Witold Gadomski: Przed dwudziestu paru laty marzyliśmy o Polsce wolnej od zewnętrznej dominacji i dającej wolność swoim obywatelom. O państwie sprawnym, ale ograniczonym. O przemianach gospodarczych, które wyzwolą przedsiębiorczość Polaków. Jak ma się dzisiejsza Polska do tamtych marzeń? Janusz Lewandowski: Zamiast ścigać się z marzeniami, wolę konfrontować nasze osiągnięcia z dokonaniami sąsiadów, którzy razem z nami na przełomie lat 80. i 90. wyruszyli w poszukiwaniu straconego czasu. Tu wypadamy zdecydowanie dobrze. Lubię też porównywać III RP z odbudową państwowości po roku 1918, co dodaje naszym wysiłkom nieco historycznego patosu.
Zatrzymajmy się na końcówce lat 80. Pamiętam atmosferę ówczesnych dyskusji o koniecznych zmianach ustrojowych. W Polsce jeszcze rządziła PZPR, ale wyczuwało się, że realny socjalizm się kończy, a jedyną alternatywą jest demokratyczny kapitalizm. - Wspólnie pamiętamy klimat narad ekonomicznych, które rozeszły się z utopijnym nurtem "Solidarności", ale też grzeszyły naiwnością. Nazbyt optymistycznie kreśliliśmy tempo i społeczny odbiór transformacji, która miała przebiegać w stronę dla każdego oczywistą - ku wolnemu rynkowi i demokracji. Skupialiśmy się na technice, a nie na polityce: jak zahamować inflację, przywrócić twardą walutę, w jaki sposób prywatyzować, jak stworzyć rynek kapitałowy. Pamiętam, że tylko Janusz Beksiak przestrzegał, że postkomunizm będzie drogą przez mękę - poprzez społeczne konflikty, pułapki, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, zawiedzione nadzieje. Bez złudzeń, że pod światłym przywództwem reformatorów naród ochoczo podąży w stronę rynku. Iluzoryczne okazały się nadzieje, że szybko uda się przeprowadzić prywatyzację. Nie dokończyliśmy jej do dziś.
Przemianom sprzyjał światowy trend ideowy i polityczny - zwątpienie w skuteczność państwa i entuzjazm wobec rynku. - Rzeczywiście, całe grono, które trzeźwo myślało o reformach, było pod wpływem rewolucji neokonserwatywnej docierającej z Zachodu. Oznaczała ona kres teorii konwergencji - o upodabnianiu się socjalizmu i kapitalizmu - która mogła zabić nadzieje na szybki upadek realnego socjalizmu. III RP powstawała w realiach przyjaźniejszej geopolityki niż II RP. Można było się skupiać na problemach wewnętrznych, a nie na obronie granic. Armia Czerwona była wciąż obecna w Polsce, ale można było sądzić, że nie będzie ona przeszkodą dla przemian ustrojowych. W przedwojennej Polsce z powodów geopolitycznych gospodarka była nasycona etatyzmem. Musieliśmy wyrąbać sobie dostęp do morza, budując Gdynię, tworzyć Centralny Okręg Przemysłowy położony z dala od granic z potencjalnymi wrogami. W tej sytuacji rosło zapotrzebowanie na widzialną rękę państwa. Zaś III Rzeczpospolita rodziła się w ogólnoświatowym klimacie nieufności do państwa, w epoce prywatyzacji wielu dziedzin życia.
Niektóre ustrojowe zadatki wyglądały jednak gorzej niż przed wojną. II RP odziedziczyła niezły korpus polskich urzędników rozsianych w administracji zaborców. My natomiast dziedziczyliśmy gnijący aparat, zupełnie niezdolny do działania w realiach rynku i demokracji. Reformę gospodarczą robiła początkowo grupka ludzi wprowadzonych przez Balcerowicza do Ministerstwa Finansów. Dawny Urząd Cenzury przy ulicy Mysiej opanowali młodzi entuzjaści prywatyzacji. Były to obce ciała w administracji dziedziczonej po PRL, w swej naturze niesprawnej, niezdolnej do realizowania wielkich projektów. Co zachęcało, by zostawić swobodę obywatelom, a w sferze gospodarczej przedsiębiorcom.
To był rzeczywiście bardzo ciekawy moment. Aparat państwa autorytarnego nie bardzo wiedział, co ma robić. W PRL sprawa była jasna - to, co jest dozwolone, a co nie, wyznaczały decyzje polityczne. Teraz trzeba było przestrzegać prawa, które zmieniało się i nie nadążało za życiem. Z perspektywy 20 lat wydaje się to niemal nieprawdopodobne, że udało się nam przez to przejść i stworzyć może nie najlepsze, ale jednak działające państwo. - Dekomunizacja Polski była nade wszystko procesem oddolnym, rozkwitem gospodarczej aktywności i przewrotem w ludzkich głowach, za którym z trudem nadążało państwo rozumiane jako jakość usług publicznych.
Również mentalność społeczeństwa zmieniała się powoli. Wprawdzie bardzo szybko powstało ponad milion prywatnych firm, ale robotnicy w dużych zakładach pracy byli nastawieni roszczeniowo. Czy reformatorzy naprawdę wierzyli, że przyjmą oni z entuzjazmem wolny rynek wraz z ryzykiem bezrobocia? - Najpierw trzeba było uporać się z marzeniem "Solidarności" - o trzeciej, samorządnej drodze, innej niż socjalizm i demokratyczny kapitalizm. W latach 80. reformatorzy doradzający podziemnej "Solidarności", mnie wliczając, widzieli w samorządowym przedsiębiorstwie krok do przodu i sposób na partyjną nomenklaturę, choćby w postaci konkursów dyrektorskich, które przetrwały stan wojenny. Iluzja, że takie przedsiębiorstwa mogą stać się fundamentem nowego ładu społeczno-gospodarczego, dominowała podczas obrad Okrągłego Stołu. Gdy jednak rodził się prawdziwy rynek, wady modelu samorządowego stały się oczywiste, utrudniając prywatyzacje i dostosowanie firmy do realiów rynku.
