Lipiec i sierpień 1989 roku spędziłem w Grecji. Z kumplem z architektury zrywaliśmy brzoskwinie w okolicach Salonik, a potem przejechaliśmy autostopem całą Grecję aż do Aten. Z Aten popłynęliśmy na Kretę, gdzie poznaliśmy tajniki zbioru rodzynek.
Z Aten wróciłem do kraju stopem. Wszędzie widziałem Polaków. Na granicy jugosłowiańsko-węgierskiej przerzucali spirytus. W Wiedniu kupowali tanią elektronikę. Byli dosłownie wszędzie i wszędzie potrafili zarobić.
Zdobywanie komitetu Plan był prosty. Wchodzimy do komitetu o godz. 6.30 i zanim jeszcze pojawią się towarzysze z PZPR, zamykamy wszystkie wejścia do budynku. Ja dostałem zadanie zamknięcia drzwi przez bufet. Ale nie znając gmachu, nie znalazłem wówczas ani bufetu, ani owych feralnych drzwi. No i wszyscy towarzysze tamtędy właśnie weszli. Może to zresztą i lepiej, bo pozajmowali zaraz swoje gabinety, a my porozsiadaliśmy się w korytarzach. Nie było więc żadnych oskarżeń, że grabimy, plądrujemy itp. Ilu nas było podczas tego pierwszego ataku? Może z 15 osób. Potem w ciągu dnia zaczęli dołączać kolejni. Bo oczywiście wywiesiliśmy na komitecie nasze transparenty. Że strajk okupacyjny, że NZS itp. Ciekawie się zrobiło wieczorem. Towarzysze nie chcieli opuścić gmachu, bo nie wiedzieli, czy ich rano znów wpuścimy. Już wiedzieliśmy, gdzie ten bufet jest. My nie przejmowaliśmy się wcale. Rozłożyliśmy śpiwory, wyciągnęliśmy gitary i czuliśmy się jak u siebie. Atmosfera była jak na biwaku. Tylko jak po nocy w komitecie wróciłem do domu by zmienić skarpetki, to wszyscy siedzieli zieloni ze strachu, że nas tam w komitecie wystrzelają. Komuny się jeszcze bali okrutnie.
Kiedy już komitet został oddany w ręce studentów, a NZS został zarejestrowany, nagle w jego szeregach pojawiło się mnóstwo krzykaczy, którzy strasznie chcieli wszystkich rozliczać. Gdzie byli wcześniej? Czemu nie pojawiali się na naszych strajkach i demonstracjach ulicznych? Ci, którzy rzeczywiście nadstawiali karku, patrzyli teraz na owych krzykaczy z niesmakiem. Często występowali nawet ze związku i dalszych działań. Krzykacze obejmowali stery. To samo działo się w rządzie.
21 grudnia 1990 pojechałem do Paryża. Miałem napisać stamtąd relację "Wigilia emigrantów" - w jaki sposób spędza Boże Narodzenie najnowsza polska emigracja. Ale zostałem na 6 miesięcy i poznałem w tym czasie fach tragarza na budowie, hodowcy ślimaków nad Loarą, nauczyłem się układać terakotę. Poznałem wszelkie niedole emigranta. Brak pracy, brak
mieszkania itp. Poznałem wielu ludzi, którzy mi wówczas pomogli. Są mymi przyjaciółmi do dziś.
Po powrocie uznałem, że mieszkanie z rodzicami nie ma sensu i wprowadziłem się do akademika. Zamieszkałem w pokoju z Bogdanem Dudko - redaktorem naczelnym pisma literackiego "Kartki". Pismo to drukowało prawie wyłącznie utwory redaktora naczelnego i jego kolegów. Rozprowadzane zaś było wyłącznie w akademiku. Wysłałem kilka egzemplarzy do bibliotek uniwersyteckich w całym kraju. I już wkrótce pisali do nas najlepsi.
