http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tak zagraliśmy w Brukseli

Tomasz Bielecki i Jacek Pawlicki, Bruksela
2009-10-31, ostatnia aktualizacja 2009-10-30 19:01

Polska z trudem obroniła koalicję nowych członków UE w Brukseli, którą próbowali rozbić m.in. Brytyjczycy.

Premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown
Fot. SEBASTIEN PIRLET REUTERS
Premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown
Kanclerz Niemiec Angela Merkel
Fot. Yves Logghe AP
Kanclerz Niemiec Angela Merkel
Prezydent Francji Nicolas Sarkozy
Fot. Geert Vanden Wijngaert AP
Prezydent Francji Nicolas Sarkozy
Premier Czech Jan Fischer
Fot. SEBASTIEN PIRLET REUTERS
Premier Czech Jan Fischer
Szef niemieckiego MSZ Guido Westerwelle
Fot. FRANCOIS LENOIR REUTERS
Szef niemieckiego MSZ Guido Westerwelle
SERWISY
Stanęliśmy na czele koalicji dziewięciu uboższych krajów Unii Europejskiej z byłego bloku radzieckiego, które na zakończonym wczoraj szczycie UE forsowały sprawiedliwszy sposób obliczania unijnej składki na walkę z globalnym ociepleniem.

Już po kilku pierwszych godzinach szczytu okazało się, że próba rozbicia tej polskiej koalicji była główną strategią kilku krajów Zachodu, które chciały wyciągnąć z Europy Środkowej znacznie więcej pieniędzy na walkę z emisją dwutlenku węgla. - Nie udało się. Polacy okazali się dość zręcznymi graczami i potrafili zjednoczyć swój region - tłumaczy zachodni dyplomata.

Kiedy wczoraj rano Szwedzi, którzy obecnie przewodniczą UE, przedstawili pierwszy projekt kompromisu, a Polacy go odrzucili, brukselskie kuluary zapełniły się oskarżeniami, że Polska znów jest hamulcowym. Także potem, kiedy Polacy w imieniu swej koalicji wciąż grozili zawetowaniem porozumień szczytu, brytyjski premier Gordon Brown ogłaszał w mediach, że "ugodę już zawarto". A Polacy? - Chyba nie będą znów jedyną przeszkodą - nieoficjalnie tłumaczyli Brytyjczycy.

Twardy opór Polski i trudności z wykruszeniem naszej koalicji sprawiły jednak, że Szwedzi musieli wczoraj wczesnym popołudniem przerwać obrady szczytu. Zaprosili przywódców Polski, Niemiec, Wlk. Brytanii, Francji i szefa Komisji Europejskiej na odrębne spotkanie, podczas którego wypracowano ostateczny kompromis.

- To nie był mecz czy pojedynek, lecz dyskusja i perswazja. Kiedy odczytaliśmy tekst porozumienia wszystkim przywódcom UE, powitali go oklaskami - opowiadał wczoraj Donald Tusk.

Dość ogólnikowe sformułowania w kompromisowym dokumencie niosą ryzyko, że Polsce przyjdzie jeszcze stoczyć niejeden bój w sprawie składek na walkę z globalnym ociepleniem. Polacy dowiedli, że także w przyszłości nie pozwolą się łatwo ograć - można jednak usłyszeć w Brukseli.

Natomiast narzekają na nas działacze Greenpeace i innych organizacji pozarządowych, których zdaniem Polska powinna przestać odgrywać biedaka i jako kraj, który bardzo szybko dogania gospodarki Zachodu, płacić więcej na rzecz państw prawdziwie ubogich.

Boje o globalne ocieplenie sprawiły, że przywódcy krajów UE nie mieli wiele czasu na rozmowy o nominacjach przewodniczącego Rady Europejskiej (tzw. prezydenta UE) oraz szefa unijnej dyplomacji. To dwie nowe posady, które tworzy traktat lizboński, którego wciąż nie podpisał czeski prezydent Vaclav Klaus. Choć ostateczne decyzje zapadną zapewne na dodatkowym szczycie w połowie listopada, to już wczoraj wydawało się, że szanse Tony'ego Blaira na prezydenturę UE są bardzo małe.

Lech Kaczyński, który uczestniczył w części posiedzeń szczytu, sugerował wczoraj, że kanclerz Angela Merkel ze sporą rezerwą odniosła się do postulatów, aby przy obsadzie dwóch nowych stanowisk zadbać o równowagę płci. Pomysł oddania kobiecie prezydentury bądź unijnej dyplomacji forsują głównie kraje skandynawskie, choć w podobny ton uderzał przedwczoraj także przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek.

Pomimo postulatów Polski i kilku innych krajów UE szczyt nie zajął się też doprecyzowaniem uprawnień przyszłego prezydenta UE, który - wskutek niejasnych zapisów traktatu lizbońskiego - jest skazany na spory kompetencyjne z rządami krajów, które sprawują rotacyjne półroczne przewodnictwo w UE. Polska obejmie je w 2011 r. Brak jasnych ustaleń oznacza, że o pozycji prezydenta UE w Brukseli zadecyduje jego charyzma i zdolność rozpychania się łokciami wśród innych unijnych konstytucji.

Przywódcy UE zatwierdzili natomiast ogólne reguły działania przyszłego szefa unijnej dyplomacji, który m.in. będzie mógł samodzielnie mianować szefów unijnych ambasad. Unijny szef dyplomacji uzyskał - co podoba się Polsce - dużą niezależność od Parlamentu Europejskiego, który często ma priorytety inne niż rządy krajów członkowskich. Polscy dyplomacji zabiegają, aby przy szefie dyplomacji powołać zastępcę odpowiedzialnego za Partnerstwo Wschodnie, czyli zacieśnianie współpracy UE m.in. z Ukrainą i Białorusią.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W środę z ''Gazetą'':