Trudno zrozumieć ministra finansów, który nie chce się zgodzić, żeby do firm popłynął szeroki strumień zaliczek na poczet unijnych dotacji. Tym bardziej trudno, że Bruksela daje nam awansem aż 6 mld euro, żeby jak najszybciej wpompować te pieniądze w gospodarkę, A nie po to, żebyśmy je trzymali na kontach w
NBP.
Trudno zrozumieć banki, które odmawiają kredytu samorządom i firmom ubiegającym się o dotacje. Nawet w czasach kryzysu - gdy ostrożność w udzielaniu pożyczek jest wskazana - nie można akcji kredytowej zablokować. A jeśli już komukolwiek kredyty dawać, to właśnie odbiorcom unijnych euro. Bo ci przedsiębiorcy i te samorządy są dokładnie prześwietlani. Ich pomysł biznesowy, sytuacja finansowa, ich historia - wszystko jest po trzykroć sprawdzane przez urzędników i ekspertów.
Przedsiębiorca, który ma w ręku umowę o dotacji, jest płatnikiem doskonałym: ma żelazną gwarancję, że budżet UE pieniądze mu zwróci. Bankierzy o tym wiedzą, bo przez lata współpracowali z firmami starającymi się o eurodotacje. Co więc ich ugryzło?
I bankom, i ministrowi finansów dedykuję znaną (ale widać zapomnianą) opowieść o niejakim Midasie z Frygii. Boleśnie zrozumiał, że złota zjeść się nie da.