http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Piękna mała historia

Anna Wolff-Powęska*
2010-03-29, ostatnia aktualizacja 2010-03-26 19:09

Bez partyjnego namaszczenia i finansowego zaplecza, często wbrew nawykom myślowym mieszkańców - tak zaczynali 20 lat temu lokalni budziciele pamięci. Uruchomili lawinę

Anna Wolf-Powęska
Fot. Lukasz Cynalewski / AG
Anna Wolf-Powęska
Zbigniewa Czarnucha, pedagoga i historyka z Witnicy, miasteczka między Kostrzynem a Gorzowem Wielkopolskim, zaintrygowały wyzierające z każdego kąta przedmioty pozostawione po II wojnie przez Niemców. Stworzył w Witnicy Park Drogowskazów i Słupów Milowych Cywilizacji pokazujący m.in. lokalną historię. Do parku należy "Rozstrzelane drzewo" z tablicami nazw miejscowości po polsku, niemiecku i rosyjsku - przypominają one ludzi, którzy w 1945 r. zginęli w walkach o miasteczko, musieli je opuścić lub przybyli tu z odległego wschodu.

W miejscowej Izbie Regionalnej umieścił słoik marynowanych kurek, które na czarną godzinę zakopali podczas wojny Niemcy, a lata później odnaleźli Polacy. Znalazł się on w 2006 r. na berlińskiej wystawie Związku Wypędzonych. Rząd PiS-u nakazał polskim instytucjom państwowym wycofanie swych eksponatów - Czarnuch pozostawił grzyby w Berlinie. Najpierw, tłumaczył, czuje się człowiekiem, a dopiero potem Polakiem.

Bohaterką znaczących rocznic - jak te obchodzone w zeszłym roku - jest "wielka" historia; celebrowana, rekonstruowana na byłych polach bitew. Ale z dala od centralnej agory niezauważenie dokonuje się przywracanie znaczenia historii "małej".

Na jałowej ziemi niewiedzy

"Energia budująca tkankę łączną cywilizacji i jej kulturę duchową rodzi się z małej liczby - a ona potrzebuje intymności, skoncentrowania na pojedynczym człowieku, niewielkiej wspólnocie, konkretnym miejscu, Innym, który jest tak blisko, że aż boli" - mówił o sensie przywracania pamięci miastom, wioskom, regionom Krzysztof Czyżewski, szef Ośrodka Pogranicze w Sejnach, odbierając Nagrodę Dialogu Federalnego Związku Towarzystw Niemiecko-Polskich 2006.

Zanim orędownicy IV oskarżyli III RP o skazanie na banicję pamięci o przeszłości, od 1989 r. dokonywało się na geograficznych peryferiach Polski oddolne przywracanie historii różnym lokalnym miejscom. Ta obywatelska aktywność miała wszelkie znamiona antypolityki. Może dlatego nie została zauważona - pierwsze rzędy na widowni życia publicznego ograniczają zasięg widzenia.

O lokalną historię, deformowaną lub odrzucaną przez władze PRL-u ze względów klasowych lub narodowych, upomnieli się idealiści, pasjonaci. Polska gminna i powiatowa uruchomiła energię wyzwoloną przez miejscowych nauczycieli, dziennikarzy, muzealników, bibliotekarzy czy artystów.

Eksplozja zainteresowania "małą ojczyzną", centrum świata dla tych, dla których najbliższe jest to, co można ogarnąć z wieży parafialnego kościoła, jest w dużej mierze reakcją na ideologiczne podporządkowanie "dużej ojczyźnie". Ma też bronić przed dezintegracją i wydziedziczeniem.

W przeciwieństwie do aktorów państwowych obywatelscy budziciele pamięci przystępowali do działania niemal z gołymi rękoma. Uskrzydleni wolnością, niesieni poczuciem misji, często wbrew nawykom myślowym mieszkańców, bez partyjnego namaszczenia, finansowego i instytucjonalnego zaplecza, na jałowej ziemi niewiedzy. Ich ambicją nie była walka o rząd dusz, lecz edukacja. Wszędzie rodziły się nowe regionalne czasopisma historyczne, a lokalne muzea wprowadzały w życie projekty przywracające pamięć o najbliższej ziemi i losach jej mieszkańców.

Jak mówił niemiecki filozof Ernst Cassirer, "sztuka i historia są najpotężniejszymi instrumentami pozwalającymi wejrzeć w głąb natury ludzkiej".

