http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Taka miła i Żydówka?

Anna Bikont o książce Joanny Wiszniewicz "Życie przecięte"
2008-08-02, ostatnia aktualizacja 2008-08-01 17:24

W 1968 roku czuli się przede wszystkim częścią studenckiej rewolty. Chcieli przywrócenia "Dziadów", biegali na wiece - to im przesłaniało antysemicką kampanię. Ale w końcu ich też dopadło



Gdyby bohaterów książki Joanny Wiszniewicz "Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca" zaprosić na wspólne spotkanie przed 1968 r., nie potrafiliby pewnie odgadnąć, co ich łączy. Co mógł mieć wspólnego młody chłopak z Mysłowic, którego matka, gdy poczuła bóle porodowe, tramwajem dojechała do Bytomia, bo tam mógł być rytualnie obrzezany, z chłopcem z dobrego warszawskiego domu, którego uczono gry na pianinie i francuskiego, a o jego żydowskim pochodzeniu nikt mu nawet nie wspomniał?

Do jednego worka - emigrantów 1968 r. - wrzucił ich Mieczysław Moczar, przywódca frakcji narodowców w PZPR. Worek został wykopany z Polski, rozsypany po świecie. Wiszniewicz w latach 90. odnalazła tych wyrzuconych i dociekliwie odpytała.

***

O traumie Holocaustu ich rodzice z reguły milczą (minie zresztą jeszcze wiele lat, aż słowa trauma i Holocaust wejdą do społecznego obiegu). "I kiedy stosunkowo niedługo po wojnie polska propaganda zaczęła milczeć na temat szczególności okupacyjnego losu Żydów, kiedy Oświęcim zaczęto traktować jako miejsce, gdzie w s z y s c y (a nie przede wszystkim Żydzi) byli ofiarami, gdzie w s z y s c y (...) ginęli - to ludziom w rodzaju moich rodziców ta oficjalna linia odpowiadała. To był element sprzyjający ich asymilacji, droga do wyparcia tamtej potworności".

Tak też milczała moja matka i miałam do niej żal, uważając, że to uniemożliwia jakąkolwiek prawdziwą rozmowę, bo jak możliwa jest rozmowa z kimś, kto naprawdę jest kimś innym? Z książki Wiszniewicz jasno wynika, że nie było tu żadnego dobrego wyjścia. "Ciągle słyszałam, jak wyglądał obóz, jakie były racje żywnościowe, jak apele trwały godzinami. I te selekcje, kiedy rozdzielano dzieci od matek, i jak Niemki tłukły pejczami albo się z daleka widziało własnego ojca, że ktoś go bił. Wiesz, mi się czasem wydaje, że ja sama to wszystko przeżyłam". Inna rozmówczyni po studiach kupiła sobie okazyjnie starą szafę - jako namiastkę nieistniejących rodzinnych pamiątek. Jej ojciec "po prostu dostał szału: - Będziemy uciekać, to szafę na plecy weźmiesz?! Za te pieniądze mogłaś przecież kupić dwa złote pierścionki, a złoty pierścionek zawsze na chleb wymienisz!".

Część z nich wychowała się w stolicy jako beneficjenci komunizmu. Ich rodzice byli przedwojennymi komunistami, którzy znali się jeszcze z tamtych więzień, w czasach stalinowskich opływali w luksusy (jak na tamte czasy strasznej biedy), jeździli na wakacje do rządowych domów wczasowych. Nie zdawali sobie sprawy, że należą do uprzywilejowanej grupy, która może budzić strach.

Jedna z rozmówczyń Wiszniewicz opowiada, jakim szokiem dla niej było wyznanie, uczynione po latach przez jej przyjaciółkę: "Jej ojciec - który należał do AK i siedział kilka lat w więzieniu - przed moim przyjściem zdejmował krzyż ze ściany! Żebym ja, dziecko żydokomuny i nomenklatury, swoim rodzicom nie doniosła przypadkiem".

***

Ale też wielu jest rozmówców, których rodzice prowadzili życie niczym w przedwojennym sztetlu, gdy wraz z innymi repatriantami z Rosji osadzono ich w małych miasteczkach na Śląsku. Dzieci fryzjerki z Sambora czy prowadzącego jatkę mięsną Żyda z Mysłowic.