Potęga słowa Moja mama powiedziała, że
radio Białystok robi nabór na dziennikarzy. Prowadziłem wówczas niezbyt higieniczny tryb życia i aby sprawić mamie przyjemność - poszedłem do
radia. O dziwo się dostałem. Robota radiowca zafascynowała mnie do tego stopnia, że odstawiłem wszelkie używki. Praca dawała znacznie więcej satysfakcji niż palenie jointów. No i dawała konkretne pieniądze!
W roku 1993 wyruszył konwój do Sarajewa. Pojechałem z pewnym handlowcem z Grajewa. Oprócz mnie w furgonetce jechały też jego dzieci. Odważny był ten grajewianin. I zdziwiony wielce być musiał, gdyż ja poza konserwami dla Sarajewian nie zabrałem ze sobą praktycznie nic. Ani śpiwora, ani pieniędzy. Musiał więc parokrotnie za mnie płacić. Jest mi z tym głupio do dziś. Do Sarajewa nie dojechaliśmy. Dotarliśmy tylko do miejscowości Split. Dalej drogi zatarasowane były przez czołgi i nikt nie zapewniał nam bezpieczeństwa. A widzieliśmy
domy roztrzaskane pociskami na pół. Widzieliśmy pijanych żołnierzy wysiadujących przed kafejkami. Ich wzrok nie wróżył wiele dobrego. Wyładowaliśmy więc nasze konserwy i popłynęliśmy promem do Włoch. Stamtąd wróciliśmy przez Alpy do domu.
Podczas owej podróży do Sarajewa jechali też Jacek Kuroń, Adam Michnik, Marek Edelman i jeden z braci Kaczyńskich. Po powrocie do kraju dowiedziałem się, że oskarżył pozostałych o picie wódki. Niczego takiego nie widziałem. Jacek Kuroń uwielbiał pływać. Wypływał w morze tak daleko, że traciło się go z oczu. Adam Michnik raczej kręcił się wokół pomostu. Kaczyńskiego widziałem tylko w otoczeniu ochroniarzy.
Jako współpracownik radiowy nie miałem prawa korzystania ze służbowego auta. Na reportaże jeździłem więc rowerem. Niekiedy jednak ciekawe zdarzenia działy się kilkadziesiąt kilometrów od miasta i były poza zasięgiem roweru. Dogadałem się zatem z ekipą Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego. Ja im przynosiłem informacje, co się dzieje ciekawego, oni zabierali mnie na miejsce. Oni pracowali kamerą, ja nagrywałem dla radia. Pewnego jednak dnia zaproponowali abym wystąpił przed kamerą. Tak się zaczęła moja telewizyjna przygoda.
Jednocześnie pisałem stale do gazet. To ja napisałem artykuł "Wegetarianie zjedli dziecko w parku"? Tekst wydrukowany został jako żart na prima aprilis. Jednak niewinny żart stał się powodem paniki. Matki zamykały swe dzieci w domach. Na policji urywały się telefony. Po parku wypatrywano wegetarian. Redaktor naczelny zarzekał się że odgryzie mi rękę, ludzie rezygnowali z prenumeraty. Zadyma była na całego! Uwierzyłem wówczas w potęgę pisanego słowa.
Życie na nowo Szczególnie łaskawy był dla mnie rok 1996. W kwietniu odbyła się premiera mego filmu "Fikcyjne pulpety". Był to pierwszy film niezależny w Polsce, który pokazywano podczas stałych kinowych seansów. W listopadzie urodziła mi się córka. W grudniu 1996 roku dostałem etat powstającym właśnie ośrodku regionalnym TVP.
Do swych największych osiągnięć telewizyjnych zaliczyć mogę odkrycie dla mediów profesor Simony Kossak i Krzysia Kawęczyńskiego zwanego Królem Biebrzy. To ja pierwszy dotarłem do nich z kamerą i mikrofonem. Podczas pracy w telewizji poznałem setki wspaniałych ludzi. Co tydzień wyjeżdżałem w najdalsze zakątki regionu odwiedzałem najmniejsze nawet wioseczki i do dziś mam w głowie wszystkie lokalne drogi i skróty.
