Joanna Derkaczew: Zdrowo namieszaliście w polskim teatrze. Pokazywaliście Polskę odartą ze statusu pokrzywdzonej, wyśmiewaliście spełniony koszmar demokracji neoliberalnej, odkrywaliście tragedię tych, którzy nie załapali się na profity z transformacji. Zajmowaliście się dziedzictwem "Solidarności" i ciemną stroną polskiej misji w Iraku. Gdyby nie polskie absurdy, problemy i afery, nie mielibyście z czego żyć i o czym pisać. A teraz co? Uciekacie? Emigrujecie? Monika Strzępka: Wcale nie emigrujemy. Kupujemy tylko mieszkanie w Berlinie, gdzie ceny są o jedną trzecią niższe od warszawskich. W dodatku z Berlina łatwiej niż z Warszawy dojechać do miast Dolnego Śląska, gdzie pracujemy.
Paweł Demirski: Załatwialiśmy kredyt na mieszkanie po premierze naszej "Śmierci podatnika", w której centralnym motywem jest "święto brania kredytów". Pokazywaliśmy groteskowość mechanizmu, w który sami musieliśmy wejść. Szczególnie upokarzające są rozmowy w banku. Sprawdzają, kim jesteś, czy jesteś wart zaufania, czy nie masz przypadkiem jakichś zobowiązań, dzieci... Bogu dzięki, nie mamy dzieci i mamy wielkie kredytowe szczęście.
Poznaliście rzeczywistość. To rzadkie w środowisku artystów. MS: Oderwanie od rzeczywistości nie jest tylko problemem artystów, ale też całej polskiej inteligencji. Obraz Polski widziany z Warszawy czy kilku innych dużych miast jest niepełny i zafałszowany. Większość elit nie domyśla się nawet, z kim współzamieszkuje polskie terytorium.
PD: Świetnie ujął to David Ost we wstępie do książki "Prywatyzując Polskę" Elisabeth Dunn. Dunn to amerykańska antropolożka, która zatrudniła się w fabryce Alma-Gerber w Rzeszowie, by badać przebieg prywatyzacji. Ost stawia proste, choć szokujące pytanie: Dlaczego to Dunn, przybysz z zewnątrz, jako pierwsza przeprowadza te analizy, a nie ma na ten temat prac polskich socjologów i antropologów?
Przepaść między różnymi grupami społecznymi w Polsce pokazał najlepiej PiS. Pokazał, że istnieje społeczeństwo zupełnie inne od beneficjentów przemian popijających latte.
Czy okres rządów PiS można nazwać ważnym doświadczeniem pokoleniowym trzydziestolatków? PD: Niby wydarzyło się coś ważnego, ale - posługując się naszymi kryteriami - nie na tyle, żeby zrobić o tym spektakl. W pewnym momencie nie mogłem już znieść biadolenia ludzi z naszego środowiska: "Jezu, jest tak strasznie, co to będzie, zaraz nas wszystkich zamkną w obozach koncentracyjnych". Nikt się nie zastanawiał, czy PiS przypadkiem nie ma w jakimś punkcie racji.
Czas jego rządów był ciekawy nie dlatego, że demokracja znalazła się w niebezpieczeństwie, ale dlatego, że musieliśmy się określić wobec nowej sytuacji. Większość naszego środowiska poszła w stronę bezrefleksyjnego "anty", co pokazało, jak niska jest jego świadomość polityczna.
Czuliśmy się lekko zażenowani falą histerycznych antypisowskich przedstawień, z których wynikało, że ich twórcy nie zdawali sobie sprawy ze społecznych mechanizmów, które pozwoliły PIS-owi wygrać wybory.
MS: Nikt też nie pamięta, że przed wyborami PiS i "wybawicielka" PO były programowo tak blisko siebie. Przy ostatnich wyborach mieliśmy więc okazję, by pokłócić się z przyjaciółmi o to, jak można mieszać z błotem PiS, a jednocześnie głosować na PO. To przygnębiające.
Ale w ogóle głosujecie? MS: Oczywiście. Tyle że zawsze jest kłopot: nie mamy na kogo. W ostatnich wyborach głosowałam na Partię Pracy, z góry wiedząc, że to zmarnowany głos.
PD: W Polsce jest bardzo wielu ludzi, którzy nie mają swojej partii. Więc rzeczywiście pozostaje wybór: PiS albo PO.
Może Partia Kobiet to byłby wybór dla was? PD: Partia Kobiet kojarzy nam się ze zdaniem w rodzaju: "Nie mówmy o aborcji, bo aborcja za bardzo nas, kobiety, różni. Komu jeszcze herbaty?".
MS: Rezygnacja z wyraźnych elementów ideologicznej tożsamości zamienia polską farsę polityczną w słaby wodewil. Sądzę, że takie jaskrawe próby zacierania feministycznej tożsamości przyczyniają się do tego, jak w Polsce postrzegany jest feminizm. Całkiem niedawno proponowałam dyrektorom paru teatrów "Chorobę albo współczesne kobiety" Elfriede Jelinek. Świetny tekst. Pamiętam te rozmowy: "No, i o czym jest ta sztuka? Feministyczna? Czyli komunistyczna!". W tym kraju dyskursy lewicowe nadal się kojarzą wyłącznie z komunizmem. Ze Stalinem i Katyniem. A ludzie o lewicowych poglądach są przeszkodą na drodze powszechnego dobrobytu i kapitalistycznego raju...
Bo to przez nich nie żyjemy tak bogato jak w Ameryce? MS: W tej doskonałej Ameryce, gdzie pięć milionów ludzi nie ma pracy, a 30 proc. klasy pracującej utrzymuje się z junk jobs [stanowisk nisko opłacanych]. Boże, 18 lat minęło, a my jeszcze żyjemy w kulcie Ameryki. I ciągle mamy przed oczyma ten plakat z '89 roku z kowbojem, który nas będzie ratował przed komuchami i ich rozstrzela...