Dwie godziny wcześniej w samolocie do Brukseli premier
Donald Tusk mówił dziennikarzom: - Nie sądzę, żebyśmy doszli do porozumienia. Stawiam 60 do 40, że będzie potrzebne jeszcze drugie spotkanie.
Spór w Brukseli toczył się nie tylko o nazwiska, lecz również o kształt Unii Europejskiej po 1 grudnia, kiedy wejdzie w życie traktat lizboński.
Wybór słabego przewodniczącego Rady Europejskiej, którą tworzą przywódcy państw, i szefa dyplomacji oznaczałby, że w Unii niewiele się zmieni. Jeśli natomiast choć jeden z nowych urzędów objąłby silny, znany polityk - Europa mogłaby walczyć o utrzymanie się w gronie najważniejszych światowych graczy.
- Nie przepuśćmy tej historycznej szansy! - apelował wczoraj szef szwedzkiej dyplomacji Carl Bildt.
Premier Tusk nie był optymistą. - Na pewno czeka nas długi i ciężki wieczór. Jeśli w czwartek do północy nie uda nam się uzgodnić stanowiska, to nie ma się co łudzić, że jak się wyśpimy, to coś uzgodnimy - mówił.
Kiedy należy zwołać kolejny szczyt - Tusk nie precyzował. Przyznał, że trzeba bardzo uważać, by do kolejnego posiedzenia Rady Europejskiej nie wysunięto "niedobrych dla Polski" kandydatur.
Sceptycyzm premiera wynikał zapewne z tego, że szwedzki plan - by uzgodnić po jednym kandydacie na każde z trzech nowych stanowisk: prezydenta UE, szefa dyplomacji i sekretarza Rady UE - spalił na panewce. Polska trochę się do tej porażki przyczyniła, proponując casting na te funkcje - dzięki czemu wpuszczono by więcej światła do zakulisowych negocjacji i targów.
Tusk zapewniał przed szczytem, że jest w stanie zaakceptować zarówno Belga Hermana Van Rompuya, jak i dwóch pozostałych premierów z Beneluksu, którzy uchodzili za faworytów w wyścigu o prezydenturę. Najbardziej odpowiadałby nam premier Luksemburga Jean-Claude Juncker ze względu na największe doświadczenie na stanowisku szefa rządu i "podobną do polskiej wrażliwość".
- Belgowi nie mam nic do zarzucenia, ale mniej o nim wiem. Premier Holandii Jan Peter Balkenende też jest dobrym kandydatem, choć w sprawie budżetu UE ma inne poglądy niż Polska [Holendrzy są za cięciami] - mówił Tusk.
Przyznał, że zgodziłby się także na "kontrowersyjną dla niektórych" kandydaturę Tony'ego Blaira. Były brytyjski premier musiałby jednak publicznie opowiedzieć - tak jak we wcześniejszej rozmowie telefonicznej z Tuskiem - jak sobie wyobraża swoją prezydenturę.
Panowała zgoda, że to europejska lewica powinna dostać stanowisko szefa dyplomacji. Premier Hiszpanii José Zapatero i inni lewicowi przywódcy ustalili wczoraj wieczorem, że poprą Brytyjkę Catherine Ashton. To znacznie osłabia szanse Włocha Massima D'Alemy, którego na ten sam urząd forsował rząd Silvia Berlusconiego.
- Odpowiada nam kandydatura Ashton. To osoba umiarkowana i kompetentna - mówił członek polskiej delegacji. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że zadowolenie Warszawy wynika głównie z tego, że Ashton zablokowała kandydaturę D'Alemy, który nam się nie podoba ze względu na komunistyczną przeszłość.
Tusk tłumaczył wieczorem, że na posadę szefa
MSZ Unii Polska nie ma kandydatów, lecz pilnuje, by nie został nim człowiek o "poglądach w poprzek do naszych". Nie wymienił nazwisk, ale zapewne chodziło o D'Alemę i uchodzącego za zbyt ugodowego wobec dyktatorów z Kuby i Wenezueli szefa dyplomacji Hiszpanii - Miguela Moratinosa.