Jak w rodzinie

Andrzej Strumiłło, artysta, inicjator spotkań pod nazwą "Sztuka i środowisko" w Wigrach, zauważył, że "największa różnorodność gatunków oraz form występuje na styku różnych biotopów". Może dlatego najbardziej wdzięcznym obiektem redefinicji pamięci zbiorowej stały się wschodnie i zachodnie ziemie pogranicza. Ci, którzy odległe od metropolii miejsca wybrali na symboliczne centrum swej życiowej pasji, uznali, że przywrócenie mieszkańcom poczucia zakorzenienia, "bycia u siebie" na ziemi z wielokulturową tradycją, może mieć daleko idące skutki edukacyjne. Okazali się godnymi kontynuatorami twórców demokratycznej Polski, których zwolennicy IV RP oskarżali o forsowanie "schizofrenicznej tożsamości okrągłostołowej".

Kierowali się przekonaniem, że demokratyczna tożsamość wymusza godzenie wielu obrazów przeszłości. Określenie własnej tożsamości jest bowiem, jak przekonywała w książce "Tożsamość i różnica" Barbara Skarga, niekończącym się procesem, pełnym niepewności, pytań i konfliktów; ciągle "stajemy na progu tajemnicy tożsamości własnej".

Ci, którzy postrzegali siebie jako strażników lokalnej pamięci, rozpoczęli pracę wokół podstawowych pytań, kim są i skąd pochodzą ludzie z pogranicznych miasteczek, w imię dialogu, dla poznania sąsiadów, ich przodków, wypracowania poczucia dumy z różnorodności tradycji, z potrzeby kontynuacji dziejów. Postawili na uświadomienie, że przywrócenie pamięci o duchowej i materialnej kulturze pogranicza stanowić może o bogactwie jego obecnych mieszkańców.

Kazimierz Brakoniecki - poeta, eseista, współzałożyciel olsztyńskiej Wspólnoty Kulturowej "Borussia" - wyraził w katalogu do wystawy pokazującej dawne Prusy filozofię działań nauczycieli "krytycznych uczniów historii": "Ja - przedstawiciel pokolenia urodzonego w tej krainie po II wojnie światowej - jestem kolejnym spadkobiercą krajobrazu, kultury i pamięci, tworząc wspólnotę żywych i umarłych Prusów, Niemców, Polaków, Warmiaków, Mazurów, Rosjan, Litwinów, Europejczyków ".

Rewizja pamięci historycznej na zachodnim obszarze Polski wiąże się ściśle z pojednaniem polsko-niemieckim. Wkład anonimowych rzesz inicjatorów dialogu między obecnymi i potomkami dawnych mieszkańców tych ziem jest po stronie polskiej ogromny. Ta "mała" polityka zagraniczna przez poznawanie historii i pojednanie ludzi wyrażała się m.in. poprzez tworzenie miejsc spotkań polsko-niemieckich. W Kulicach, Ciążeniu czy Krzyżowej znaleźli się ludzie, którzy poprzez konstruowanie pamięci z poszanowaniem różnych tradycji, budowali nowy kapitał symboliczny. Realizując setki projektów, do których zapraszano młodzież ze wszystkich sąsiadujących krajów, uczono spadkobierców wspólnego krajobrazu kulturowego, jak obchodzić się ze zranioną pamięcią.

Podczas warsztatów i konferencji przyswajano prawdę, że rozwój cywilizacyjny niemożliwy byłby bez odwołania się do korzeni historycznych. Atmosferę i intencje tych spotkań wyraził abp Alfons Nossol, przemawiając w 2006 r. w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej w Gliwicach: - To "nie żadna instytucja polityczna, ale Dom .W domu zwykło się rozmawiać bardziej rodzinnie, bez politycznych zaciemnień, bez ideologicznych aspektów, ale w poczuciu, że... tworzymy jedną, wspólną rodzinę. W rodzinie nie narzuca się nam również tożsamego, jednolitego poglądu...".

Kiedy myślę o Grodnie

Intensywny rozrachunek z przeszłością trwa od dwóch dekad w miastach, które po wojnie nazywano "odzyskanymi", a na których wizerunku odcisnęła piętno wielowiekowa obecność Niemców; tam, gdzie polska kultura konkurowała z cywilizacja niemiecką. O miastach o zróżnicowanych historycznych korzeniach pisała w 1926 r. Zofia Nałkowska: "Kiedy myślę o Grodnie, jego smętne oblicze wydaje mi się dziwnym palimpsestem. Stulecia nadawały temu miejscu ciągle różne formy piękności, a przy tym wymazywały poprzednie".

Ten obraz przeszłości retuszowanej, która wyziera spod nowego nadruku, rzeczywiście przypomina średniowieczne pergaminy - pierwotnego sensu mimo wpisywania nowych znaczeń nie da się do końca zniwelować.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':