Ale dobry los się odwrócił. Wskutek zawirowań osobistych zdecydowałem się wyjechać za ocean. Do Nowego Jorku dotarłem miesiąc po zawaleniu się wież WTC. Widziałem gruzy i kurz na towarach w sklepach przy Wall Street. Zjechałem całe wschodnie wybrzeże. Na Florydzie zajmowałem się emerytami, w Nowym Jorku pracowałem na rusztowaniach i pisałem do gazety, w Chicago nagrywałem dla polonijnej TV. Po pół roku wróciłem.
Nie minął miesiąc, a okazało się że straciłem pracę w TVP Białystok, okazało się też, że nie mam już domu. W wieku lat 33 rozpoczynałem życie na nowo. Kupiłem kamerę i komputer do montażu. Łapałem każde zajęcie. Pracowałem za każdy najmniejszy nawet grosz. Robiłem reportaże dla telewizji kablowych, występowałem w przedszkolach, pisałem do gazet, prowadziłem imprezy okolicznościowe. Założyłem nawet z kolegą teatr i prezentowaliśmy własnoręcznie napisaną sztukę. I jakoś udawało się związać koniec z końcem.
Moją pasją stało się robienie filmów o polskich poetach. Jeździłem po całym kraju i przeprowadzałem z wywiady. Trafiłem do ks. Jana Twardowskiego, Ryszarda Kapuścińskiego, udało mi się nagrać Tadeusza Różewicza, Marcina Świetlickiego i Jacka Podsiadło. Montowałem film, a potem przepisywałem nasze rozmowy na papier i sprzedawałem jako artykuły dla gazet. To wystarczało na kolejną podróż.
Faktury z pieczątkami Większość pieniędzy zarabiałem w Warszawie, postanowiłem się więc tam przeprowadzić. Ale na dwa tygodnie przed wyjazdem spotkałem w Białymstoku dziewczynę, która całkiem zmieniła me plany. Kariera w stolicy przestała mieć jakikolwiek sens. Po pół roku w Warszawie wróciłem do Białegostoku. Zaproponowałem dziewczynie małżeństwo.
Docenione zostały moje filmy o poetach. Minister kultury przyznał mi stypendium na realizację kolejnych filmów z tego cyklu. Niemieccy studenci w ramach zajęć z polonistyki przetłumaczyli część filmów na niemiecki. W Niemczech ukazała się nawet płyta DVD. Piszę o tym, bo w Białymstoku nikt mi stypendium żadnego nie dał.
Dostałem za to pracę na jednej z wyższych uczelni. Prowadziłem ze studentami zajęcia warsztatowe z dziennikarstwa, czyli m.in. jak przeprowadzić wywiad. Ale też jak się znaleźć przed kamerą. Jak udzielać wywiadu. Gdzie patrzeć, jak się uśmiechać. Jak konstruować zdania, by nie być zmanipulowanym. Tego rodzaju umiejętności są bardzo przydatne. Jestem bardzo wdzięczny osobie, która mi zaproponowała tę pracę. Cieszę się, że teraz pracuje w rządzie.
Jestem też bardzo wdzięczny koledze, który zaproponował małą fuchę w TVP Białystok. Nic wielkiego. Ot filmiki na stronę internetową. Ale dzięki tym filmikom wróciłem znów na telewizyjne korytarze. Przypomnieli sobie o mnie inni realizatorzy. Za moment miałem kolejne propozycje i kolejne programy. Musiałem założyć własną firmę, by wystawiać faktury z pieczątkami.
Jak będzie dalej? Nie mam pojęcia. Na razie los się uśmiecha. Znów mam dom, rodzinę i pracę. Jest też kilka osób na których zawsze mogę polegać. A to najważniejsze. Bo droga ze szczytu na same dno trwa zaledwie chwilkę.