http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lizbonę ocenimy za dwa i pół roku

Rozmawiał w Brukseli Tomasz Bielecki
2009-12-01, ostatnia aktualizacja 2009-11-30 21:26

- Wybory kolejnych władz Unii Europejskiej muszą wyglądać inaczej - mówi brukselski politolog Antonio Missiroli

Antonio Missiroli
Fot. Thierry Charlier AP
Antonio Missiroli
Tomasz Bielecki: Prezydent Herman Van Rompuy, szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, szefowa dyplomacji Catherine Ashton. Wielu Europejczyków nie zachwycają nowe władze UE. Warto było zmagać się tak długo z przeciwnikami traktatu lizbońskiego, aby potem wybrać takich przywódców?

Antonio Missiroli, szef brukselskiego European Policy Centre: Nie podobał mi się sposób ich wyboru. To nie powinno się powtórzyć i oby się nie powtórzyło w 2014 r. podczas wyboru władz Unii na przyszłą kadencję.

Niestety, teraz wszystko przebiegało trochę na opak. Najpierw miał wejść w życie traktat lizboński, potem - jak planowano - powinny być doprecyzowane kompetencje prezydenta Rady Europejskiej i szefowej dyplomacji, następnie miała skończyć się kadencja odchodzącej Komisji Europejskiej i nastąpić wybór nowych władz.

Jednak opóźnienia w ratyfikacji Lizbony poodwracały tę naturalną kolej rzeczy. Stąd nadzieje, że to nazwiska nowych szefów, a nie precyzyjne przepisy, których nie zdążono opracować, konkretnie określą pozycję np. przyszłego szefa dyplomacji. To były trochę nierealistyczne oczekiwania części Europejczyków.

Rozczarowania można było uniknąć, gdyby przywódcy krajów UE postawili na właściwe nazwiska.

- Wybór Van Rompuya odpowiada intencjom autorów traktatu lizbońskiego, którzy chcieli stworzyć posadę koordynatora, który negocjuje i potem prezentuje kompromisowe stanowisko przywódców 27 krajów UE. Co do dyplomacji - owszem, było sporo kandydatów bardziej doświadczonych i znanych niż Ashton. Cóż za wyniesieniem tej centrolewicowej Brytyjki na tak wysokie stanowisko stała potrzeba równowagi między krajami i siłami politycznymi UE. Na szczęście ona też ma niemałe kompetencje i możemy mieć nadzieję, że sobie poradzi.

Europa wciąż nie ma swojego numeru telefonu, o którym mówił Henry Kissinger?

- Mamy raczej centralę telefoniczną w Brukseli, która będzie przełączać na Barrosę, Van Rompuya, Ashton. Pamiętajmy jednak, że UE nie jest jednym państwem, a celem traktatu lizbońskiego nie była federalizacja UE. A przecież nawet w przypadku wielu państw narodowych zasada jednego numeru nie zawsze działa...

Czy bez tego numeru można budować wspólna politykę zagraniczną i obronną?

- Można w takim stopniu, w jakim zechcą tego kraje UE. Lizbona to wyłącznie znacznie ulepszone narzędzie pracy. Jeśli stolice nie zechcą go użyć, to nikt ich do tego nie zmusi - to jeden z fundamentów Unii.

Może gdyby wybór władz UE był bardziej przejrzysty, to zarówno rządy, jak i obywatele zgodziliby się na bardziej przywódczy, a mniej "koordynacyjny" charakter szefów UE?

- Sposób wyboru kolejnych władz musi być inny. Skoro mamy powszechne wybory do Parlamentu Europejskiego i ponadnarodowe frakcje polityczne, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby do kolejnych wyborów poszły one z nazwiskami swoich kandydatów na nowego szefa Komisji Europejskiej oraz szefa dyplomacji.

Owszem, europarlament tylko współdecyduje o ich obsadzie i dlatego wygrana danej frakcji nie byłaby pewną gwarancją wyboru jej kandydata na szefa Komisji czy dyplomacji. Ale kampania wyborcza byłby świetnym sposób na prowadzenie szerokiej dyskusji o kolejnych szefach UE - nie tylko o nazwiskach, ale ich poglądach na przyszłość Unii.

To przyszłość. Tymczasem sporo zwolenników Lizbony przekonywało, że już jego wejście w życie będzie nowym początkiem.

Unię czeka jeszcze sporo pracy. Sądzę, że okres przejściowy w instytucjach UE potrwa mniej więcej rok. Ashton ma przedstawić szczegółową koncepcję nowej dyplomacji wiosną 2010 r., Parlament Europejski musi przetrzeć procedury współdecydowania m.in. w dziedzinie polityki rolnej. Van Rompuy przez pierwszą połowę 2010 r. będzie pracował w swoistej kohabitacji z Hiszpanami, którzy będą wtedy sprawować rotacyjną, półroczną prezydencję UE i stopniowo przekazywać mu część swych kompetencji.

Pierwsza kadencja Van Rompuya trwa dwa i pół roku. Myślę, że dopiero po jej upływie przyjdzie czas na przegląd i ocenę Lizbony.

Trzeba nam zatem dużo cierpliwości?

- Musimy być cierpliwi, ale jednocześnie naciskać na konkretne działanie UE, która nie może pogrążyć się w doszlifowywaniu procedur. Pierwszym dużym sprawdzianem mogą okazać się wybory na Ukrainie. Ashton nie będzie miała jeszcze ani nowego korpusu dyplomatycznego, ani wypracowanego sposobu współdziałania z Van Rompuyem i Barrosem, a sytuacja w Kijowie będzie wymagać konkretnej reakcji od Unii. Zobaczymy, jak sobie poradzi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':