W przemówieniu wygłoszonym kilka dni temu w Brukseli Uri Rosenthal przyznał, że globalna sieć jest wciąż nową i ogromną przestrzenią, w której "trzeba bronić wolności opinii i wypowiedzi". Zdaniem ministra najlepszym przykładem na to były ostatnie wydarzenia w Afryce Północnej.
Zarówno w Tunezji, jak i w Egipcie wielkie manifestacje były bowiem zwoływane na portalach społecznościowych. Zaś Ruch 6 kwietnia, będący pionierem egipskiej rewolucji, zrodził się na Facebooku. Reżimy prezydentów Alego i Mubaraka próbowały blokować internet i dostęp do portali społecznościowych. Dzięki naciskom Zachodu i pomocy komputerowych gigantów, takich jak
Google czy Twitter, które wspierały demonstrantów (przetwarzając ich relacje rejestrowane w poczcie głosowej na wpisy na Facebooku czy Twitterze), w ostateczności tę walkę przegrały. Wolność w sieci była tam wstępem do demokracji.
Problem cenzury w internecie nie jest nowy - dyskusja na ten temat wybucha raz po raz zwykle przy okazji kolejnej odsłony wojny informatycznych gigantów, takich jak Google, z rządem chińskim. W połowie lutego, a więc w środku arabskiej rewolucji, szefowa dyplomacji
USA Hillary Clinton zapowiedziała, że Waszyngton chce sfinansować programy umożliwiające obchodzenie cenzury internetu w Chinach, Iranie czy na Kubie.
Europa została trochę w tyle, ale zdaniem min. Rosenthala dzięki wydarzeniom w Egipcie i Tunezji wszyscy mogli się przekonać, że "nowe media mają moc zmieniania świata na lepsze". W opinii holenderskiego
MSZ rządy są zobowiązane do zapewnienia swobodnego przepływu informacji w sieci zapisami Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Ale na świecie są rządy, które Deklarację mają sobie za nic i kneblują internet w trosce o utrzymanie władzy. Dlatego zdaniem min. Rosenthala w UE powinna jak najszybciej rozpocząć się debata na temat zakazu sprzedaży przez europejskie firmy nowoczesnych technologii pozwalających na filtrowanie internetu do takich opresyjnych reżimów, jak: Iran czy
Birma czy Syria.
O ile Chiny były w stanie stworzyć swą własną zaporę internetową, blokującą dostęp do wszelkich drażliwych politycznie informacji, o tyle rządy w Birmie, Iranie czy innych krajach łamiących prawa człowieka są skazane w tym zakresie na zachodnie technologie. UE mogłaby też wspierać finansowo (i technologicznie) internetową działalność dysydentów na kształt programu wprowadzonego w Holandii, z którego korzystają dysydenci z Iranu i Birmy.