Z informacji "Gazety" wynika, że kilka tygodni temu z Warszawy poszły do Brukseli listy, w którym UKIE określiła listę priorytetowych stanowisk, na których Polska chciałaby mieć swoich ludzi. Chodzi głównie o ważne z punktu widzenia Polski gospodarcze dyrekcje Komisji - ochronę środowiska,
budżet, rolnictwo, ale także dyplomację. Interesują nas też służby prawne Komisji przygotowujące różne ekspertyzy. Tam również jest zbyt mało Polaków.
Rząd Donalda Tuska chciałby, aby z Polski pochodziło dwóch rzeczników prasowych w nowej Komisji Europejskiej. Okazją do promowania rodaków będzie też wymiana ważnych gabinetów politycznych komisarzy, która zacznie się jesienią - kiedy w Komisji José Manuela Barrosa pojawią się nowi komisarze. UKIE chciałoby, aby Polacy znaleźli się w gabinetach komisarzy ds. konkurencji, budżetu, rynku wewnętrznego, rozszerzenia itd.
W lipcu w Warszawie mają spotkać się na specjalnym seminarium Polacy, którzy zajmują wysokie rangą stanowiska w unijnych instytucjach. Niedawno z polskimi naczelnikami wydziałów w Komisji Europejskiej spotkał się szef UKIE Mikołaj Dowgielewicz. - Do budowania silnej pozycji Polski w instytucjach podchodzimy bardzo poważnie - mówi nam Dowgielewicz.
O kampanii w sprawie stanowisk kierowniczych dla Polaków w Brukseli w Polsce wie kilkanaście osób. Sztab mieści się w tzw. "szpiegowcu", czyli szklanym budynku, siedzibie UKIE przy alei Szucha. Do polskiego przedstawicielstwa przy UE w Brukseli została oddelegowana osoba odpowiedzialna za pilotowanie rekrutacji Polaków w unijnych instytucjach.
Komisarz jest "twarzą" kraju w Brukseli. Zgodnie z unijnymi traktatami musi być bezstronny i dbać o interesy całej Wspólnoty, a nie swojego kraju. Jednak unijne prawo i inicjatywy Komisji rodzą się na niższym szczeblu - naczelników wydziałów i dyrektorów. Kraj, który chce mieć wpływ na to, w którym kierunku zmierza unijne prawo, właśnie tam powinien mieć tam dużo swoich ludzi.
Każdy z nowych krajów członkowskich Unii ma narodową pulę na urzędników do wypełnienia do 2010 r. W tym czasie kandydaci z nowych krajów przynajmniej teoretycznie traktowani są preferencyjnie. Wiele zależy od samych kandydatów, ale naciski rządów i tzw. opinia kolegów z instytucji europejskich liczą się nie mniej niż kwalifikacje i siła przebicia.
Polsce niezbyt dobrze szło wypełnianie narodowej puli, lecz od listopada do maja br. nastąpiło przyspieszenie. Powodów do kłopotów było kilka - od krótkiej ławki kadrowej w kraju po dość wysokie wymogi stawiane kandydatom na stanowiska eksperckie (np. 10-15 lat staż pracy w administracji, w tym trzy do pięciu lat na stanowisku kierowniczym).
W przypadku Komisji Europejskiej, która zatrudnia najwięcej, bo w sumie 26 tys. osób, narodową pulę wypełniliśmy w 84 proc. W Komisji pracuje dziś 609 Polaków na tzw. stanowiskach eksperckich i 517 na stanowiskach asystenckich (głównie sekretarki).
Zdecydowanie najgorzej jest właśnie na najważniejszym szczeblu naczelników wydziałów i dyrektorów. Tam polska pula wypełniona jest odpowiednio w 36 proc. i 56 proc.
Z informacji "Gazety" wynika, że sytuacja może się poprawić po ostatnim konkursie. Liczba polskich naczelników zwiększy się z obecnych 32 do 74 i do obsadzenia pozostanie jeszcze tylko 10 takich stanowisk.
Gdzie są Polacy - komentarz Po pięciu latach w UE żaden z Polaków nie wspiął się na stanowisko dyrektora generalnego w Komisji Europejskiej - mamy tam tylko dwóch wicedyrektorów generalnych (Jerzy Plewa - rolnictwo i Jan Truszczyński - rozszerzenie). Dla porównania -
Hiszpania ma pięciu dyrektorów generalnych i 28 wicedyrektorów, a
Holandia - jednego dyrektora generalnego i 12 wicedyrektorów generalnych.
Najgorzej jest w dyrekcji odpowiedzialnej za stosunki zewnętrzne. Na stanowisku kierowniczym nie ma żadnego Polka. Żaden z Polaków nie jest szefem przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w krajach trzecich, choć takich unijnych "ambasad" jest 100.
W konkursie na ambasadora Komisji w Kijowie startuje Polak. Rząd będzie go promował.
Słabo jest w coraz ważniejszej, ale wciąż niedocenianym w Polsce Sekretariacie Generalnym Rady Unii Europejskiej. Choć mamy tam jedynego polskiego dyrektora generalnego (Jarosław Pietras), to 94 zatrudnionych tam Polaków na 3,5 tys. miejsc pracy to zdecydowanie za mało.