Ci z Warszawy mają zasymilowanych rodziców, którzy odsuwają od siebie żydowskie dziedzictwo; w domach na prowincji językiem domowym jest nierzadko jidysz i rosyjski, a rodzice próbują ich odgradzać od polskiej społeczności. Jednej z rozmówczyń matka zabraniała kontaktów z polskimi chłopakami: "Zobacz, córciu, tłumaczyła: ta chodziła z gojem, a jak to już za daleko poszło, to rodzice ją od razu hop! - do Izraela! (i tak rzeczywiście wtedy się w Wałbrzychu działo, że jak taki związek robił się za bardzo serio, to dziewczyna z Polski była wysyłana!). I wiedz, że małżeństwa mieszane zawsze się źle kończą. Bo nawet jak ktoś Żydówkę całą wojnę przechowywał, to jej w końcu i tak w którymś momencie mówił: Won Żydówo, jak się coś między nimi popsuło!".

Ich rodzice zostali po wojnie w Polsce, bo nie mieli siły na zaczynanie nowego życia w nowym kraju, bo czekali że się ktoś jeszcze odnajdzie, bo podobał im się komunizm. Takich jest większość, jak z najgorszych stereotypów o żydokomunie (tymczasem Żydzi, którzy nie byli zapatrzeni w komunizm, wyjechali zaraz po wojnie albo po 1956 r.). Na prowincji ich rodzice są z reguły pracownikami niskiego szczebla w aparacie propagandy czy UB. Ciekawe, jak rzadko czują potrzebę rozliczenia się z przeszłością rodziców, uznając pewnie, że szlachetność pobudek - przedwojenny staż komunistyczny, krzywda doznana w 1968 r. - jest wystarczającym usprawiedliwieniem.

Ale też ich rodzice wybrali Polskę, bo podobała im się polska kultura, język i do polskości aspirowali.

„Rodzice w domu zawsze podkreślali, że mój brat - dużo starszy - zginął godną śmiercią, że mając trzynaście lat był łącznikiem w Powstaniu Warszawskim, że nikt go do gazu nie zapędził”. Aspirowali do polskości nawet w zakresie jej antysemickich stereotypów: „Miałem trzynaście lat, czytałem właśnie kolejny raz »Krzyżaków « i powiedziałem siostrze, że byłoby wspaniale, gdyby jakiś nasz przodek był takim rycerzem jak u Sienkiewicza i dzielnie walczył pod Grunwaldem mieczem - ale niestety ona, starsza ode mnie o sześć lat, poinformowała mnie, że nasi przodkowie może i te miecze pod Grunwaldem sprzedawali, ale na pewno nimi nie walczyli”. Rodzice ich napominali: „Garbi się jak rabin!”, „Mlaszcze jak w żydowskim miasteczku!”, „Nie odpowiada się pytaniem na pytanie, bo to jest żydowskie”.

***

Wielu z nich jeszcze w początkach 1968 r., choć ich rodzice prowadzili już rozmowy: wyjeżdżać - nie wyjeżdżać, czuło się przede wszystkim częścią zrewoltowanego środowiska studentów, chcieli przywrócenia "Dziadów" Dejmka, pisali ulotki, biegali na wiece - to im przesłaniało odgłosy antysemickiej kampanii. Ale w jakimś momencie każdego z nich to dopadło, szczególnie boleśnie, nie przez oficjalną propagandę, ale przez reakcje znajomych.

Jednej dziewczynie jej chłopak powiedział, że mogą się spotykać tylko potajemnie. Tłumaczył jej, że jest na dziennikarstwie i chce pisać reportaże zagraniczne, a z powodu jej żydostwa mogliby mu odmówić paszportu. Do drugiej przyszedł list od przyjaciółki z podstawówki (tej, której ojciec siedział kiedyś za AK), że nie mogą się dalej przyjaźnić, „bo takie, niestety, są czasy”. Inna opowiada: „Spotykam na ulicy koleżankę z liceum - przeurocza zawsze dziewczyna, rodzice kulturalni - i ona mnie pyta, czy przypadkiem nie wyjeżdżam, bo ostatnio dosyć dużo Żydów ponoć chce wyjechać. I pyta: »Czy nastąpi wreszcie kiedyś taki dzień, że Żydzi w końcu wyjadą, i czy ja tego dożyję?! «”.

