http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

W końcu mogę marzyć

Dorota Wodecka
2009-02-06, ostatnia aktualizacja 2009-02-06 13:47

Żal straconego życia za komuny i nie o dobra materialne chodzi. - Jestem szczęśliwa, że choć zziajana, to zdążyłam do pociągu, który teoretycznie powinien mi wtedy uciec - mówi Krystyna Cieszyńska, polonistka z Opola


Był rok 1982, przeczuwałam, że mnie zwolnią. Dostałam opinię o sobie z wydziału oświaty. Powiedziałam bliskim, że mają ją wykuć na moim grobie, zmieniając jedynie czas teraźniejszy na przeszły, bo właściwszy na nagrobek; "nie akceptowała żadnych posunięć władz państwowych i partyjnych, z reguły krytycznie nastawiona do wszystkich zaleceń i zarządzeń zarówno w sprawach drobnych, szkolnych, jak i ogólniejszej natury".

Napiszmy razem prywatną historię 1989-2009. Nagrody dla autorów najlepszych wspomnień to łącznie 120 tys. zł. Każda z lokalnych redakcji ''Gazety'' przyzna nagrody: 3, 2 i 1 tys. zł. Swoje historie przesyłajcie na adresy e-mailowe lokalnych redakcji lub na adres ogólny. Szczegóły...



Za komuny byłam mistrzem

Czemu w ogóle zostałam nauczycielką polskiego? Po prostu wpadłam w literaturę po uszy i wydawało mi się, że literatura, poezja mogą być idealnym pomostem między ludźmi. W szkole nauczyłam siebie i uczniów dyskutować, bo nie znosiłam odpytywanek, referatów.

Na lekcjach swoje poglądy polityczne wyrażałam oględnie. Wznosiłam oczy do nieba i wzdychałam: ten autor był komunistą. Wystarczyło. Wiedzieli, że zdaniem pani profesor nie jest dobrze być komunistą. Aczkolwiek przy Broniewskim zaznaczyłam, że to akurat był dobry komunista.

Cytatami sypałam jak z rękawa. Wiem, że onieśmielałam licealistów swoimi popisami. Ale chciałam pokazać, że skoro ja potrafię, to i oni się nauczą. Sądzę, że do dziś śnią się im czerwone od uwag marginesy w zeszytach i pytania: co z tego? Po co? Dlaczego?

Kiedy nabrali do mnie zaufania, przynieśli mi swoje książki. Na przerwach drążyliśmy "Grę w klasy" (myślałam, że rozum stracę od tego czytania z kluczem) i "Ptaśka". Zaśmiewaliśmy się z "Paragrafu 22", gadali w kółko o "Locie nad kukułczym gniazdem".

Ale długiej przerwy na "Proces" nam nie starczyło. To była lektura nadobowiązkowa. Powiedzieli, że zostaną po lekcjach, bo nie chcą z nią zostać sam na sam. Więc zostaliśmy.

Może tak czytali, bo niby co innego mieli do wyboru? Dom, książka, telewizor z dwoma kanałami. Może z braku porządnej alternatywy przychodzili do mnie do domu? Przez te dyskusje wytłukli mi cały serwis, 12 białych filiżanek, diabły. Nic dziwnego, mieszkanie ciasne, na cztery osoby 40 metrów. Ale kto by wtedy marzył o większym? Jak wszyscy Polacy cieszyłam się, że w ogóle jest.

Zresztą wtedy w ogóle nie marzyłam. Była szkoła, dom, spotkania z przyjaciółmi - całe życie.

Uciekłam przed zwolnieniem ze szkoły na roczny urlop dla podratowania zdrowia. Na elewacji sali gimnastycznej pojawił się napis: "Prof. Krystyna Cieszyńska. Pamiętamy. Czekamy. Wróć". To byli moi uczniowie, byłam z nich dumna. Tylko z nich. Nikt inny się za mną nie wstawił.

