http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dr Jekyll i Mr IPN

prof. Wiktoria Śliwowska*
2009-06-13, ostatnia aktualizacja 2009-06-13 23:12

Rys. Jacek Gawłowski

Nie ufaj donosicielom, nie przepisuj bezkrytycznie materiałów śledczych, nie powtarzaj plotek bez komentarza - prof. Wiktoria Śliwowska o czytaniu policyjnych papierów - z perspektywy historyka XIX-wieku, z doświadczeniem inwigilacji w XX wieku

ZOBACZ TAKŻE

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Już od bardzo dawna, za każdym razem, kiedy zbulwersuje mnie jakieś kolejne oskarżenie o współpracę z UB, przyrzekam sobie napisać o tym, w jaki sposób można i należy korzystać z bogatych zasobów dokumentacji wytworzonej przez organa policji: w cesarstwie rosyjskim w XIX stuleciu przez III Oddział Przybocznej Kancelarii JCMości i odpowiednie departamenty ministerstwa spraw wewnętrznych (notabene konkurujące ze sobą), potem przez ochranę z lubością i nader efektywnie posługującą się prowokacjami i wreszcie w wieku XX przez GPU, NKWD, KGB w Sowietach, a UB i SB w Polsce Ludowej.

Po raz pierwszy miałam w ręku doniesienia agenturalne w roku 1958, kiedy przygotowując pracę doktorską o kółku pietraszewców (znanym przede wszystkim z udziału w nim w roku 1848 Fiodora Dostojewskiego), znalazłam się - dzięki odwilży chruszczowowskiej - w Moskwie w Centralnym Państwowym Archiwum Rewolucji Październikowej i otrzymałam - rzecz później nie do pomyślenia - inwentarze, a następnie zamówione akta śledcze. Znaczna ich część była już opublikowana, nie ogłoszono jednak drukiem doniesień agenturalnych. Kucharka i cieć pletli trzy po trzy nie rozumiejąc, o czym toczy się rozmowa między gośćmi, mogli co najwyżej podać część nazwisk. Dopiero kiedy urzędnikowi MSW Liprandiemu udało się zaangażować studenta Antonellego, który zaprzyjaźnił się z poetą Pleszczejewem i dzięki niemu wprowadzony został do mieszkania Michaiła Butaszewicza-Pietraszewskiego, sprawa nabrała rozmachu.

Właśnie pisane kaligraficznym pismem donosy Antonellego zrobiły na mnie, dwudziestoparolatce, wstrząsające wrażenie.

Zapewnienia agenta, że już pozyskał zaufanie poety, że ten darzy go przyjaźnią, że Pietraszewski opiera się, ale wkrótce ulegnie, że już zgodził się na jego wizytę i wreszcie kolejne obszerne raporty o tym, o czym mówiono, dyskutowano, co zamierzano itd., dały podstawę do aresztowań, śledztwa i surowych wyroków.

Moje utyskiwania w książce "Sprawa pietraszewców" (Warszawa 1964) na nierozgarniętych agentów z gminu rozśmieszyły Andrzeja Dobosza, czemu dał wyraz w jednym z felietonów. Miał oczywiście rację, ale po latach pracy z materiałami doszłam do przekonania, iż historycy zajmujący się ruchem niepodległościowym, spiskami i powstaniami mają wiele do zawdzięczenia tym, którzy załamują się, są nadto wylewni, dostarczając w ten sposób materiału i policji, i późniejszym badaczom.

Niezłomni zabierają swoje tajemnice ze sobą. Dotyczy to zarówno Polaków, jak i Rosjan.

Gorzka to konstatacja. Jest też prawidłowością, iż więźniowie milczą i odpowiadają wykrętnie, kiedy czują poparcie społeczne: milczeli np. w roku 1862 Bronisław Szwarce i Jarosław Dąbrowski, bowiem mieli kontakty z członkami Organizacji Narodowej, wiedzieli, że za murami Cytadeli trwały przygotowania do powstania, czuli jeszcze oddech niedawnych masowych manifestacji patriotycznych. O wiele więcej mówili powstańcy aresztowani w potyczkach lub na skutek prowokacji, kiedy powstanie poniosło ostateczną klęskę. Wisząca nad niejednym kara śmierci też skłaniała "do szczerości". Śledczy i w XIX, i w XX wieku mieli zazwyczaj sporo doświadczenia, potrafili skutecznie przekonywać, iż i tak o wszystkim już wiedzą, podsuwali fragmenty wypowiedzi tych, co się przyznali, nie wytrzymując "niedozwolonych metod śledztwa" bądź tracąc wiarę w sens zapierania się.

Ostrożnie!

Materiały proweniencji policyjnej wymagają od historyka pokaźnej wiedzy i specyficznego doświadczenia: spisane protokoły i własnoręczne zeznania poprzedzane były zawsze wielogodzinnymi przesłuchaniami ustnymi, nierzadko z zastosowaniem najrozmaitszych środków przemocy fizycznej, a także obsypywaniem więźnia stekiem wyzwisk i upokarzaniem go.

Dla studiującego owe dokumenty niezmiernie ważne jest ustalenie kolejności "załamania się" podsądnych oraz wiedzy, jaką już posiadali śledczy z informacji innych więźniów lub zwyczajnych szpiclów podesłanych do cel.

