http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pożegnanie Solany

Jacek Pawlicki
2009-12-02, ostatnia aktualizacja 2009-12-01 17:56

Przez dziesięć lat Javier Solana był twarzą unijnej dyplomacji. I choć za jego czasów dyplomacja UE dopiero raczkowała między politycznymi ambicjami mocarstw, ze swej misji uczynił prawdziwą sztukę

Javier Solana
Fot. Thierry Charlier AP
Javier Solana
Jacek Pawlicki
fot. AG
Jacek Pawlicki
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Wrzesień 2002. Nieformalne spotkanie ministrów obrony NATO w Polsce. Solana jest tu przedstawicielem Unii. Stoi z polskim ministrem, rozmawiają. Solana żywo gestykuluje, bo widzi, że jego rozmowę śledzą kamery. Lubi ten szklany wzrok, jest zwierzęciem medialnym.

W jego kierunku zmierza włoski oficer w kolorowym mundurze i czapie z piórami. - How are you! - woła z daleka Solana i wyciąga do Włocha ręce w serdecznym powitaniu. Nagle zauważa, że kamer już nie ma... i rzuca pełne zaskoczenia pytanie: - Who are you?. Cały Solana, cały on. "Jak się masz" było u niego szybsze od "a coś ty za jeden".

67-letni Hiszpan to historia unijnej dyplomacji - rodzącej się w bólach, często słabowitej. To historia braku politycznej woli, by wyposażyć Solanę w mocniejszy mandat do negocjacji. I historia człowieka, który często brak konkretnego przesłania nadrabiał osobistym urokiem.

Wczoraj po dziesięciu latach reprezentowania Unii w świecie Javier Solana odszedł bez fanfar. Uwagę kamer i nagłówki gazet odstąpił szefowej dyplomacji UE Brytyjce Catherine Ashton. W odróżnieniu od niej, obejmując funkcję latem 1999 r., był kimś (kariera w hiszpańskim rządzie, pięć lat na czele NATO), kto niemal niczego nie dostał. Swój autorytet musiał wydreptać po świecie i w europejskich kuluarach. Ashton zaczyna jako nikt, na kogo czeka wszystko - mocny urząd i stanowisko wiceszefa Komisji Europejskiej na mocy traktatu z Lizbony.

Niemal każde przemówienie czy konferencję prasową Solana zaczynał od sformułowania: "Chcę powiedzieć jasno". Zaraz potem następowało coś wręcz odwrotnego - zawiła mowa, w której roiło się od wdzięcznie splecionych ogólników. Musiał być ostrożny, bo wypowiadał się najpierw w imieniu 15, od 2004 r. - 25, a na końcu swej misji dyplomatycznej - 27 członków Unii. O jedno słowo za dużo mogło kosztować go karierę.

Z Solaną wiąże się spory kawałek mojego dziennikarskiego życia. Pamiętam go jeszcze jako szefa NATO, który wprowadził Polskę do Sojuszu.

Styczeń, może luty 1999. Na przyjęcie noworoczne dla korespondentów akredytowanych przy NATO wjeżdżają tradycyjnie butelki szampana. Tym razem jest wyjątkowo co opijać, bo za kilka miesięcy Polska, Czechy i Węgry wejdą do NATO. Całą grupką polskich korespondentów w Brukseli napieramy na Solanę. On zaś, jakby powstrzymując nasz "atak", krzyczy z daleka, że wszystko jest na dobrej drodze. Za żadne skarby nie ujawni, kiedy będzie uroczystość przyjęcia trzech nowych krajów do Paktu.

Pamiętam jowialny śmiech Solany z przyjęcia na początku 1999 r. Jakże różnił się od jego zmęczonej twarzy A.D. 2009. Przez 10 lat jako wysoki przedstawiciel UE ds. polityki zagranicznej cicho, ale dość skutecznie budował wspólną unijną politykę zagraniczną niemal od zera. Za jego kadencji doszło do dwóch rozszerzeń Unii, 23 kryzysowych misji Europy (Kosowo, Darfur, Kongo), zamachów 11 września 2001 r. na USA, dwóch wojen (Irak i Afganistan), rozpadu Jugosławii, powstania Kosowa...

Solana nie przestał być wielkim przyjacielem Polski, gdy rządził nielubiany w Brukseli Jarosław Kaczyński. W czasach ukraińskiej pomarańczowej rewolucji w 2004 r. jeździł z Aleksandrem Kwaśniewskim do Kijowa "jako Europa".

Będąc unijnym negocjatorem, odbył 600 misji, przelatując w samolotach 2,6 mln mil. W 2001 r. przekonał premiera Ariela Szarona, by wstrzymał się z krwawym odwetem za zamach bombowy w dyskotece w Tel Awiwie. Jego dyplomatyczna misja w 2001 r. zapobiegła wojnie domowej w Macedonii. W 2003 r. zapobiegł politycznej aneksji Mołdawii przez Rosję.

Dziś, żegnając się z Brukselą, zapewnia, że będzie dalej udzielał się na świecie. A unijne stolice przestrzega w wywiadzie dla "Financial Times", żeby nie miały złudzeń, że same coś na świecie znaczą. - My, Europejczycy, na świecie liczymy się tylko razem - mówi na pożegnanie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':