http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kiedy pierwszy raz wszedłem na drzewo

not. es
2009-03-17, ostatnia aktualizacja 2009-03-16 23:30

Dwadzieścia lat temu, dokładnie 15 marca 1989 r., wszedłem na drzewo i to zmieniło moje życie - opowiada Jacek Bożek, założyciel ekologicznego Klubu Gaja, który posadził już kilkaset tysięcy drzew w Polsce, czym zaimponował nawet ONZ

Pierwszy protest w obronie drzew. 15 marca 1989 r., Bielsko-Biała.
Jacek Bożek i Jurek Oszelda zeszli po czterech godzinach, drzewa ocalały
Pierwszy protest w obronie drzew. 15 marca 1989 r., Bielsko-Biała. Jacek Bożek...
ZOBACZ TAKŻE
- Drzew było siedem, stały w centrum Bielska-Białej przy ul. Dzierżyńskiego (dziś ul. 11 Listopada). Władze uznały, że trzeba je wyciąć, bo ma tu powstać bank PKO. A myśmy mieli ekspertyzę, że bank może stanąć obok. Wcześniej nikt w Polsce nie robił akcji protestacyjnych w obronie drzew.

Weszliśmy na drzewa we dwóch - ja i Jurek Oszelda z Cieszyna. Mieliśmy transparent (stare prześcieradło z hasłem: "Nie pozwólmy wyciąć tych drzew!"), kanapki oraz termos - chcieliśmy tam siedzieć tak długo, jak się da. Termos, niestety, mi spadł, czego bardzo żałowałem, bo o termos wtedy łatwo nie było.

Przyszło kilkadziesiąt osób z Bielska, Krakowa i Oświęcimia, bo informacje o akcji kolportowała podziemna "Solidarność". Za Januszem Okrzesikiem z "S", późniejszym posłem i senatorem, przyszła też esbecja. Milicja apelowała, byśmy zeszli z drzew.

Siedzieliśmy jednak tam jakieś cztery godziny. Tłumaczyliśmy ludziom, dlaczego drzewa w mieście są potrzebne i dlaczego nie trzeba ich wycinać. Gdy w końcu zeszliśmy, zostawiliśmy prześcieradło z hasłem; wisiało parę dni, pewnie nie było rozkazu, żeby je zdjąć.

Liczyłem się z tym, że nas aresztują. I rzeczywiście, po paru dniach odwiedzili nas esbecy: wypytywali, zapraszali na przesłuchanie, a ja bez oficjalnego wezwania odmówiłem. Nigdy go nie dostałem.

Pisała o nas "Trybuna Robotnicza", tygodnik "Kronika" dał tytuł: "Chybiona demonstracja" i radził młodzieży, by energię kierowała na bardziej pożyteczne obszary działalności, bo drzewom nic nie grozi. Jednak pięć wycięto, ale nasze dwa zostały.

Wejście na drzewa było aktem ujawnienia się. Przedtem tworzyliśmy po prostu alternatywne środowisko: w osiedlowym klubie kultury Piast ćwiczyliśmy jogę, uczyliśmy się pantomimy, psychologii interpersonalnej. Chcieliśmy zmieniać świat, zmieniając siebie. To wejście na drzewo wszystko zmieniło. Uznałem, że trzeba zmieniać nie tylko siebie, ale też namawiać innych do zmiany. Światu trzeba nie tylko działań politycznych czy związkowych, ale też ekologii. Potem jako "zielony" zostałem zaproszony przez "S" do pomocy przy wyborze kandydatów na posłów i senatorów w czerwcowych wyborach 1989 r. Odpytywałem ich z ochrony środowiska.

Chociaż jako hipis byłem i jestem z dystansem do pieniędzy, kariery i bliżej mi do happenerów w Amsterdamie i punkowych zrywów niż do polityki, to udało mi się stworzyć organizację, której marka jest rozpoznawana za granicą. Ale nadal robię to, co chcę, co uważam za pożyteczne, a nie to, na co można dostać dofinansowanie z Unii, jak to się zdarza wielu organizacjom. Pozostałem wolny.

Moje życie potoczyło się od drzewa do drzewa. Teraz już nie muszę na nie wchodzić - mogę je sadzić. Teraz nikt mnie za to z pałą nie gania - dostaję nagrody. Organizujemy "Święto drzewa" - ze szkołami, samorządami, przedsiębiorstwami i Lasami Państwowymi posadziliśmy już w Polsce co najmniej kilkaset tysięcy drzew. W zeszłym roku akcję zaadaptował ONZ do swojej inicjatywy "Miliard drzew dla planety".

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':