Szef zawiadomił Grażynę, że szykują się zwolnienia w listopadzie. Grażyna była na liście. O ironio, sama jest specjalistką od HR, czyli zatrudniania ludzi. Prezes uznał, że 8 tys. na rękę, które zarabia, to w kryzysie za dużo.
- Zdębiałam. Od dłuższego czasu myśleliśmy z mężem o dziecku. Bez pracy nie było szans. Jak usłyszałam, że chcą mnie wywalić, próbowaliśmy z mężem zajść w ciążę. Na szczęście się udało - opowiada.
Na nieszczęście jej mąż dostał wypowiedzenie z pracy w styczniu. A w lutym szef Grażyny złożył w sądzie wniosek o upadłość firmy. Przez kryzys nie było zamówień, spółka za dużo płaciła pracownikom.
Grażyna nie jest wyjątkiem. Fala wypowiedzeń zalewa małe i duże firmy. Tylko w styczniu urzędy pracy zarejestrowały ponad 160 tys. bezrobotnych. Bezrobocie wynosi już 10,5 proc. Pracę w pierwszej kolejności tracą zatrudnieni na czas określony, ludzie z PR i marketingu, księgowości i właśnie HR.
Część, tak jak Grażyna, za wszelką cenę trzyma się posady. Znane sposoby to właśnie ciąża albo zwolnienie lekarskie.
Fora internetowe grzeją się od pytań typu: kiedy zajść w ciążę, by mieć zagwarantowane przedłużenie umowy o pracę.
- To akt rozpaczy. Obrona przed konsekwencjami kryzysu - mówi była minister pracy
Joanna Kluzik-Rostkowska. - Bo co ma zrobić mężczyzna, który jest jedynym żywicielem rodziny i ma kredyty na głowie?
Pracodawca: Jeśli nie będzie większych możliwości zwalniania ludzi, firmy będą padać i cały zakład pójdzie na bruk
Podobnego zdania jest Ewa Lisowska, dr ekonomii Szkoły Głównej Handlowej, specjalistka od dyskryminacji kobiet: - Utrata pracy to jeden z największych dramatów życiowych. To, że ktoś ucieka przed zwolnieniem w ciążę, absolutnie mnie nie dziwi. Ani nie widzę w tym nic złego. Ba, widzę korzyść - będzie się rodzić więcej dzieci.
Pracodawcy są innego zdania. Według Konfederacji Pracodawców Polskich (zrzesza ona 6 tys. firm zatrudniających 2 mln osób) zjawisko narasta z miesiąca na miesiąc, a w ucieczkach pomagają pracownikom związki zawodowe.
Andrzej Malinowski, szef KPP, opowiada, że zwykle wygląda to tak: dyrekcja firmy zgodnie z prawem musi przekazać związkom w zakładzie listę pracowników do zwolnienia. Związkowcy biorą listę i często informują osoby z listy, że są do zwolnienia. Co bardziej zdeterminowani od razu idą "na chorobowe".
Malinowski: - Zwalniamy ludzi nie dlatego, że to nasze widzimisię, ale dlatego, że zmusza nas kryzys. Jeśli nie będzie większych możliwości zwalniania ludzi, firmy będą padać i cały zakład pójdzie na bruk.
Według pracodawców rozwiązanie jest proste. - Obowiązek kontaktowania się ze związkami trzeba zlikwidować - uważa Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej, która w sześciu kopalniach zatrudnia 23 tys. pracowników. - Bywało, że powiadomiłem związek, że chcę jednego pracownika zwolnić. Akurat był związkowcem, poszedł na na L-4.
Podobnego zdania są Wiktor Wojciechowski z fundacji FOR i Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.
Wniosek, aby zlikwidować zasięganie opinii związkowców, pracodawcy chcą omawiać na posiedzeniach Komisji Trójstronnej, czyli rządu, związków oraz pracodawców.
Co na to związki? Jan Guz, szef OPZZ, przyznaje, że zdarzają się przypadki, iż związkowcy powiadamiają kogoś o zwolnieniu. Ale jego zdaniem ucieczki przed zwolnieniem to margines.
- To nie problem związków, tylko np. lekarzy, którzy wystawiają lewe zwolnienia - dodaje Janusz Łaznowski, szef dolnośląskiej "Solidarności" i członek Komisji Trójstronnej.
Związki na postulat zniesienia obowiązku powiadamiania o zwolnieniach nie chcą się zgodzić.
- Ja też wiele rzeczy chcę od pracodawców, na które oni się nie zgadzają - mówi Guz. - Myśmy już jednak ustąpili w tej materii. Kiedyś pracodawca musiał powiadamiać o zwolnieniu związki w zakładzie i centralę związkową. Zrezygnowaliśmy z powiadamiania centrali, co skróciło pracodawcom proces zwolnień o tydzień albo i o miesiąc. Więcej nie ustąpimy.
Na czerwonym dywanie. Kliknij na zdjęcie, aby obejrzeć galerię: