W miniony weekend po ponad tygodniu przepychanek prezydent Vaclav Klaus zasugerował, że podpisze traktat, jeśli otrzyma gwarancje chroniące
Czechy przed ewentualnymi roszczeniami Niemców sudeckich wysiedlonych z Czechosłowacji po II wojnie światowej. Dyplomaci w Brukseli przyznają, że jeśli Klaus zobowiąże się do podpisania Lizbony i tym samym zakończy się ratyfikacji traktatu w całej Unii, to specjalny czeski protokół może być dołączony do dokumentu.
Oczywiście nic nie jest jeszcze pewne - nie wynegocjowano ani treści protokołu, ani jego statusu prawnego. Problem w tym, że jak mi mówi jeden z architektów polskiej polityki europejskiej, unijni przywódcy nie mają zaufania do Klausa. Mało kto wierzy, że chodziło mu o ochronę przed rzekomymi roszczeniami. Jego celem było obalenie Lizbony, a gdy po drugim irlandzkim referendum okazało się to niemożliwe, Klaus zaczął szukać wyjścia z twarzą. Nie ma jednak wątpliwości, że jeśli zdarzy mu się kolejna okazja, znów postara się przyhamować integrację europejską.
Zdaniem większości ekspertów Klaus wystąpił z żądaniem dodatkowych gwarancji, by pokazać, głównie Czechom, że Europa mu ulega. A Unia ulegnie, bo znalazła się pod ścianą. Żądanie Klausa otworzyło puszkę Pandory. W niedzielę wieczorem
Słowacja zapowiedziała, że zablokuje przyjęcie gwarancji dla Czech, jeśli sama nie zostanie nimi objęta.
Im szybciej zgaszony zostanie pożar wzniecony przez Klausa, tym lepiej, choć oczywiście wszystko to nie pozostanie bez konsekwencji dla przyszłości Unii. Europa wyciągnie pewnie wnioski zarówno z powtórki irlandzkiego referendum, jak i działań Klausa.
Eksperci mówią, że można zapomnieć o kolejnym wielkim traktacie reformującym Unię, który może być potrzebny choćby po to, by umożliwić następne fale rozszerzenia Unii po przyjęciu Chorwacji i Islandii.
W najbliższych kilku, może nawet kilkunastu latach Unia zapewne rozwijać się będzie poprzez traktaty sektorowe dotyczące np. energetyki, obrony czy innych polityk unijnych. Nikt nie zaryzykuje wielkiej reformy instytucji, o której wcielenie w życie znów trzeba by się użerać z politykami uciekającymi się do metod Klausa.
A naśladowców może być wielu - demokracja ma swoje prawa i ludzie wybierają nie zawsze polityków proeuropejskich, którzy podobają się w Brukseli. Weźmy Wielką Brytanię - jeden z krajów "wielkiej szóstki", bez którego trudno wyobrazić sobie Unię. Wiele wskazuje na to, że w 2010 r. premierem zostanie konserwatysta David Cameron, którego partia chce renegocjować z UE warunki brytyjskiego członkostwa.
Dlatego też większą rolę w Europie odgrywać będą inicjatywy kilku krajów w dziedzinie gospodarki czy polityki zagranicznej, realizowane w węższym gronie, ale otwarte dla innych chętnych. Nie będzie to "Europa kilku prędkości", którą straszy się od lat, ale europejska energia zapewne ulegnie regionalnemu rozproszeniu.
Efektem ubocznym tego procesu może być pójście do przodu w sprawach integracji gospodarczej i finansowej krajów strefy euro, w której wciąż nie ma Polski. Dla nas najgroźniejszym byłoby osłabienie unijnych instytucji, w tym Komisji Europejskiej. W historii integracji Komisja zawsze stawała po stronie krajów słabszych takich jak Polska. W mniej spójnej Unii jej autorytet zostanie nadwątlony na korzyść stolic państw członkowskich realizujących różne inicjatywy.
Tak więc Unia poradzi sobie jakoś z Klausem, choć zmiany, jakie w niej nastąpią, mogą mieć nieodwracalny charakter. Tym bardziej że wraz z przewidywanym dojściem do władzy brytyjskich konserwatystów w Unii zacznie się czas wymuszania na Brukseli ustępstw.