http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wałęsa: Musiałem wywrócić Okrągły Stół

Rozmawiał Maciej Stasiński
2009-02-17, ostatnia aktualizacja 2009-02-17 11:10

Komuniści chcieli nas wciągnąć na minę, oszukać. Musiałem strącić generała, wywrócić Okrągły Stół. Sam to zrobiłem, wbrew moim kolegom. I jeszcze nie mogłem o tym głośno mówić, że zrywam umowy

Maciej Stasiński: Czego się pan spodziewał w drugiej połowie lat 80., kiedy miał pan Nobla, koledzy z opozycji wyszli z więzień, ale w kraju zastój, o "Solidarności" i porozumieniu z władzą mowy nawet nie było?

Lech Wałęsa: Wie pan, ja kiepsko pracuję na wczoraj. Ja rozwiązuję na bieżąco krzyżówki życiowe i idę dalej. Przeszłość zostawiam historykom, politykom i policjantom. Wielu rzeczy nie pamiętam. Ale spróbuję.

Ja od urodzenia całe życie byłem antykomunistą. Z prostego wiejskiego domu. W domu była zupełna negacja komunizmu. Nie żeby jakieś inne koncepcje systemu były, nie, to prosty dom był, ale wszystko w domu było przeciw temu systemowi. Że nas zdradzili po wojnie, takiego sojusznika, że nam narzucili system, że komuniści mordowali, gnębili, podsłuchiwali. Słuchało się Wolnej Europy. Tak się chowałem, prosto, na religii i antykomunizmie. Im dalej płynął okręt mojego życia, tym więcej miałem konfliktów, tym bardziej walczyłem, nie zgadzałem się, miałem konflikty z nauczycielami, w wojsku. Coraz bardziej się wikłałem, aż wreszcie niechcący zostałem opozycjonistą.

Wiedziałem, że komunizm się nie nadaje do reformowania, że można szukać dróg jakiegoś dogadania się, ale tylko na chwilę, żeby potem skoczyć władzy do gardła. Wiedziałem, że komunizm musi przegrać, bo to był absurd systemowy. Pytanie było tylko, kiedy i jak. Starałem się zawsze przyspieszyć jego upadek i zmniejszyć maksymalnie koszty.

W stanie wojennym chcieli nas zlikwidować, ale im się nie udało. Pyta pan o 1986, 1987 rok. Słyszałem ze wszystkich stron, że do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy, że "Solidarność" przegrała, że komuniści się nie cofną.

Od kogo pan to słyszał?

- Ze wszystkich stron.

Był taki moment, że także Kościół uznał, iż "Solidarność" to przeszłość. Publicznie powiedział to prymas Glemp w czasie jednej podróży zagranicę.

- Ja nie chcę mówić personalnie. Ale słyszałem to prawie od wszystkich. Namawiali mnie, żeby dać sobie spokój z "Solidarnością". Wyjątek to był Ojciec Święty. On mi tego nigdy nie powiedział. Też wielu moich kolegów z opozycji mówiło, że nie da rady, że "Solidarność" to zamknięta karta. A ja z uporem maniaka mówiłem, że bez "Solidarności" niczego nie będzie, nie ruszymy z miejsca.

Przyszły strajki w 1988? Coś zmieniły?

- Panie, co to były za strajki! One dużo mówiły. Nędza. Tylko jeden w Nowej Hucie, który rozbiła komuna, był jaki taki. Reszta to nędzne strajki, również w Stoczni, jacyś młodzi ludzi się przyłączali, owszem, ale bez wiary w zwycięstwo.

Ja zrobiłem przywódcą strajku Szablewskiego, kiepski polityk, ale poczciwy człowiek. Oni tam obradowali, wysuwali jakieś postulaty, zastanawiali się, jak rozmawiać, a ja cały czas przeleżałem na styropianie. Co pół godziny podnosiłem rękę i wtedy Szablewski mówił: "O, słuchamy pana przewodniczącego".

Ja mówiłem: „Nie ma wolności bez »Solidarności «”.

Przekręcałem się na drugi bok i spałem dalej. I tak z dziesięć razy. Mówiłem im: "Chłopaki, to wszystko, co mówicie, te postulaty, to się nie liczy. Jak nam się to jedno uda, resztę wywalczymy".

W czasie strajku w sierpniu przyszło zaproszenia na rozmowy od Kiszczaka.

- Tak, to chyba mecenas Siła-Nowicki przywiózł. Myślałem wtedy, że jeszcze rok czy dwa i trzeba będzie wszystko od nowa zaczynać, jak w 1980. Więc uznałem, że trzeba zrobić wszystko, żeby się, kurczę, jakoś zaczepić, coś ruszyć z miejsca. I jak przyszło to zaproszenie, to widziałem, że można zagrać, coś zbudować. Były warunki: skończyć strajk. Wtedy bardzo mi przeszkadzał Borusewicz, oni mi podpalał, a ja chciałem gasić. Potem sobie to wyjaśniliśmy.

Wiedziałem, że komuniści chcieli mnie sprawdzić, czy mam siłę, czy jeszcze przewodzę, jaka silna jest "Solidarność". Ale się zgodziłem. Wiedziałem, że chcą nas oszukać, więc powiedziałem, że żadnych rozmów nie będzie bez księdza. Musiał być przy nich ksiądz, jak przyzwoitka. Chcieli nas sprawdzić. Coś nam dać, czegoś nie, potem zabrać.

Potem we wrześniu i listopadzie 1988 były rozmowy, w Magdalence, na plebanii w Wilanowie itd. Jak szły?

- Ja powtarzałem, że nie ma wolności bez "Solidarności", a reszta jest nieważna. Jasne, że cieszyłem się, jak już potem, przy Okrągłym Stole, coś uzyskiwaliśmy, a to cenzura, a to sprawy ekonomiczne.

  • 43 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':