http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rynek już nie jest bogiem

prof. Joseph Vogl
2011-09-04, ostatnia aktualizacja 2011-09-05 14:26

Dzisiaj nie chodzi tylko o przezwyciężenie problemów ekonomicznych. Toczy się walka o to, kto i gdzie podejmować może suwerenne decyzje

ZOBACZ TAKŻE
Piotr Buras: Przekonanie, że człowiek działa racjonalnie i zgodnie z własnym interesem, ukształtowało nasze myślenie i teorie ekonomiczne. Czy ostatni kryzys finansowy, który pokazał nieprzewidywalność i irracjonalizm procesów gospodarczych, jest świadectwem śmiertelnej choroby "człowieka ekonomicznego"?

Joseph Vogl: Unikałbym mówienia o patologiach w odniesieniu do rynków finansowych. Stwierdzenie, że kryzysy takie jak ten ostatni były rodzajem choroby, sugeruje, że mają one wyjątkowy charakter. Tymczasem kryzysy finansowe, przynajmniej w ostatnich trzydziestu latach, są w funkcjonowaniu rynków finansowych zjawiskiem absolutnie normalnym. Następują w krótkich odstępach czasu i z zadziwiającą regularnością. Zaś co do "człowieka ekonomicznego": w XVIII wieku wyobrażano go sobie jako kogoś z krwi i kości, dzisiaj jego postać jest tylko konstrukcją teoretyczną. Współczesna nauka o gospodarce coraz bardziej interesuje się "całym człowiekiem", łącznie z jego nieekonomicznymi właściwościami i emocjami.

Przekonanie o racjonalności "człowieka ekonomicznego" legło u podstaw towarzyszącej nam od kilkudziesięciu lat liberalnej wiary w rynek i jego efektywność. Skąd wzięła się ta religia wolnego rynku?

- Jednym jej źródłem była sytuacja w Europie po zakończeniu wojny trzydziestoletniej. Po tej tragedii, związanej z katastrofą demograficzną, epidemiami i zrujnowaniem całych regionów, w powstających dopiero w XVII wieku państwach terytorialnych pojawiła się kwestia zarządzania ekonomicznego. Zasady rządzenia dotyczyły odtąd wspierania handlu i rzemiosła, budowy infrastruktury, kontroli zdrowia, higieny, moralności publicznej itd. To w tym czasie powstały polityka demograficzna, statystyka społeczna, merkantylizm, policja - to były wszystko projekty, które miały na celu zwiększenie fizycznej siły państwa. Mądra polityka stała się kwestią dotycząca gospodarki w bardzo szerokim sensie.

- Drugie źródło wiąże się z narodzinami nauk ekonomicznych pod koniec XVIII wieku. Od czasów oświecenia szukano prawideł funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa. W powiedzeniu "private vices - public benefits" (wady jednostek - korzyści społeczne) odzwierciedlało się przekonanie, że swobodna gra jednostkowych egoizmów i interesów prowadzi do społecznej harmonii. Areną tego szczęśliwego współzawodnictwa miał być rynek, któremu przypisano zalety praktyczne i filozoficzno-moralne. Praktyczne, bo za jego sprawą różne interesy i dążenia wzajemnie się równoważyły. To miał na myśli Adam Smith, pisząc o "niewidzialnej ręce rynku".

W sensie filozoficzno-moralnym chodzi natomiast o to, że skoro rynek wytwarza porządek społeczny, działając niejako w zgodzie z prawami natury, to i jego aktorzy mają obowiązek poddać się tym prawom. Na tym polega moralne wezwanie, by respektować naturalne prawa rynku.

To wszystko razem złożyło się na niezwykle optymistyczny obraz - tak jak wcześniej rządząca ręka Boga czuwała nad mądrym urządzeniem świata, tak teraz „niewidzialna ręka rynku” miała troszczyć się o właściwy porządek społeczny. W przeszłości za pomocą teodycei dowodzono, że świat - mimo widocznego chaosu i odczuwanych przez ludzi cierpień - zorganizowany jest mimo wszystko dobrze i rozsądnie. Teraz to zadanie przejęła ekonomia. Określiłbym to jako „oikodyceę” [od: oikonomia - greckie słowo określające zarządzanie gospodarstwem].

Więc wiarę w boski porządek świata zastąpiła wiara w samoregulację społeczeństwa za pomocą sił wolnego rynku?

- Powstanie teorii rynku wiązało się z pytaniem o racjonalność porządku społecznego oraz o to, jak najlepiej zarządzać społeczeństwem. W koncepcji rynku, który za pomocą dynamiki popytu i podaży cały czas zmierza do równowagi, sformułowano niezwykle atrakcyjną ideę, swego rodzaju "jajko Kolumba" w sferze rządzenia. Zakładała ona mniej więcej tyle: to nie absolutny władca, nie dobry książę, nie mądre koncepcje zarządzania, konstytucje czy ustawy gwarantują dobre rządy, to jednostki najlepiej same się rządzą według zasad rynkowych, wykorzystując swoje możliwości swobodnego działania. Nie potrzeba dobrego władcy ani jego przemyślanych interwencji.

