Gdy władze zorientowały się, że małe, pozorowane kroki wciągania opozycji w orbitę władzy nie są skuteczne, a nacisk społeczny się wzmaga, zdecydowały się na koncepcję Okrągłego Stołu.
Zamiarem było ograniczone i kontrolowane dopuszczenie części opozycji do współrządzenia, pewne zliberalizowanie systemu. Ostatecznie na zgodę na reaktywowanie "Solidarności" miały wpływ zapewne oznaki osłabienia struktur "Solidarności" niejawnej.
Podjęcie tej inicjatywy dawało stronie reżimowej możność doboru do rozmów odpowiednich partnerów z kręgów opozycji. Formalnym partnerem miał być Wałęsa i wskazane przez niego osoby, ale w tym czasie kierowali nim panowie Mazowiecki i Geremek. Chodziło w dużej mierze o partnerów o rodowodzie lewicowym, często kiedyś partyjnych towarzyszy, a także katolików ze środowiska, które miało koncesję na oficjalne działanie pod parasolem Frontu Jedności Narodu (tj. ze "Znaku").
Po stronie opozycji przystąpienie do rozmów motywowane było perspektywą poważnego poszerzenia marginesu wolności, odtworzeniem legalnej "Solidarności", zapobieżeniem narastającej fali protestu i siłowemu starciu w sytuacji, gdy techniczno-organizacyjny potencjał reżimowego aparatu represji wciąż był poważny.
Nie bez znaczenia był też niepokój, że wobec słabości struktur "Solidarności" ten społeczny ruch protestu może wyjść spod kontroli, kontrolę nad nim mogą przejąć jakieś inne ośrodki niż obecny ośrodek decyzyjny "Solidarności".
Znaczenie miał też szantaż rzekomą groźbą interwencji sowieckiej, a strona opozycyjna nie wiedziała o erozji zdolności wschodniego sąsiada do takiej interwencji. I wreszcie dla opozycji lewicowej (to określenie jest trochę uproszczone) była to okazja do wyeliminowania czy ograniczenia wpływów obozu opozycyjnej prawicy. [...]
Okrągły Stół ma swe następstwa i w sferze legendy, mitu, który tylko pozornie dotyczy przeszłości. A więc, że Polacy Anno Domini 1989 dzielili się na dwa obozy i tylko dzięki rozwadze i wielkoduszności przywódców tych obozów, którzy zdobyli się na zawarcie porozumienia wbrew emocjonalnym napięciom,
Polska uniknęła wojny domowej. Właśnie ta rzekoma groźba wojny domowej to mit. Dla wojny domowej nie-zbędny jest podział narodu, społeczeństwa na dwie części gotowe bronić przeciwstawnych wizji bytu państwa. W owym czasie aparat partyjny PZPR nie był takim obozem, nie miał i nie był gotów bronić żadnej wizji państwa. Motywem jego działania była jedynie obrona grupowego interesu, obrona przed odpowiedzialnością.
Ten motyw szczególnie silnie oddziaływał na zachowanie aparatu bezpieczeństwa. W ówczesnej sytuacji aparat władzy nie mógł liczyć na wojsko. Było ono częścią narodu, a kadra dowódcza orientowała się w erozji zdolności do wojskowej interwencji naszego wschodniego sąsiada.
Tę moją opinię, którą zaprezentowałem na wspominanej konferencji w Ann Arbor ["Wynegocjowany upadek komunizmu", Michigan State University, 1999], w omówieniu tej konferencji na łamach "Gazety Wyborczej" redaktorzy Adam Michnik i Jacek Żakowski przedstawili w karykaturalny sposób, ironizując, że do Zbyszka Bujaka nie zgłaszali się żadni przedstawiciele armii szukający porozumienia na wypadek próby użycia wojska. Przecież wojna domowa rozumiana jako wojna słabych struktur "Solidarności" z oddziałami wojska to wizja infantylna.
A warto wspomnieć, że już w 1981 roku w całkiem innych warunkach Biura Polityczne KPZR i PZPR nie były pewne Ludowego Wojska Polskiego. Wynika to z materiałów, jakie otrzymali uczestnicy znanej konferencji w Jachrance z listopada 1997 roku [Polska 1980-82: wewnętrzny kryzys i międzynarodowe ukierunkowania a Warszawa, Jachranka,
8-10 XI 1997 - konferencja Instytutu Studiów Politycznych PAN z udziałem m.in. marszałka Wiktora Kulikowa, byłego dowódcy Paktu Warszawskiego, Zbigniewa Brzezińskiego i Richarda Pipesa z USA, generała Wojciecha Jaruzelskiego i działaczy NSZZ "Solidarność" z lat 1980-81].
Można co prawda twierdzić, że do siłowej reakcji gotowe mogły być formacje podległe MSW, ale jak doświadczenie rozkładu różnych reżimów totalitarnych wskazuje, w takich momentach siły te starają się przede wszystkim jak najgłębiej ukryć. Warto tu przytoczyć fragment wypowiedzi generała Kiszczaka przesłanej organizatorom konferencji w Ann Arbor.
Pisze, że gdy w trakcie strajku w Stoczni Gdańskiej w 1989 roku "zaszła potrzeba na polecenie generała Jaruzelskiego omówienia sytuacji strajkowej (...) z sekretarzami KC i kierownikami wydziałów", okazało się, że nikogo nie ma, bo "wszyscy wyjechali odpoczywać".
Wtedy generał Kiszczak poprzez dyrektora stoczni chciał swój projekt postępowania skonsultować z Komitetem Wojewódzkim PZPR. "Okazało się, że i tam, poza woźnym, nie ma nikogo (...), wszyscy wyjechali na weekend". Generał konkluduje: "Stwierdziłem, że partia straciła wolę walki o swoje racje polityczne. Ale rządzić niepodzielnie chciała dalej".
Przechodząc do oceny na szerszym tle - przecież kilka miesięcy później wraz z upadkiem muru berlińskiego rozpadły się bez rozlewu krwi (może poza Rumunią) inne środkowoeuropejskie reżimy komunistyczne. To, że było to następstwem naszego Okrągłego Stołu, za Ignacym Krasickim "między bajki włożę". Czyżby takie twierdzenie było jeszcze jednym przykładem megalomanii narodowej, o której kiedyś pisał profesor Bystroń?
Podobny charakter ma twierdzenie, że Okrągły Stół wpłynął na rozkład imperialnej struktury sowieckiej, która ponoć bez niego miała szansę trwania. W istocie był on raczej możliwy w następstwie tego rozkładu. Nie zadecydował on także o "upadku komunizmu" jako systemu społeczno-gospodarczego.
Z końca tego systemu zdał sobie już sprawę rząd premiera Rakowskiego, który wraz z ministrem Wilczkiem podjął w związku z tym znane decyzje. Wręcz przeciwnie - postulaty solidarnościowe przy Okrągłym Stole zmierzały w istocie do konserwowania gospodarki socjalistycznej, sądzono bowiem, że dalej rządzić będą "czerwoni". Przeczytać o tym można w paru wywiadach zawartych w wydanej w 1994 roku książce Teresy Torańskiej "My".
Czemuż więc mają służyć te mity? Chyba przekonaniu nas czy też przyzwyczajeniu do myśli, że i teraz w Polsce istnieją dwa równoważne obozy polityczne i że czas, by ich przywódcy jeszcze raz wznieśli się ponad urazy z przeszłości i znów zasiedli - realnie czy też w przenośni - przy nowym Okrągłym Stole. A może dzisiaj chodzi o to, by - jak to czynią zachodnie socjaldemokracje - przymknąć oko na przeszłość i przyjąć, że zrodziła się wreszcie na polskiej ziemi zgodnie z zachodnimi wzorcami socjaldemokracja? I tak to wracamy do normalności.
Konkludując - tak naprawdę (a nie jak głosi legenda) układy Okrągłego Stołu miały znaczenie tylko na polskiej scenie politycznej.
Nie miały one wymiaru uniwersalnego. Złudne byłoby szukanie analogii z hiszpańskim, portugalskim czy chilijskim schyłkiem systemu autorytarnego. U nas był to system narzucony z zewnątrz i mający szansę trwania tylko przy zewnętrznym wsparciu. Tamte systemy rodziły się w zasadzie samoistnie i samoistne były ich schyłki.
Wypowiedź wygłoszona w czerwcu 1999 roku w Sejmie podczas konferencji zwołanej przez Stowarzyszenie Parlamentarzystów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego
*Wiesław Chrzanowski - żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego. W 1948 r. skazany na osiem lat więzienia za próbę "obalenia siłą ustroju Polski Ludowej", zwolniony w 1954 r. ze względu na stan zdrowia. Dwa lata później zrehabilitowany. W 1989 r. założył Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe i przez pięć lat był jego prezesem. W latach 1991-93 marszałek Sejmu.