- Podobałoby mi się bycie ministrem spraw zagranicznych UE - powiedział wczoraj Mandelson w BBC. - W innych okolicznościach starałbym się o tę posadę - dodał.
Uznawany za prawą rękę premiera Gordona Browna polityk przyznał tym samym, że prawicowe dzienniki rozpisujące się tydzień temu o jego chrapce na posadę w UE miały sporo racji. "Daily Mail" i "Daily Telegraph" twierdziły, iż niemal w ostatniej chwili przed szczytem w Brukseli 19 listopada, na którym przywódcy UE wybrali m.in. Ashton na szefową dyplomacji, Mandelson też się zgłosił.
Ostatecznie Brown zaproponował Ashton, która nie ma żadnego doświadczenia dyplomatycznego i niewielkie jako urzędnik UE. Brytyjski premier nie chciał bowiem, by wyborcy Partii Pracy mieli wrażenie, że licząc się z porażką w wyborach 2010 r. czołowi politycy laburzystów szukają sobie ciepłych posadek za granicą. Mandelson zaprzeczył plotkom, jakoby jego kandydaturę na szefa dyplomacji zablokował prezydent Nicolas Sarkozy.
Baron Mandelson of Foy and Hartlepool (tak brzmi pełny tytuł lordowski Mandelsona) to jeden z najbardziej zaufanych współpracowników Browna. W 1997 r. kierował zwycięską dla Partii Pracy kampanią wyborczą, zajmował kilka stanowisk ministerialnych. Od jesieni 2004 do jesieni 2008 r. był komisarzem UE ds. handlu.
Kiedy Brown wezwał go do Londynu, jego miejsce zajęła właśnie baronessa Ashton, krytykowana przez europejskie media i część polityków za brak kompetencji i niejasną przeszłość w lewicowej organizacji, która w latach 70. i 80. była współfinansowana przez ZSRR. Ashton podczas środowego przesłuchania w europarlamencie stwierdziła m.in., że temat Gazociągu Północnego jest dla niej zupełnie nowy. Na pytanie, jak wyobraża sobie stosunki UE z Białorusią, odpowiedziała tylko: - Później.
Źródło: Gazeta Wyborcza