Żeby zwrócić na siebie uwagę, udałem się do władz miejskich i wydzierżawiłem na trzy tygodnie kawałek najbardziej reprezentacyjnego trawnika w Warszawie na pl. Trzech Krzyży. Następnie zawarłem umowę z producentem domków kanadyjskich, że postawi w tym miejscu na oczach warszawiaków pokazowy domek drewniany, za który zapłacę po trzech tygodniach, ze względu na ograniczone środki finansowe na kampanię.
Cała budowa trwała kilka dni, a ekspozycja ściągała tłumy warszawiaków. Na trawniku uruchomiłem mój jednoosobowy sztab wyborczy "pod chmurką", gdzie od rana do nocy spotykałem się z potencjalnymi wyborcami. Niecodzienna sytuacja, bo byłem jedynym kandydatem, który wybudował dom, spowodowała, że jakimś trafem pojawiły się kamery telewizyjne, chociaż wybory zawłaszczyły bez reszty wielkie formacje polityczne.
Upływał jednak czas i zbliżał się nieuchronnie termin zapłaty za domek. I tu Duch Święty wszechobecny na placu Trzech Krzyży natchnął lewicowego kandydata nowym pomysłem. Postanowiłem ogłosić wielką promocję tanich, drewnianych domków i sprzedać wybudowany obiekt na publicznej licytacji w przeddzień wyborów.
Znowu medialnie strzał w dziesiątkę. Pomysł podchwycił Telewizyjny Kurier Warszawski. Przez tydzień codziennie miały się ukazywać w dobrym czasie antenowym, krótkie informacje o tanim energooszczędnym budownictwie mieszkaniowym i o planowanej licytacji z moim domkiem w tle. I tu muszę się przyznać do tego, że zostałem zmuszony okolicznościami do drobnej manipulacji, która spowodowała zapewne, że Duch Święty mnie ostatecznie opuścił i wybory przegrałem.
Przed rozpoczęciem cyklu audycji, życzliwy dziennikarz z Kuriera poinformował mnie, że na skutek "braku kamer" musi wszystkie pięć odcinków nakręcić za jednym zamachem. I tak poznałem nieograniczone możliwości mediów. W pierwszym ujęciu wszystko było normalnie. Pytanie o system budowania, o walory rozwiązań, o ceny i licytację. Schody zaczęły się w drugim ujęciu.
- Ten odcinek pokażemy jutro, więc musisz być inny - powiedział dziennikarz. Zdejmij marynarkę i stań na innym tle. Zaczął od pytania: wczoraj pokazaliśmy pański domek, jak zareagowali warszawiacy, czy wielu miał pan gości? Nie muszę mówić, jakie wyżyny inteligencji i wyobraźni musiałem osiągnąć, żeby sprostać tym pytaniom. Czym dalej tym było trudniej. Przed nagraniem, które miało się ukazać za cztery dni dał mi swoją marynarkę, w której wyglądałem komicznie, bo był ode mnie niższy i raczej obfitej tuszy. Kiedy skończyliśmy nagrywać ten serial, kolega dziennikarz powiedział: najgorsze będzie jak od jutra zacznie padać deszcz, a myśmy wszystko nagrywali w pełnym słońcu. Na szczęście deszcz nie padał.
Ale najbardziej byłem zdumiony, kiedy dzień po dniu, jak zwykły widz, obejrzałem w telewizji wszystkie odcinki. Całość wyglądała absolutnie autentycznie. Domek szczęśliwie sprzedałem na aukcji (kupiła go fundacja pani Winnickiej), a resztę pieniędzy po uregulowaniu zobowiązań, zawiozłem jako darowiznę do szkoły podstawowej w Łbiskach. W tych moich pierwszych wyborach uplasowałem się mniej więcej w środku peletonu. W następnych wyborach zostałem posłem.