sznurowadła i zaprowadzili do celi.
"Cela ta obliczona była na dwie osoby i głównym jej sprzętem było blaszane łóżko piętrowe, na deskach znajdował się siennik i workowa poduszka, prześcieradło wojskowe i jeden koc, po kilku tygodniach dodano nam po drugim kocu. Pod oknem znajdowały się dwa stołeczki, a w ścianę wmurowany był ruchomy stolik. Rozmiary celi były takie, że można w niej było uczynić tylko cztery kroki. Zakratowane okno zasłonięte było koszem blaszanym". Do tego "pełno było myszy, które nawet za dnia wspinały się nawet na górne łóżka. Po godzinie 10-ej wieczorem do celi mej został wepchnięty były poseł [ukraiński Wołodymyr] Celewicz, z którym razem przebywałem 6 tygodni".
Po owych sześciu tygodniach w celi Ciołkosza osadzono posła ze Stronnictwa Narodowego Jana Kwiatkowskiego. Izolacja między celami była ścisła, tak że Ciołkosz nie mógł się zorientować przez wiele tygodni, kto jest w Brześciu, a nawet ilu jest więźniów. W celi na ścianie umieszczony był regulamin podpisany przez Kostka-Biernackiego z zakazem palenia papierosów, korespondencji, obowiązkiem stawania na baczność przed personelem więziennym. W dzień siadanie na łóżku, a nawet opieranie się o nie, było zabronione. W celach mnóstwo było pcheł. Nocami paliło się światło. Wszystkim więźniom ogolono głowy.
Pożywienie składało się z 20 dkg chleba dziennie, płynu, "który był czasem nazywany herbatą, a czasem kawą", na obiad więźniowie dostawali zupę z grochem lub marchwią, względnie burakami pastewnymi, "zaś na pokrywce menażki otrzymywaliśmy zazwyczaj ziemniaki". Raz w tygodniu podawano mięso, zwykle niezdatne do spożycia. Kolacja składała się z jednego dania. Prośby o zakup dodatkowej żywności były odrzucane. Kiedy 11 listopada podwojono racje chleba i poprawie uległy obiady, "wszyscy więźniowie pochorowali się żołądkowo, gdyż odwykli już od ilości i jakości jedzenia". Więźniom nie dostarczano prasy ani książek, mogli czytać jedynie historie pułków przeznaczone dla rekrutów. Odmawiano nawet dostarczenia Pisma Świętego.
Pomoc lekarska ograniczała się do podstawowych lekarstw. Cele zaczęto opalać 10 listopada, "jednak zimno było tak dotkliwe, że w mojej celi śnieg przez dach i sufit przeciekał na podłogę". Panował zaduch, m.in. z powodu kubłów (kibli) przeznaczonych do załatwiania potrzeb naturalnych. Więźniowie wynosili te kubły rano i wieczorem. Nie było papieru, a używanie dla podtarcia słomy z sienników było karane. Mycie odbywało się rano w umywalni z wybitymi szybami. "Umywalnia składała się ze starych, blaszanych, zardzewiałych mis, które więźniowie wyznaczeni do sprzątania korytarzy musieli codziennie czyścić. Z nadejściem silnych mrozów mycie się w umywalni, po której hulał wiatr, było dużą przykrością. Raz tylko pozwolono więźniom wymyć w umywalni nogi". Raz dziennie wyprowadzano ich na spacer, parami, tak jak siedzieli w celi. "Rozmawianie w czasie spaceru było wzbronione, a polegał on na jednostajnym maszerowaniu na podwórzu więziennym wokoło słupa z poprzeczką, przypominającego szubienicę".
W wojskowej twierdzy w Brześciu przez dwa i pół miesiąca ekipa oficerów z płk. Kostkiem-Biernackim poddawała uwięzionych brutalnym szykanom i najróżniejszym wymyślnym prześladowaniom. Kilku posłów (m.in. Liebermana i Karola Popiela) dotkliwie pobito, innych poszturchiwano, lżono, zmuszano do prac uważanych za poniżające, głodzono, straszono, inscenizując przygotowania do egzekucji. Ciołkosz należał do grupy, której oszczędzono pobicia, poprzestając na różnych szykanach. Zapewne jako człowiek młody i silny fizycznie znosił warunki Brześcia łatwiej od starszych.
Niemniej dziesięć lat później wspominał, że codziennie rano wyznaczano dwóch, a czasem więcej więźniów do sprzątania. "Czyszczenie odbywało się przy pomocy małych szczoteczek i szufelek. Ponieważ podłogi były drewniane, a po tak zwanych rewizjach [w celi, polegających m.in. na wysypywaniu słomy z sienników] było wszędzie pełno śmiecia ze słomy, które wdzierało się między deski, przeto czyszczenie polegało nie tylko na zamiataniu, ale wręcz wydłubywaniu słomy paznokciami ze szczelin". W ten sposób czyszczono też korytarze, schody, szpital więzienny, a wszystko należało wykonywać w bezwzględnej ciszy.