Dochodzimy do bardzo ciekawego momentu. Podczas obrad Okrągłego Stołu po stronie solidarnościowej dominującą postawą są marzenia o trzeciej drodze. Pół roku później tworzy się rząd Mazowieckiego i dawne elity opozycji dość entuzjastycznie akceptują plan Balcerowicza, łącznie z hasłem: trzecia droga prowadzi do trzeciego świata. Z czego wynikała tak radykalna zmiana postaw? - Pierwszym powodem było wzięcie odpowiedzialności za kraj. Dziejowy przeskok od roszczeń wobec obcego nam państwa do odpowiedzialności za własne państwo! Co leczyło z urojeń. Drugim były personalia. Główni negocjatorzy spraw gospodarczych przy Okrągłym Stole po stronie "Solidarności", uwięzieni w mentalności roszczeń, nie odegrali znaczącej roli w pierwszych rządach III RP. Zamienili się w krytyków i malkontentów, gdy Kuczyński wylansował Balcerowicza. Trzecim i najważniejszym powodem była niesłychanie trudna sytuacja gospodarcza, która powodowała nastrój beznadziei i sprzyjała znachorom w rodzaju Tymińskiego. Polska żegnała komunizm w stanie gospodarczego chaosu. Dlatego konieczne były bardziej radykalne środki przywracające równowagę niż w innych krajach. Ten zestaw uwarunkowań wyzwolił polityczny potencjał Okrągłego Stołu i całkowicie zdezaktualizował zapisy podstolika ekonomicznego.
To jednak ciekawe, że zwolennicy trzeciej drogi wówczas, to znaczy jesienią 1989 roku, tak słabo protestowali i okazali się zupełnie niezdolni do przedstawienia planu alternatywnego. - Dziś to jest pole optymistycznej pamięci, że były programy alternatywne. To nieprawda. Zapisy Okrągłego Stołu mogły jedynie spotęgować nieszczęścia, jakie już przeżywaliśmy, podsycić inflację i podkopać naszą wiarygodność międzynarodową. Poza mgławicowymi marzeniami o "modelu skandynawskim" nieadekwatnymi do rzeczywistości biednego kraju nie było na przełomie lat 80. i 90. żadnej realnej alternatywy wobec makroekonomicznej terapii szokowej. Trwały natomiast żywe spory co do przemian strukturalnych; modelu przedsiębiorstwa i sposobu prywatyzacji. Ostatecznie zawarto kompromis. Ustawa o prywatyzacji przyjęta w lipcu 1990 r. przewidywała udział załóg w przekształceniach własnościowych. Pracownicy dostali prawo do części akcji, a spółki pracownicze mogły brać majątek przedsiębiorstw w leasing. Ustawa zostawiała też furtkę dla masowej prywatyzacji za pośrednictwem bonów.
Był pan, wraz z Janem Szomburgiem, autorem koncepcji masowej prywatyzacji, która ostatecznie została wprowadzona w życie w wielu krajach postkomunistycznych. Paradoksalnie, Polska była jednym z niewielu krajów, w którym tego eksperymentu nie przeprowadzono. Żałuje pan? - W ówczesnej Czechosłowacji minister Klaus zrobił z naszego pomysłu, zwanego tam "kuponową", instrument polityczny. Wywindowało go to do funkcji premiera, a w końcu prezydenta Czech. Gdy zostałem ministrem prywatyzacji w rządzie Bieleckiego, poprosiłem premiera o pół roku na dopracowanie koncepcji masowej prywatyzacji. Dziś to mgnienie oka, ale w roku 1991 wydawało się wiecznością. Giełda przecież powstała w ciągu trzech miesięcy. W czerwcu 1991 r. przedstawiliśmy program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, który ostatecznie nikogo nie zadowolił. Był zbyt skomplikowany i ograniczony w swej skali, na tle hurra-programów realizowanych od Mongolii, przez Moskwę i Kijów po Pragę. Ale była w tym szczypta odpowiedzialności, by budować fundusze inwestycyjne, a nie opierać się na domowych wynalazkach, tak jak w kilku innych krajach pokomunistycznych.
NFI nie były sukcesem także w ekonomicznym wymiarze. - Można sobie zadać pytanie, czy przedsiębiorstwa, które znalazły się w programie NFI, lepiej poradziłyby sobie w inny sposób. Nie chcę jednak wdawać się w rozważania z zakresu historii alternatywnej. Motywy, które skłoniły nas do tego programu, były oczywiste. Chodziło o realizację obietnicy powszechnego udziału w prywatyzacji, a jednocześnie zachowanie rozsądku ekonomicznego. Chodziło też o rekompensatę dla ludzi, którzy nie byli pracownikami i z tego powodu nie otrzymali akcji prywatyzowanych spółek. Dziś zdaję sobie sprawę, że nie ma dobrej drogi na skróty do własności prywatnej w postkomunistycznej Europie. Choćby dlatego, że ubogie społeczeństwo zawsze ma tzw. preferencję płynności. Pragnie szybko spieniężyć papiery wartościowe, by ratować budżety rodzinne. Strategie prywatyzacyjne, które udały się w Wielkiej Brytanii w epoce Margaret Thatcher, nie mogły udać się w Polsce, gdyż abstrakcyjne papiery wartościowe nie były traktowane jako długoterminowa lokata, lecz okazja do pozyskania gotówki.