Do tej pory swoich dłużników na "czarne listy" mogły wpisywać tylko instytucje, takie jak banki, firmy ubezpieczeniowe, spółdzielnie mieszkaniowe, firmy telekomunikacyjne, elektrownie lub gazownie. Jeśli Kowalski nie płacił za telefon, mógł trafić na listę. Ale jeśli Kowalski nie oddał pieniędzy pożyczonych Nowakowi, ten ostatni nie mógł wpisać Kowalskiego do rejestru nierzetelnych kontrahentów.
Teraz to się zmieniło. Na "czarną listę" może wpisać swego dłużnika każdy z nas. Oczywiście, po spełnieniu określonych warunków. Eksperci od ściągania złych długów szacują, że bać powinny się nawet trzy miliony osób, które dziś nie spłacają swoich długów na czas, a do tej pory nie mogły być wpisane na "czarną listę".
Co to są te "czarne listy"
Listy nierzetelnych dłużników prowadzą Biura Informacji Gospodarczej (tzw. BIG-i). To prywatne przedsiębiorstwa, które zbierają dane o nierzetelnych płatnikach i sprzedają je firmom oraz osobom prywatnym, które chcą wiedzieć, czy ich partner w interesach jest rzetelny. W Polsce są trzy takie instytucje: Krajowy Rejestr Długów (KRD), InfoMonitor oraz Europejski Rejestr Informacji Finansowej (ERIF).
Konsekwencje wpisania na listę mogą być różne, wszystko zależy od tego, czy ktoś kupi w Biurze Informacji Gospodarczej dane o tym, że masz jakieś niespłacone długi. Jeśli np. chcesz zaciągnąć szybki kredyt gotówkowy, a bank ma podpisaną umowę z jakimś BIG-iem, to może ci tego kredytu odmówić. Jeśli np. chcesz wynająć mieszkanie, a właściciel dowie się z "czarnej listy", że masz długi, może poszukać pewniejszego lokatora od ciebie.
Niektórzy mylą biura informacji gospodarczej z Biurem Informacji Kredytowej (BIK) prowadzonym wspólnie przez banki. BIK zbiera informacje tylko z banków i tylko o twoich kredytach. Zarówno tych spłaconych w terminie oraz tych zaległych. Baza BIK-u liczy kilkadziesiąt milionów informacji, są tam dane nawet o kredytach, które zaciągnąłeś pięć czy siedem lat temu. Z tego względu niezbyt chlubna historia w BIK-u może być bardziej niebezpieczna niż obecność na "czarnej liście", bo nawet niespłacony terminowo kredyt sprzed wielu lat może dziś zaważyć na decyzji kredytowej banku.
Na obecność w rejestrze nierzetelnych dłużników trzeba zasłużyć. Przepisy dokładnie regulują, kogo można wpisać do rejestru i jakie warunki musi spełnić dług. W przypadku osoby fizycznej musi to być należność przekraczająca kwotę 300 zł i taka, która jest przeterminowana o co najmniej 60 dni. No i oczywiście zanim wierzyciel przyjdzie z informacją o długu do jednego z BIG-ów, ma obowiązek przynajmniej raz powiadomić na piśmie dłużnika o takim zamiarze.
Uregulowałeś dług? To twoje dane muszą zniknąć z BIG-u. Warto jednak sprawdzić, czy wierzyciel tego dopilnował - ma na to 14 dni od spłaty zadłużenia. Jeśli tego nie zrobił, grozi mu grzywna w wysokości 30 tys. zł. Raz na pół roku możesz bezpłatnie sprawdzić w dowolnym BIG-u swój status.
Co się zmieniło w przepisach
Nowelizacja ustawy o Biurach Informacji Gospodarczej, która weszła w życie 14 czerwca, rozszerza krąg firm, instytucji i osób, które mogą wpisywać dłużników na "czarne listy", prowadzone przez BIG-i. Do tych instytucji, które mogą robić to już dziś, zostały dopisane m.in. osoby fizyczne. Ale nie tylko. Poza zwykłymi Kowalskimi - i to również jest ogromnie ważna zmiana - uprawnienia do wpisywania dłużników uzyskały m.in. firmy windykacyjne i tzw. fundusze sekurytyzacyjne. Czyli instytucje, które masowo skupują od banków nasze niespłacane w terminie kredyty i starają się je odzyskać.
