Wszystko o Okrągłym Stole: informacje, publicystyka, artykuły Gazety z maja '89 - czytaj w w specjalnym raporcie wyborcza.pl >> Beata Maciejewska: Dwa tygodnie temu Sejm wyraził - i to przez aklamację - uznanie dla "mądrości i dalekowzroczności uczestników rozmów Okrągłego Stołu". Po dwudziestu latach wysmażono Władysławowi Frasyniukowi certyfikat patriotyzmu. Jest Pan zaskoczony? Władysław Frasyniuk: - I to bardzo. Notabene, świetny tekst. Szczególnie podobał mi się fragment o tym, że od Okrągłego Stołu wstali najlepsi synowie naszego Narodu, czyli Lechu, Olek i Leszek (śmiech). Zawsze powtarzam: Polacy usypią w końcu kopiec „Solidarności”. Na pewno nie za mojego życia, bo muszą minąć trzy pokolenia, żeby wreszcie znikła ta peerelowska mentalność. Ale ta uchwała Sejmu jest wstępem do zmiany myślenia o dorobku „Solidarności”.
Skąd u Pana taki optymizm? Na całym świecie Okrągły Stół jest synonimem rozwiązywania w sposób pokojowy najtrudniejszych problemów, a w Polsce wciąż patrzy się nań podejrzanie. Jeśli nie jak na Targowicę, to przynajmniej jak na spisek elit komunistycznych i solidarnościowych. - Ależ ja to rozumiem! Sądzę, że nie więcej niż pięć procent Polaków znalazło się w strukturach podziemnej "Solidarności". A pozostali czują żal, że w tej walce nie uczestniczyli. Jak znika perspektywa więzienia za przekonania polityczne i poczucie zagrożenia, nagle okazuje się, że każdy chce być bohaterem. I ma pretensję - głównie do przywódców - że na czas nie podali informacji o miejscu zbiórki.
Nie rozmawiamy o powstaniu, tylko rozmowach politycznych w wąskim gronie. To elity usiadły do Okrągłego Stołu. - I tak, i nie. Ludzie "Solidarności" stanowili bardzo szeroką reprezentację społeczeństwa. Proszę zwrócić uwagę, jak mało tam było "kryminalnych", ludzi z konspiracji. A jak dużo z innych środowisk, ważnych dla nas, bo bez nich nie dałoby się zbudować Polski naszych marzeń. Bardzo silna grupa inteligencji, Ruch Wolność i Pokój, NZS, ekolodzy, nauczyciele... Ludzie nie tylko z dużych miast akademickich, ale i małych ośrodków, gdzie "S" w stanie wojennym nie miała szansy działać. Nie tylko weterani Sierpnia, ale i ci, którzy zaczęli być znani dopiero w drugiej połowie lat 80., jak choćby Władysław Liwak, działacz "Solidarności" z Mielca, czy Alojzy Pietrzyk z Górnego Śląska. Natomiast grupa władzy była bardzo zwarta.
To znaczy? - Nie próbowali szukać otwarcia, skupili się na własnej sitwie. Na ekstra warunkach dopuszczony był do tej grupy jedynie OPZZ, a właściwie sam Alfred Miodowicz. Próbował zresztą później prowadzić własną grę polityczną, występował w roli hamulcowego, choć nie stała za nim żadna realna siła. Przypomnę, że parogodzinne opóźnienie w podpisaniu porozumień okrągłostołowych było właśnie efektem kontaktów Miodowicza z tą częścią aparatu, która była przeciwna rozmowom z opozycją. Pamiętam strach w oczach Kiszczaka, gdy ta przerwa zaczęła się wydłużać. W kuluarach mówiło się, że Miodowicz uruchamia jakieś kontakty w Moskwie, żeby storpedować porozumienie.
Zasiedliście do Okrągłego Stołu w sytuacji politycznego pata. Władza była osłabiona, nie radziła sobie z kryzysem gospodarczym i strajkami. Ale społeczeństwo też już było zmęczone i zniechęcone. Czyli rozmowa dlatego była możliwa, bo obie strony nie miały już siły walczyć. Nie było już wcześniej takiego momentu? - Były. Nawet kilka. Władza bez przerwy myślała o wariancie, w którym siadamy i dogadujemy się. A przynajmniej robi to część "Solidarności". Kiedy po 13 grudnia zaczęły się aresztowania działaczy "Solidarności", wielu otrzymywało propozycję takich rozmów. Wiem, że niektórzy się nawet zgodzili. Ale władza w pewnym momencie zorientowała się, że to nie jest wiarygodna reprezentacja. Trzeci garnitur, nazwiska, które czerwonych tylko ośmieszą, jeśli zaryzykują rozmowy. Drugi moment nastąpił wiosną 1982 roku. Rada Prymasowska uchwaliła wtedy dokument postulujący rozmowy między władzą a opozycją oraz reaktywowanie zdelegalizowanej "Solidarności".