Inna znów pracowała wtedy w Desie. Rzeczy wyjeżdżających Żydów były tanio wyceniane, więc wykupywali je pracownicy. Kiedyś w dużym zbiorze biżuterii zobaczyła złotą gwiazdę Dawida. I się uparła, że musi ja mieć. Pierwsza w kolejce do gwiazdy była kasjerka. Powiedziała, że ją kupuje, bo gram złota wyjdzie z tego tanio i ona sobie ją przetopi na pierścionek. „Ja bardzo się przy tej gwieździe upierałam, walczyłam, prosiłam i przekonywałam, że aż szefowa Desy - pani bardzo kulturalna (...), wobec mnie niezwykle opiekuńcza - zapytała w końcu: »A po co pani ta gwiazda? «. »Bo jestem Żydówką «. (Nawet byłam zdziwiona, że oni w Desie tego nie wiedzą). A ona się tak mocno we mnie wpatrzyła i nagle - rozpłakała się! »Nie, to niemożliwe, Lenuszko - wycierała oczy chusteczką. - To niemożliwe, pani nie! Pani, taka miła, taka dobrze wychowana «”.

Niewiele dostawali dowodów empatii. Tym bardziej warto zachować pamięć o tych, którzy oparli się duchowi czasu: "Profesor Szaniawski, strasznie miły człowiek (uczył mnie matematyki i statystyki na socjologii), powiedział mi, że jest mu przykro. I Szacki, profesor historii myśli społecznej, powiedział mi, że mu przykro. I jeden z asystentów profesora Nowaka też mi tak powiedział - i oni wszyscy zrobili mi wcześniejsze egzaminy, żebym zaliczyła drugi rok".

Mimo złych doświadczeń wielu z nich wspomagało w drugiej połowie lat 70. demokratyczną opozycję, w 1980 r. współtworzyli komitety popierające „Solidarność”, w stanie wojennym organizowali paczki, a po 1989 r. zaczęli przyjeżdżać do Polski. Choć czasem mocno bolało. „Powiedzieli mi, że Gienek Garba, mój komendant, wkrótce po moim wyjeździe napisał wniosek do władz harcerskich, żeby mnie pozbawić stopnia instruktorskiego, bo emigrując zbezcześciłem imię Polski. A także pokazali mi kronikę wałbrzyskiego harcerstwa, w której mnie nie było. Biorę do ręki, przerzucam kartki, szukam - bo ja byłem ważną częścią tego harcerstwa: komendant największego wałbrzyskiego szczepu »Lustrzanka « zastępca komendanta hufca (...) - a mnie tam nie było. Po prostu nie istniałem! Wykreślili, wymazali, zafałszowali - Władek Poznański nigdy nie był harcerzem w Wałbrzychu”.

***

I tak, choć w krajach, w których żyją, czują się u siebie, zmagają się wciąż ze swą polsko-żydowską tożsamością. Jeden z rozmówców opowiada, jak po 1989 r. przyjechał do Warszawy jako ekspert . Ktoś go pyta o jego opinię. "Zrobił to tak - komentuje - jakby zwracał się nie do Polaka, a do (...) jakiegoś przedstawiciela środowiska Żydów amerykańskich. Ujrzał we mnie kogoś, czyje związki z Polską są zupełnie przypadkowe i nieistotne".

Wiszniewicz niczego nie komentuje, nie próbuje uogólniać. Oddaje głos swym bohaterom. To świetny kawałek oral history - historii mówionej, na którą w Polsce wielu historyków patrzy niechętnym okiem, przedkładając wagę dokumentów, w tym ubeckich papierów, nad żywe słowo. A też, jak podkreślał Jacek Bocheński na spotkaniu z autorką, jest to świetny tekst literacki.

*** Joanna Wiszniewicz, „Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca”, Wydawnictwo Czarne, 2008

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':