Zmian, które przyspieszyły po wybuchu kryzysu greckiego, nikt nie zapisuje jeszcze w formalnych porozumieniach, lecz za głośnymi hasłami o unijnej solidarności kryją się coraz częściej decyzje Niemców czy Francuzów omijające unijny rząd, czyli Komisję Europejską.
Strefa euro, która staje się twardym trzonem Unii, utworzyła przedwczoraj międzyrządowy fundusz w Luksemburgu. Przy znikomym udziale Brukseli będzie on decydował o udzielaniu gigantycznej pomocy finansowej zagrożonym kryzysem krajom strefy euro.
- Jeden broni wszystkich. Wszyscy bronią jednego. Zgoda na ten fundusz to de facto zmiana traktatów unijnych - mówił niedawno Pierre Lellouche, minister ds. europejskich Francji, choć porozumienie o funduszu dotyczy tylko 16 krajów posługujących się wspólną walutą, czyli przede wszystkim starej Europy.
Co więcej, pomimo pewnych oporów Berlina Francuzi dążą do powołania stałej rady 16 krajów eurolandu, które miałyby koordynować swą politykę gospodarczą oraz wzajemnie pilnować się w sprawie dyscypliny budżetowej.
Niemcy z kolei chcą surowego karania państw notorycznie psujących swoje budżety poprzez zawieszanie im wypłat z funduszy unijnych (w tym strukturalnych, czemu sprzeciwia się Polska). Inną karą, ale to wymaga już prawdziwej zmiany traktatu lizbońskiego, byłoby odbieranie na rok prawa głosu w Radzie Europejskiej.
Wprawdzie kanclerz
Angela Merkel zapewnia, że reformy powinny objąć wszystkie 27 państw Unii, to jednak trudno wyobrazić sobie, aby na system tak ostrych kar czy też nowelizację traktatu zgodził się np. Londyn dbający o nieuszczuplanie swej suwerenności oraz praw w UE.
- Jeśli nie uda się w grupie 27, to będą zacieśniać koordynację gospodarczą w grupie 16 państw eurolandu. Niemcy raczej nie zrezygnują z walki o stabilność wspólnej waluty - mówi wysoki rangą dyplomata unijny. Polska mogłaby się wówczas znaleźć poza centrum unijnych wydarzeń.
Choć szczegóły reform wywołują burzliwe spory między Angelą Merkel oraz Nicolasem Sarkozym, to zarówno Niemców, jak i Francuzów czy Holendrów łączy malejące zaufanie wobec Komisji Europejskiej. Zawiodła ona wszak w funkcjach kontrolnych wobec Aten, które przez lata fałszowały statystyki oraz - jak przekonują krytycy Komisji - jest zbyt nieruchawa, aby błyskawicznie reagować na kolejne uderzenia kryzysu finansowego.
To Komisja od kilku lat postulowała opiniowanie założeń budżetowych krajów i wczoraj ministrowie finansów wstępnie zaakceptowali tę ideę. Wykluczyli jednak udział Komisji w ocenach budżetowych.
- Unię Europejską niszczy wewnętrzny i zewnętrzny kryzys zaufania - mówi austriacki politolog Paul Luif.
Malejąca rola Komisji oraz innych instytucji wspólnotowych niesie ryzyko zanikania procedur zapewniających wszystkim członkom wspólnoty spory udział we współdecydowaniu o UE. Np. podczas debat o luksemburskim funduszu pomocowym nie liczyła się liczba posłów danego kraju w europarlamencie czy też siła jego głosów blokujących w Radzie, lecz opinia największych płatników Unii oraz ich diagnoza kryzysu.
- Po wyborze na szefa Rady Europejskiej nazwano mnie belgijską szarą myszką. Dziś słyszę, że rozpycham się w kompetencjach. Niezły postęp jak na pięć miesięcy sprawowania władzy - dowcipkuje Herman Van Rompuy coraz bardziej górujący na szefem Komisji José Manuelem Barrosą. To właśnie Belgowi, a nie Portugalczykowi, kraje powierzają prowadzenie prac nad reformami mającymi zapobiec powtórce z kryzysu.
Rozwijanie współpracy gospodarczej, systemów pomocowych, a nawet stosowanie kar w strefie euro grozi szybkim pogłębieniem podziału Unii na Europę dwóch prędkości, gdzie Polska i inne kraje spoza obecnej strefy euro mogą skończyć na mniej zintegrowanych oraz rzadziej wysłuchiwanych peryferiach. Polska i
Szwecja głośno ostrzegają przed tym scenariuszem. Czy można jednak to zjawisko zatrzymać? Spowolnić integrację twardego trzonu Unii, aby nie utrudniła przyszłej akcesji Polski do euro?
- Pojęcie kilku prędkości jest złe, bo pochodzi z minionej epoki. Przecież teraz nikomu nie chodzi o rozmyślne tworzenie twardego trzonu Unii, lecz o ratowanie się z ciężkiego kryzysu. Trudno dziwić się, że najznaczniejsze kraje UE nie oglądają się na urzędników z Brukseli i robią to wedle własnych, i jak sądzą, najlepszych pomysłów. I czasem wolą nawet debatować o nich poza Brukselą - mówi polski dyplomata. Warszawa zamiast blokować pogłębianie koordynacji gospodarczej, powinna ścigać europejską czołówkę, aby jak najszybciej wskoczyć do tego rozpędzającego się "pociągu".
- Bierzmy odpowiedzialność, to może nas potem zechcą. Świetny był niedawny pomysł Polski, aby zaoferować udział w pomocy dla zagrożonych krajów euro, zamiast wciąż szafować argumentem, że jesteśmy częścią eurobiedoty - mówi unijny dyplomata.