To wyobrażenie znajduje się w założycielskich pismach liberalizmu i do dzisiaj jest żywotne. Nie jakaś nadrzędna instancja, lecz zbiorowy podmiot wolnego rynku gwarantuje porządek społeczny i równowagę, jest czymś w rodzaju wszechmocnego i wszechwiedzącego boga na Ziemi.

Pańskim zdaniem tę wiarę podważył ostatni kryzys finansowy, podobnie jak wraz z trzęsieniem ziemi w Lizbonie w 1755 roku w gruzy legła teodycea.

- Tak, w wyniku trzęsienia ziemi w Lizbonie w 1755 roku padła wiara w racjonalny porządek świata. Powieść Woltera "Kandyd" traktuje o końcu tego optymizmu, wyobrażenia, że świat rzeczywisty jest najlepszym z możliwych.

W naukach ekonomicznych coś takiego jeszcze nie nastąpiło. Nadal panuje wiara w równoważące się siły rynkowe, nadal wierzy się, że na wolnych i nieuregulowanych rynkach rodzi się świat najlepszy z możliwych. Według rachunku prawdopodobieństwa odpowiadającemu ekonomicznym dogmatom kryzysy takie jak ten ostatni powinny zdarzać się co kilkadziesiąt miliardów lat, czyli właściwie nigdy. Ten kryzys był po prostu nieprzewidziany i nieprzewidywalny.

Powstaje pytanie, czy teoria ekonomii nie powinna skonfrontować się z realiami kryzysów. To musiałoby siłą rzeczy prowadzić do rewizji jej fundamentalnych założeń. Dlatego katastrofa z 2008 roku powinna odegrać podobna rolę, jaką odegrało trzęsienie ziemi z 1755 roku w odniesieniu do teodycei. Chodzi o swego rodzaju sekularyzację wiedzy ekonomicznej.

To żądanie nie jest zresztą nowe. Przedstawiciele tzw. ordoliberalizmu, ludzie tacy jak Walter Eucken albo Alexander Rüstow, którzy byli inspiratorami społecznej gospodarki rynkowej w RFN, już w latach 40. ubiegłego wieku mówili o "metafizycznej godności" nauk ekonomicznych i wzywali, by porzuciły one swoje deterministyczne modele. Żądali drugiego oświecenia ekonomicznego. Ich teza była radykalna: zarówno socjalistyczna gospodarka planowa, jak i liberalny radykalizm rynkowy opierają się na idei determinizmu i wierze, że przyszłość można zaplanować i przewidzieć. Ordoliberałowie wystąpili właśnie przeciw temu rodzajowi metafizyki. Myślenie o rynkach należy oddzielić od Boga i wyobrażenia ustalonej harmonii.

Dlaczego ta nadzieja na porządek i równowagę gwarantowana prawami rynku jest iluzją?

- Po pierwsze, można mieć wątpliwości, czy rynek i konkurencja rzeczywiście są tak sprawiedliwymi mechanizmami, jak twierdzą liberałowie. Czy na rynkach nie chodzi raczej o to, by zapewnić sobie przewagę kosztem innych jego aktorów? Czy akumulacja kapitału nie jest skutecznym środkiem, by wyzwolić się, wykupić z niewygodnej sytuacji wolnej konkurencji? Czy na porządku dziennym nie są próby zapewnienia sobie przez aktorów rynkowych informacyjnej przewagi, by powstałe w ten sposób asymetrie wykorzystać we własnym interesie? Inaczej mówiąc: czy rynki i konkurencja nie prowadzą w kapitalizmie siłą rzeczy do powstawania oligopoli? Zresztą i ta teza formułowana była już przez ordoliberałów. "Wolna" konkurencja jest idealistyczną abstrakcją.

Po drugie, samoregulujące się mechanizmy działają tylko na bardzo niewielkich rynkach dóbr i usług, gdzie popyt i podaż mają ograniczone rozmiary.

Po trzecie, akurat rynków finansowych, które dzisiaj decydują o naszym losie, prawdopodobnie nie da się opisać na pomocą modeli równowagi, bo radykalnie różnią się one od tych niewielkich rynków dóbr. Na rynkach finansowych chodzi bowiem o decyzje dotyczące inwestycji, które za każdym razem za punkt odniesienia mają jakąś niepewną przyszłość. Przedmiotem transakcji nie są żadne ustalone wielkości, lecz niepewność i ryzyko. Ceny ustalane są zgodnie z oczekiwaniami co do tego, jak sam rynek wyceni wartość "produktów". Uczestnicy wyrabiają sobie opinię o tym, jaką opinię mieć będą inni, i na tej podstawie podejmują decyzje. Mówiąc prościej: na rynkach finansowych rosnące ceny (tzn. wartość akcji albo nieruchomości) nie prowadzą do zmniejszonego, lecz zwiększonego popytu. Te procesy nie mają nic wspólnego z naturalnym jakoby dążeniem do równowagi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 2
  • 2
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':