Moja pierwsza żona Wiesława, Polka, zadzwoniła do mnie pół godziny po katastrofie Tu-154 i powiedziała z ulgą, że jej brat Damian, operator TVP, żyje, bo Lech Kaczyński nie wziął ze sobą na pokład dziennikarzy. Ucieszyłem się. Potem się okazało, że nie mógł zginąć, bo został w Katyniu po wizycie Donalda Tuska w zeszłą środę.
***
Katyń zażądał od Polaków nowych ofiar. Z punktu widzenia fatalizmu, naturalnego dla duszy rosyjskiej - i bliższego raczej pogaństwu niż prawosławiu - w tym pragnieniu krwi kryje się tajemniczy, wręcz mistyczny sens.
Jestem związany rodzinnie z Polską, nauczyłem się języka polskiego, jestem tam rozpoznawanym i docenionym pisarzem. Za każdym jednak razem, kiedy przyjeżdżam do Polski, dostrzegam niesamowite zjawisko. To tak, jakby na wschodniej połowie nieba nad Polską wisiały napisane krwią litery układające się w słowo KATYŃ; z tych liter sączy się krew, a krople spadają na ziemię.
To słowo już dawno przeszło ze sfery polityki, historii, walki cywilizacji w zupełnie inny wymiar, zdziczało, jak czasem może zdziczeć drzewko rodzące owoce. Jak nabrzmiewający wrzód przekształciło się w nieznośny dla psychologii narodowej ciężar, nie do zniesienia w codziennym życiu; krzyczący symbol bólu, kłamstwa, cierpienia.
Żeby pokonać ten nieustający ból, trzeba było stale go wzmacniać, oburzając się na zdradę "swoich" Polaków, którzy przez dziesięciolecia kłamali w imię zachowania Polski choćby w okrojonym kształcie, jako sowieckiego satelity, ale jednak Polski; albo kłamali z bezgranicznym cynizmem w imię obrony własnej władzy przed straszliwym odwetem społecznym. To kłamstwo rozrywało naród na kawałki.
Po drugie, i najważniejsze, Polska miała wielkiego sąsiada, który zmuszał wielu Polaków do kłamstwa, bo sam kłamał, i robił to obrzydliwie, aż roznosił się smród. Kłamał na cały świat, odwołując się do sfałszowanych badań sowieckiej komisji, do której władze ZSRR wciągnęły nawet pisarza Aleksieja Tołstoja [komisja działała w Katyniu po wyparciu Niemców ze Smoleńszczyzny; ogłosiła, że polskich oficerów zamordowali Niemcy].
A potem Rosja nagle połowicznie przyznała się, tak jak przyznaje się uczeń przyłapany na wagarach - przyznała się do występku, ale nie uznała, że to tak wielkie nieszczęście, za jakie uważali te wydarzenia Polacy.
Z rosyjskiej strony można to jeszcze jakoś pojąć, bo na tle strat, jakie poniosła sama, przetrzebiona za Stalina Rosja Katyń był drobnym przestępstwem, więc Rosjanie nie zauważali tego "drobiazgu". Nawet nie wiedzieli, o co chodzi, a jeśli nawet wiedzieli, to skłaniali się ku myśli, iż na przestrzeni dziejów w stosunkach z Rosją Polacy mają na sumieniu tak wiele win, że zabójstwo oficerów to w sumie rozsądna kara za patrzenie na Rosję jako na nierokujące zmian imperium. Krzywili się: "Mamy kulturę, wielką, światową, Dostojewski, Tołstoj!". Nie pomagało: kultura - kulturą, a Rosja - gównem.
Polska oskarżała kraj, który ją gwałcił, a Rosja mówiła: "Co? Ja ciebie zgwałciłam? Dałam ci w prezencie Prusy Wschodnie, zostawiając sobie skromny kawałek Kaliningradu, dałam cały Dolny Śląsk z niemieckim miastem Breslau". A Polska na to: "A Lwów? Co ze Lwowem? A zdradzenie Powstania Warszawskiego?". Rosja znowu ma odpowiedź: "Tak, tylko czy mogliśmy oddać władzę w ręce tych, którzy nas nie lubili?".
Tak narastały nieprzerwanie pretensje w małym kręgu historii współczesnej, a w tle był jeszcze duży krąg: Polacy na Kremlu w XVII wieku, wojny, rozbiory Polski.
***
Podobnie jak Rosja - między innymi Josif Brodski - przez kilka wieków bała się azjatyckości, utożsamiając ją z chaosem, okrucieństwem, lekceważeniem życia ludzkiego, tak samo Polska walczyła z azjatyckością, ale włączając w nią Rosję. W azjatyckości Rosja nie znajdowała żadnego sensu i nie miała wobec niej żadnych zobowiązań moralnych. Oświecona Rosja starała się wyciskać z siebie azjatyckość, tak jak Czechow, po kropelce, wyciskał z siebie niewolnika.
Polska wahała się między dwiema możliwościami: spróbować przymusowo, włączając w to podboje, cywilizować Rosję albo ją przekląć, postawić na niej krzyżyk.
Powiedzieć, że w samej Polsce nie było i nie ma azjatyckości, byłoby samooszukiwaniem się. Podejrzliwy stosunek do Polaków w Ameryce (uważano ich tam za ciemnych chłopów), strach starej Europy przed polskim hydraulikiem, uniżenie Polaków wobec Zachodu - zwłaszcza w czasach realnego socjalizmu - to najlepsze dowody na polską azjatyckość. Ale nawet jeśli Europa nie uznawała Polski za kraj wystarczająco europejski, wykorzystywała ją przeciw Rosji jako zagrażającemu kontynentowi imperium, wzmacniając tym samym u Polaków myśl o ich europejskości. Polacy byli w każdym razie zawsze przekonani, że między ich cywilizacją a cywilizacją rosyjską istnieje przepaść, choćby nawet wąska w niektórych miejscach.
Było to przyczyną skandalu historycznego, kiedy rosyjska azjatyckość w postaci państwa stalinowskiego zatriumfowała, dzieląc Polskę.
Dziś Polacy zapomnieli o swej wrogości wobec Niemców, nie bacząc na to, że zachowywali się oni w Polsce znacznie bardziej odrażająco i traktowali Polaków jak podludzi. Polska emigracja do Niemiec pokazała, że Polakom podoba się niemiecka cywilizacja, że są gotowi się w niej rozpuścić. To leczy rany.
Ale Rosja pozostała krajem wrogim, który pokonał Polskę nie dlatego, że był lepszy, i nawet nie dlatego, że silniejszy, ale dlatego, że w imię zwycięstwa mógł poświęcić niewyobrażalną liczbę swoich ludzi. Nie liczył się ze swoimi. Czy można się było dziwić, że zabił tylu swych potencjalnych przeciwników z taką samą obojętnością, z jaką zabija się ścierką wlatującego do pokoju trzmiela, który jeszcze nikogo nie użądlił. Skoro wleciał, to znaczy, że może użądlić. Taki jest sens Katynia.
Osią sporu stała się niesymetryczność w pojmowaniu skali tego zjawiska. Każdy Polak wiedział o Katyniu - a Rosjanie mieli o nim bardzo blade wyobrażenie. Dla Polaków było to wydarzenie rangi apokaliptycznej, dla drugiej strony zwykła wojenna tragedia. Dlatego Polakom nie wystarczały słowa ani gesty ze strony Rosji, a władzom rosyjskim polskie żądania wydawały się zbyt wygórowane.