Przecież to był szczyt ostrej walki i represji. Jak w takim momencie siadać do rozmów? - A ja mam wrażenie, że to był dobry czas i szkoda, że został zaprzepaszczony. Ci, którzy w czasach legalnej "Solidarności" mieli ogromne poczucie siły (jak Rozpłochowski z Górnego Śląska, który na Komisji Krajowej powiedział, że trzeba tak przyp lić, by kremlowskie kuranty w drugą stronę zaczęły się obracać), do podziemia nie trafili. A my naprawdę mieliśmy poczucie własnej słabości. Dolny Śląsk był najsilniejszym regionem, ale wiedzieliśmy, że nie da się długo przeżyć w konspiracji, stosując pokojowe metody oporu. Trzynastego każdego miesiąca organizowaliśmy akcje protestacyjne w zakładach. Nigdzie, poza Wrocławiem, nie było to praktykowane w takiej skali. Wytaczaliśmy własną krew, ale nie było innej formy mobilizacji ludzi.
Opozycja się wykrwawiała, ale władza i tak mocno trzymała. - Przyjęła jednak łagodny wariant rozprawienia się z opozycją. Nie strzelała, nie wieszała, głównie zastraszała. Zresztą skutecznie, bo większa część społeczeństwa była sparaliżowana strachem. Dla władzy był to świetny moment do rozmów, miała w garści mocniejsze karty.
A byli gotowi do takich rozmów? - Oczywiście, że nie. Nie byli do tego gotowi, nawet kiedy siadali przy Okrągłym Stole. Większość uważała, że wystarczy unieszkodliwić kilkunastu najaktywniejszych przywódców - zabić, wywieźć z Polski - a wróci święty spokój. Jednak od 1986 roku perspektywa rozmów stawała się coraz bardziej realna. "Kryminalni", tacy jak ja, którzy wychodzili wtedy z więzień po amnestii, czuli, że to już inny kraj. Było oczywiste, że lody puszczają. I stąd natychmiastowe działania: twórzmy jawne komisje zakładowe, wywierajmy presję na władzę po to, żeby doprowadzić do rozmów. Proszę zwrócić uwagę, z jaką sympatią "S" otworzyła się na WiP czy Pomarańczową Alternatywę. Dochodziło do głosu młode pokolenie, które starcia z władzą nie zaczynało na szczęście od konspiracji. Szli z otwartą przyłbicą. To było dla nas ważne, bo mieliśmy ogromne problemy, żeby namówić ludzi do jawnego działania. Dotyczy to także znanych, rozpoznawalnych działaczy, którzy bali się, że trafią do więzienia. Dzisiaj możemy im robić z tego zarzuty, wtedy to było naturalne. W systemie totalitarnym każdy bunt tłumi się knutem. Na szczęście mieliśmy historycznego farta - w Rosji doszedł do władzy Gorbaczow. Bardzo prawdopodobne, że Gorbaczow na pytania polskich komunistów: "Towarzyszu, co mamy robić?" (przecież byliśmy państwem wasalnym), odpowiedział: "Radźcie sobie sami". I to było pomarańczowe światło sygnalizujące bliską zmianę.
Ale przecież ludzie wcale nie czekali na tę zmianę. W społeczeństwie panował coraz większy marazm. - To prawda. Pamiętam majowy strajk 1988 roku w Dolmelu. Udało mi się urwać bezpiece, wpadam do zakładu, ogłaszamy strajk. Trwa jednak tylko osiem godzin, a w oczach ludzi widzę prośbę: "Władek, daj nam szansę pójść do domu". Świadomie podjąłem decyzję, że rozpuszczam ludzi, bo doszłoby do ostrej konfrontacji o to, kto zostanie. Niebezpieczny podział. Było jasne, że tak długo nie pociągniemy.