Do głowy by mi nie przyszło

4 czerwca 1989 r. siedziałam w komisji wyborczej. W klapie miałam znaczek: "Mąż zaufania Edmunda Osmańczyka", kandydata do Senatu z drużyny Lecha. Nie byłam pewna, jak w śląskiej wiosce przyjmą mnie pozostali członkowie komisji, co wybory zawsze ci sami.

Wprosiłam się na obiad do zaprzyjaźnionej uczennicy, bo sądziłam, że ci z komisji nie zechcą ze mną jeść. Tam poznałam kaleczącego język polski Niemca. Chwalił się, że do emerytury dopracuje w Hamburgu, a potem wyjedzie do Hiszpanii. Bo uwielbia klimat i ludzi. Pomyślałam: wariat. Hiszpania? Na starość? Taka wyprawa? No i jakie to straszne muszą być pieniądze? Chciałam sprowadzić go na ziemię. Zapytałam, jak sobie poradzi bez znajomości hiszpańskiego. Okazało się, że hiszpański zna. Nie z kursów. Jak był młodszy, to na dwa lata zaczepił się do pracy w Hiszpanii. Wtedy się nauczył.

Zastanawiałam się jak to możliwe. Ja chodziłam kilka lat prywatnie na angielski i tylko dukałam. To, co mówił ten Niemiec, brzmiało jak abstrakcja.

Kiedy jeszcze za komuny syn szedł na informatykę, śmiałam się. Uważałam, że studiowanie informatyki w kraju, gdzie nie ma komputerów, to wariactwo. Kpiłam, że powiesi sobie dyplom na ścianie i zrobi kurs spawacza, żeby przeżyć. Ale w 1990 r. wyjechał studiować do Stanów Zjednoczonych. Znalazł ogłoszenie w gazecie o stażu, przeszedł rekrutację i poleciał. Byłam wstrząśnięta! Bo po pierwsze, studiował za granicą, czego w życiu bym nie przewidziała. Po drugie, bez żadnych znajomości! Przecież to niemożliwe.

Wreszcie sama wyrobiłam paszport. Wcześniej wczasy spędzaliśmy nad morzem na kwaterach prywatnych. Nigdy za granicą. Bo wstydziłam się prosić państwo polskie i o paszport, i o pięć dolarów na wyjazd. Wyobrażałam sobie, że dzieci zechcą loda i będę musiała im odmówić. Bo jesteśmy biednymi Polakami i nas nie stać. Nie chciałam ich upokarzać i przy fontannie zamiast loda odwijać im z zatłuszczonego papieru pęto kiełbasy.

Teraz, chwilę po wygranych wyborach, wylądowałam w Paryżu! Szkolenie dla radnych trwało tydzień, ale jeden dzień oglądałam miasto. Sekwana i katedra Notre Dame ładniejsze niż na obrazkach. Chyba po raz pierwszy dotarło do mnie, że jestem wolna. Mogę jechać, gdzie chcę.

Postanowiłam obejrzeć wszystko, co powinnam była zobaczyć na studiach na własne oczy, a nie tylko na wyblakłych ilustracjach w książkach. Że pooddycham tym samym powietrzem, które rozpalało lub chłodziło zmysły pisarzy i poetów. Że nie będę gorsza od pozostałych Europejczyków.

Od 1990 r. każde wakacje spędzam poza Polską. Były już Włochy, Grecja, wybrzeże tureckie, Troja, Egipt. I wreszcie rozrywkowo Wyspy Kanaryjskie. Tak te miejsca widziałam na własne oczy ja, biedna polonistka, która w końcu ma marzenia.

Nigdzie nie czuję się obco. Zaraz po 1989 r. zapisałam się na kurs angielskiego i uczyłam się głównie mówienia. Bo przecież jest o czym porozmawiać, wszędzie ludzie czytają te same książki. Poznałam nawet rodzinę Holendrów. Spotykamy się cztery razy do roku. Przed 1989 r. nawet do głowy by mi nie przyszło, że zaprzyjaźnię się z kimś zza żelaznej kurtyny.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':