Członkowie nowej Komisji Europejskiej, których nazwiska i teki szef Komisji José Manuel Barroso zaproponuje najpewniej już w przyszłym tygodniu, będą przesłuchiwani przez eurodeputowanych od 11 stycznia przyszłego roku. Choć
Parlament Europejski będzie zatwierdzał jednorazowo powołanie całego składu komisji, to - jak pokazała poprzednia kadencja - presja eurodeputowanych może wyeliminować pojedyncze kandydatury przed głosowaniem, które jest zaplanowane na 20 stycznia.
Współpracownicy Barrosa sondują więc opinie deputowanych, wśród których zaczęły ostatnio pojawiać się obiekcje lustracyjne wobec komisarzy z "przeszłością komunistyczną". Pretekstem do grzebania w życiorysach stała się deklaracja chadeków, czyli największej frakcji europarlamentu (m.in. PO i
PSL), która wśród wielu wymogów wobec przyszłych komisarzy wymienia też brak związków z "niedemokratycznymi rządami i ruchami politycznymi".
- Zamierzaliśmy wykluczyć osoby, których wyraźnie wsparcie dla reżimów niedemokratycznych nie budzi żadnych wątpliwości. Nie chodzi o to, kto do jakiej partii należał - mówi polski eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski.
Jednak śledzenie komunistycznej przeszłości rozpaliło już niektórych posłów z Europy Środkowej, którzy sygnalizują pracownikom Komisji Europejskiej, że kłopoty lustracyjne mogą mieć dwaj kandydaci na komisarzy. Obecnemu czeskiemu ministrowi ds. europejskich Štefanowi Fülemu, który ubiega się o tekę ds. rozszerzenia UE, wytykają
studia w prestiżowej moskiewskiej uczelni dla przyszłych dyplomatów MGIMO w latach 80. oraz przynależność do czechosłowackiej partii komunistycznej.
- To jakiś absurd. Füle był od tego czasu m.in. ambasadorem Czech i jednocześnie przedstawicielem NATO na Litwie. Nie można sobie wyobrazić lepszych rekomendacji - mówią czescy dyplomaci.
Z kontaktów z komunistycznym reżimem miałby się tłumaczyć w Parlamencie Europejskim także węgierski kandydat na komisarza László Andor, obecnie dyrektor w londyńskiej centrali Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Węgier w odróżnieniu od czeskiego kandydata nie studiował w Moskwie, a studia w Budapeszcie skończył w 1989 roku, kiedy komunizm w Europie Środkowej i Wschodniej dogorywał.
- László Andor jest za młody, by mieć komunistyczną przeszłość. Jest, owszem, zapiekłym lewicowym teoretykiem, ale żadnym tam komsomolcem - mówi "Gazecie" Pal Tamas, profesor socjologii Węgierskiej Akademii Nauk, który zna Andora. - We wczesnych latach 90., kiedy lewicowość na Węgrzech nie była w modzie, założył neomarksistowskie pismo "Eszmelet" ("Świadomość"), gdzie publikowali autorzy o poglądach lewicowych. To taki odpowiednik polskiej "Krytyki Politycznej" - opowiada Tamas.
Zdaniem socjologa Andor powinien bez problemu przejść polityczną część przesłuchania w Parlamencie Europejskim. - Nie ma może wielkiego doświadczenia administracyjnego, ale to dobry ekonomista - mówi. Zdaniem Tamasa Fidesz, czyli główne węgierskie ugrupowanie opozycyjne, krytykuje kandydaturę Andora z automatu, bo skreśla wszystkich ludzi lansowanych przez socjalistów.
Lustracyjny
import do Brukseli to niemała zasługa polskiej dyplomacji, która niedawno wypominała Massimo D'Alemie przeszłość we włoskiej partii komunistycznej, aby utrącić jego kandydaturę na szefa unijnej dyplomacji i wiceszefa Komisji Europejskiej. - Tak. Musimy zbadać, czy kandydatura D'Alemy nie podpada pod nasze kryteria - przyklaskiwał Polakom chadecki niemiecki eurodeputowany Manfred Weber, choć włoscy komuniści mieli niewiele wspólnego z radziecką wersją marksizmu i zasiadali we włoskim parlamencie.
Badanie przeszłości kandydatów na komisarzy zajmuje niemal wyłącznie chadeków z krajów byłego bloku radzieckiego. Deputowani z innych dużych klubów nie słyszeli o propozycji i na razie chcą jej nawet komentować. - Obawiam się, że główną rolę grają tu domowe wojny polityczne Czechów i Węgrów. To rodacy komisarzy próbują szargać im opinię - mówi jeden z pracowników Komisji Europejskiej.
Polskim kandydatem do KE jest Janusz Lewandowski, który zostanie zapewne komisarzem ds. budżetu.