Zwykle bardzo powolna
Unia Europejska, która męczyła się przez lata z przyjęciem traktatu lizbońskiego, teraz mocno przyspiesza ze strachu przed nawrotem kryzysu finansowego. - Rok 2011 to okno czasowe, kiedy traktat może być zmieniony. To realistyczny pomysł - przekonuje Jean Pisani-Ferry z ośrodka analitycznego Bruegel.
Chociaż kanclerz Angela Merkel i prezydent Nicolas Sarkozy dopiero półtora tygodnia temu zgłosili oficjalnie pomysł rewizji traktatu, którego celem jest zmuszenie państw do zaprowadzenia porządków w budżetach, to podczas rozpoczętego wczoraj szczytu w Brukseli ich postulat szybko zyskiwał poparcie. - Siła niemieckiej dyplomacji jest imponująca. Przecież jeszcze kilka dni temu dominował sprzeciw bądź sceptycyzm wobec kolejnego koszmaru z ratyfikacją zmian. Dziś poparcie rośnie wręcz lawinowo - mówi włoski dyplomata.
Niemcy i
Francja chcą dwóch zmian. Po pierwsze, karnego odbierania prawa głosu w Radzie UE tym krajom strefy euro, które uporczywie psują swoją gospodarkę. Po drugie, stworzenia nowego, surowszego mechanizmu pomocy dla państw bliskich bankructwa. Nie mogłyby już uzyskiwać pomocy tak łatwo jak Grecy, którym w maju uratowały skórę pożyczki oraz gwarancje kredytowe w ramach strefy euro.
W myśl nowych zasad zagrożony kraj musiałby zgodzić się na "kontrolowane bankructwo", czyli oddać innym państwom część kontroli nad uzdrawianiem swego długu, oraz na cięcia budżetowe znacznie ostrzejsze niż przeprowadzone teraz przez Ateny.
Kiedy zamykaliśmy to wydanie "Gazety", przywódcy UE obradowali nad dokumentem, który zleciłby szefowi Rady Europejskiej Hermanowi Van Rompuyowi opracowanie treści poprawek dotyczących mechanizmu pomocowego oraz "analizy" przepisu o odbieraniu głosu w Radzie UE (taki zapis sugeruje, że Berlin byłby gotów odpuścić ten kontrowersyjny postulat w trakcie dalszych negocjacji). Ratyfikacja zmian miałaby się zakończyć do połowy 2013 r.
Przywódcy wstępnie zatwierdzili też pomysł nietraktatowych sankcji dla krajów strefy euro za lekceważenie ostrzeżeń gospodarczych Brukseli i psucie budżetu. To będzie największa reforma w dziejach unii walutowej.
Niemiecko-francuski szczyt w normandzkim Deauville, na którym Merkel i Sarkozy zażądali zmian traktatowych (wbrew wcześniejszym projektom reform w UE), mocno rozgniewał Brukselę i wiele innych państw ostentacyjnie odsuniętych od podejmowania kluczowych decyzji. Komisarz UE Viviane Reding protestowała przeciw "dyktatowi Berlina i Paryża".
Tymczasem Polska - jak dowiedziała się "Gazeta" - była jedynym krajem, który zdecydowanie popierał postulaty Niemiec już w ubiegłym tygodniu. Angela Merkel zadzwoniła do Donalda Tuska i zreferowała mu pomysł zmiany traktatu. W ostatnich dniach kanclerz telefonowała też do kolejnych przywódców nowych państw UE. - Te rozmowy były formą przeprosin za formułę szczytu w Deauville z Sarkozym. Kanclerz tłumaczyła to m.in. potrzebą pośpiechu w reformach - mówi nasz niemiecki rozmówca.
Nacisk Merkel sprawił, że wczoraj sprzeciw wobec reform wycofały
Czechy, a Węgry porzuciły wcześniejszy sceptycyzm. Poparcie Europy Środkowej dla Niemiec nie jest bezinteresowne. Berlin jest teraz m.in. główną przeszkodą w trwałym podziale Unii na Europę dwóch prędkości, czyli w zamianie strefy euro w twardy trzon z osobnym prawem i instytucjami, czego chcieliby m.in. Francuzi. To pociągałoby za sobą ryzyko zepchnięcia m.in. Polski na peryferia Unii.
- Wszystkie reformy muszą być zatwierdzane przez 27 krajów. Nawet jeśli to projekt sankcji tylko dla strefy euro - mówiła jednak przedwczoraj Merkel.
Kanclerz potrzebuje zmian traktatu, by przekonać wyborców, że kraje unijnego Południa nie będą już tak łatwo sięgać do unijnej kasy. Uchroni ją to też przed trybunałem konstytucyjnym, któremu mogłyby się nie spodobać nowe pożyczki na sposób grecki.
Ciemną stroną reform może się okazać jeszcze większe utrudnienie rozwoju unijnego Południa, które nie będzie już mogło zadłużać się na inwestycje na korzystnych warunkach. Nie będzie bowiem gwarancji, że w razie kłopotów długi uboższych partnerów szybko i w stu procentach spłacą Niemcy czy Francuzi.
Operacja zmiany traktatu pozostaje bardzo niebezpieczną grą. W kuluarach szczytu toczyła się bowiem batalia dotycząca unijnej kasy. - Brytyjczycy są gotowi poprzeć reformy, które de facto ich nie dotyczą, bo nie są w strefie euro i nie zamierzają do niej wchodzić. Ale nic za darmo. Brytyjczycy sugerują m.in. zamknięcie na długie lata tematu rabatu brytyjskiego, czyli zniżki w ich składce do budżetu UE - mówi nam unijny dyplomata.
Brytyjski premier David Cameron przekonywał wczoraj przywódców UE, by nie godzili się na znaczące zwiększenie budżetu na 2011 r. wstępnie szacowanego na 142 mld euro. Takie twarde stanowisko pozwala sądzić, że Brytyjczycy będą bardzo twardzi także w negocjacjach o budżet UE po 2013 r.
- Będziemy starali się zmniejszyć przyszły unijny budżet. Gdy prawie każde państwo członkowskie dokonuje poważnych cięć w wydatkach publicznych, ludzie nie zaakceptowaliby większego budżetu Unii - mówił nam niedawno brytyjski minister ds. europejskich David Lidington.