Dopiero wtedy może ocenić postawę przesłuchiwanego: co zeznawał dlatego, że już o tym wiedziano, co mówił "pod członków danej komisji śledczej", bo tego od niego oczekiwali. Mając już za sobą całe tony woluminów, jest się w posiadaniu niezbędnego doświadczenia i wiedzy, iż zeznaniom i donosom nie wolno ufać, że trzeba je zestawiać z innymi dokumentami, jako że niejeden, by zaspokoić potrzeby śledczych, wyolbrzymiał rozmiary podziemnej działalności, opowiadał o udziale w niej polskich "buntowników", pozwalając organom policji wykazywać się przed swymi zwierzchnikami, a zwierzchnikom usprawiedliwiać swoje istnienie. Jedynie ktoś, kto albo sam nie był nigdy poddany przesłuchaniom więziennym, albo nie ma warsztatu niezbędnego do korzystania z takiej dokumentacji, może dla wywołania efektu zarzucić nielubianemu przez się posłowi Niesiołowskiemu "sypanie" w śledztwie.

Zarówno w XIX - najlepiej mi znanym - stuleciu, jak i w XX mechanizm śledztwa był podobny, sposoby wymuszania zeznań także. Co prawda w "pięknym wieku XIX" tropiono prawdziwe spiski, karano za "nieprawomyślność", a za fałszywe donosy czekała łaknącego nagrody - tak samo jak spiskowców i czytelników zakazanych lektur - wieloletnia katorga. Mogę w każdej chwili służyć przykładami. Również "niedoniesienie" o przestępstwie stanowiło samo w sobie poważne wykroczenie i podlegało surowym wyrokom.

Ogłaszając drukiem zeznania spiskowców doby międzypowstaniowej (1832-56), a także aresztowanych uczestników powstania styczniowego, przestrzegaliśmy użytkowników w przedmowach i przypisach przed ich dosłownym traktowaniem. Nie do wszystkich owe przestrogi trafiały: "Zarys powstania styczniowego opracowany w Cytadeli Warszawskiej" wydany w 1985 roku w serii "Powstanie Styczniowe. Materiały i dokumenty" uznany został przez historyka amatora za... ogłoszoną z premedytacją kalumnię na działaczy 1863-64 roku. Wypadło mi i z tym zarzutem polemizować, wyjaśniać, jaki jest cel publikowania takich dokumentów, ile zawierają prawdy, a ile wykrętów i przemilczeń, i że od badacza zależy, jak je potrafi wyłuskiwać.

Z kolei wielu sowieckich historyków na podstawie zeznań zawierających nieprawdziwe informacje o rozległych spiskach, konfabulacje usiłujących w ten sposób zasłużyć na niższe kary więźniów wysnuwało nieuprawnione wnioski, np. przedstawiając klub pietraszewców jako tajną organizację rewolucyjną czy rozwodząc się o "współpracy rewolucyjnej", w istocie nie tak szeroko zakrojonej, jakby to wynikało z doniesień i zeznań, o rewolucyjnych organizacjach (np. w tomskiej guberni w latach 1863-64), chociaż dokumenty rozpatrywane w całości wcale tego nie poświadczały.

Z ogromną ostrożnością należy też traktować spisywane po latach wspomnienia: i pamięć zawodzi, i późniejsze przeżycia nakładają się, i chęć wybielenia siebie... Nader interesujące jest porównywanie wspomnień z dokumentacją urzędową. W przypadku emisariusza Rufina Piotrowskiego, słynnego uciekiniera z Syberii - każde jego zdanie ze wspomnień znajduje potwierdzenie w materiałach śledztwa, jego pamięć i prawdomówność zdumiewają. Inaczej w przypadku innego zbiega, Zygmunta Mineyki: kiedy na stare lata spisywał swe relacje, niejedno już mylił, upiększał, zapewne bynajmniej nie ze złej woli, postacią był bowiem bezsprzecznie nietuzinkową.

Oto Słowo Boże

Historyk musi dążyć nie tylko do tego, by odtworzyć daną rzeczywistość, ale również starać się zrozumieć tło wydarzeń, sytuację, w jakiej działali opisywani przezeń ludzie. Łatwo jest potępiać, trudniej pojąć skomplikowaną przeszłość. Również plotka jest swoistym faktem historycznym. Pamiętam znakomity wykład jednego z profesorów na temat krążących w Generalnym Gubernatorstwie pogłosek, wykazujący, jak znakomicie oddawały one panujące nastroje, zarówno te zawierające jądro prawdy, jak i te będące całkowicie wytworem fantazji - wszystkie odzwierciedlały pragnienia znajdującego się pod okupacją społeczeństwa itd.

Nie jestem bynajmniej skłonna potępiać w czambuł wszystkich pracowników Instytutu Pamięci Narodowej. Jest tam wielu uczciwych i porządnych historyków. Szkoda tylko, że wraz z odejściem tych wszystkich, którzy mieli gdzie odejść, pozostałych pozbawiono niejednokrotnie możliwości kształcenia się pod ich kierunkiem. Większość spełniających wymogi prac nie jest nagłaśniana i trafia do węższego grona czytelników, nie interesują się nimi media.

Niestety, trudno zaprzeczyć, że od czasu objęcia kierownictwa IPN przez Janusza Kurtykę pod patronatem tej instytucji wychowano też pokolenie pseudohistoryków, dla których słowo ubeka jest święte i nie podlega żadnej weryfikacji. Powstają grube tomy, do których bez żadnego zastanowienia wrzucane są kolejne świadectwa kompromitujące różne nieżyjące już osoby (a zatem niemogące się bronić), a także wiodących jeszcze żywot starych ludzi - znanych i nieznanych. Powstaje wrażenie, iż PRL nie tylko w pierwszych stalinowskich latach, ale w całym okresie była królestwem ubecji, której w istocie nikt nie potrafił się oprzeć.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 20 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos