"...Ordynację wyborczą uchwalono, nie dla społeczeństwa, choć ostatecznie pójdą lub nie pójdą głosować zwykli ludzie. Uchwalono ją dla tych, którzy ją przy "okrągłym stole" wspólnie napisali, a mają zostać posłami i senatorami, dla ludzi władzy i tak zwanej strony "solidarnościowo-opozycyjnej". Obie strony zawarły "umowę polityczną", w której nie ukrywają, że rozstrzygnęły już kwestię, jak i wokół jakich tematów ma przebiegać kampania wyborcza.
To uczestnicy rozmów przy "okrągłym stole", a nie jacyś nieokreśleni i niepewni kandydaci zgłoszeni niezależnie przez wyborców, mają otrzymać dostęp do tv, koncesje na tygodniki i dzienniki. To oni mają zostać uprzywilejowani, jeśli chodzi o możliwości propagandy wyborczej. To oni uzyskują obligatoryjnie miejsce w komisjach wyborczych, by pilnować sfinalizowania wcześniej ubitego interesu.
Poza przywilejami władzy pojawił się uprzywilejowanych krąg następny - krąg "okrągłej" opozycji. Jest ona zdecydowana przywileje swe wykorzystać i z nikim się nimi nie dzielić. Już dziś KKW "S" (ciało podobno związkowe) zastanawia się nie nad tym, jak organizować Związek w zakładach, ale jak nie dopuścić do wyboru na posła lub senatora w Szczecinie członka Grupy Roboczej KK przywódcy strajku z 60. roku Mariana Jurczyka.
Przeciwnikiem strony "opozycyjno-solidarnościowej" w walce o mandaty nie jest PZPR lub OPZZ. Przeciwnicy znaleźli się gdzie indziej: wśród tych, którzy interesu nie ubijali".
Ten fragment artykułu Ludwika Dorna z "Wiadomości" nr 324 ukazał się w Gazecie Wyborczej 12 maja 1989 r.
Źródło: Gazeta Wyborcza