Do tej pory takie firmy mogły układać się z klientem, proponować mu inne terminy spłat, w ostateczności - iść do sądu i żądać wniosku o zajęcie przez komornika dochodów lub majątku dłużnika. Ale wpisać go na listę nie mogły. To właśnie osoby, których długi zostały sprzedane firmom windykacyjnym, powinny się najbardziej bać nowych przepisów. Windykatorzy na pewno skorzystają z okazji i hurtem wpiszą na "czarne listy" przynajmniej kilkaset tysięcy swoich "podopiecznych". Choćby po to, by dodatkowo ich zmotywować do zwrotu pieniędzy.
Wróćmy jednak do zwykłych Kowalskich. Czy jeśli pan Kazik z sąsiedniej klatki pożyczył od pana Janka 500 zł i nie oddał w terminie, to pan Janek będzie mógł od razu zgłosić go na "czarną listę"? Albo jeśli biuro podróży nie wywiąże się z umowy i zamiast hotelu czterogwiazdkowego zakwateruje klienta w dwugwiazdkowym, a ten uzna, że powinien dostać zwrot części ceny wycieczki, czy też będzie mógł zgłosić biuro na "czarną listę"?
Jak wpisać dłużnika na "czarną listę"
Prawda jest, niestety, nieco bardziej złożona. Warunkiem wpisania dłużnika na listę jest wcześniejsze uzyskanie tytułu wykonawczego - nakazu zapłaty lub wyroku sądu zaopatrzonego w klauzulę wykonalności. I to jest główny problem. Na tym tle inne obostrzenia - np. to, że do BIG-u można zgłaszać długi przeterminowane powyżej 60 dni i o pewnej minimalnej wartości (w przypadku osoby fizycznej 200 zł, a jeśli chodzi o przedsiębiorcę to 500 zł) - są już dziecinną igraszką. Nie mówiąc już o obowiązku wcześniejszego poinformowania dłużnika - listem poleconym! - o zamiarze wpisania go na "czarną listę".
Nie wystarczy więc, że pan Kazik z sąsiedniej klatki nie odda mi 500 zł w terminie. Najpierw będę musiał odczekać 60 dni, potem wysłać list polecony z ostrzeżeniem, a w tzw. międzyczasie złożyć pozew o moje 500 zł do sądu. Po kilku lub kilkunastu miesiącach uzyskam wyrok, a potem wystarczy już tylko klauzula wykonalności, bym mógł udać się do jednego z trzech działających w Polsce BIG-ów: Krajowego Rejestru Długów, Infomonitora lub najuboższego, jeśli chodzi o liczbę zebranych danych, biura ERIF. Będę musiał też podpisać z BIG-iem umowę, która pozwoli mi wpisać dane mojego dłużnika.
Zanim sam trafisz do rejestru dłużników
Jeśli wpadłeś w tarapaty finansowe i boisz się wpisania na listę dłużników, to wiedz, że nie jesteś jedyny - podobne problemy ma co najmniej 1,5 mln Polaków. Samych tylko zaległych rat od kredytów gotówkowych uzbierało się już kilkanaście miliardów złotych. I ta kwota z miesiąca na miesiąc rośnie.
Najgorszym rozwiązaniem jest chowanie głowy w piasek i czekanie na wyrok. Bank na pewno nie zapomni o długu, prędzej czy później będzie chciał odzyskać pieniądze. Ale jeśli wykażesz dobrą wolę i spróbujesz się dogadać - możesz uniknąć wpisania na listę dłużników, wizyty windykatora, sprawy sądowej, a na koniec - czego nikomu nie życzymy - licytacji majątku przez komornika.
Co zrobić, jeśli jesteś klientem banku lub "podopiecznym" firmy windykacyjnej i obawiasz się wpisu do rejestru dłużników? Rozmawiać! Na negocjacje nowych warunków spłaty masz sporo czasu. Od chwili, kiedy przestajesz regulaminowo spłacać raty, do momentu, kiedy bank sprzeda twój kredyt firmie windykacyjnej, upływa zwykle kilka miesięcy. Czego możesz się spodziewać w tym czasie?
Zwykle zaczyna się od telefonu lub wiadomości tekstowej z upomnieniem. Przez pierwszych kilkanaście dni w banku będą myśleli, że nie zapłaciłeś pieniędzy, bo po prostu zapomniałeś. Albo że przelew gdzieś się zapodział. Po dwóch tygodniach bankowcy zaczną się niepokoić. Po trzech - dadzą pierwszy sygnał, że czekają na pieniądze. Najpewniej zadzwonią pod numer kontaktowy, który podałeś we wniosku o kredyt, albo wyślą SMS-a. Taki monit jeszcze nic cię nie kosztuje.
Źródło: Gazeta Wyborcza