Szef włoskiej dyplomacji Franco Frattini zaproponował w ub. tygodniu stworzenie unijnej grupy G6, która - jak tłumaczył w dzienniku "Financial Times" - miałaby osłabić dominację Francji oraz Niemiec w UE. Obecnie daje się ona we znaki innym unijnym graczom zwłaszcza w sprawach reform zarządzania gospodarczego w strefie euro oraz nowelizacji traktatu lizbońskiego. Dotychczas w formacie szóstki spotykają się czasem ministrowie spraw wewnętrznych.
O ile inni uczestnicy potencjalnej "grupy sześciu" dyplomatycznie milczą, to szef polskiego
MSZ przestrzegł - również na łamach "Financial Times" - przed "formalnym dzieleniem" Unii Europejskiej. - Takich podziałów mamy dosyć i utrudniają one życie. Państwa, które w grupie by nie uczestniczyły, czułyby się wykluczone i miałyby innym za złe - powiedział
Radosław Sikorski.
Czy to oznacza, że Polska jest przeciwna konsultacjom w gronie węższym niż 27 krajów UE? Nasi rozmówcy w unijnej dyplomacji, którzy przyglądają się stanowisku Warszawy w tej sprawie, przekonują, że wprawdzie polski MSZ nie chce dzielić Unii na "formalne grupy", lecz jednocześnie jest chętny do rozmów o różnych decyzjach w UE w rozmaitych węższych gronach. - To się dzieje i teraz, ale zwykle nie mówi się o tym głośno - komentuje unijny dyplomata.
Wprawdzie i Franco Frattini podkreślał, że chodzi mu o "nieformalny mechanizm konsultacyjny" sześciu największych krajów, lecz niektórzy dyplomaci w Brukseli odczytali to jako propozycję regularnych spotkań szóstki.