Do końca roku unijni przywódcy muszą zdecydować o obsadzeniu dwóch najbardziej wpływowych stanowisk. W Brukseli rysuje się kilka scenariuszy, każdy obarczony jest sporym ryzykiem konfliktu między głównymi stolicami.
Przewodniczący Rady Europejskiej, czyli niby-prezydent Unii, oraz szef dyplomacji zwany w brukselskim żargonie wysokim przedstawicielem ds. europejskiej polityki zagranicznej (ma być jednocześnie wiceszefem Komisji Europejskiej) to dwa nowe stanowiska przewidziane przez traktat z Lizbony. Prezydent i minister mają zacząć pracę 1 stycznia 2010 roku, ale niewykluczone, że jeśli prezydent Czech Vaclav Klaus będzie zwlekał z podpisem pod traktatem, to czeka nas poślizg.
Choć brytyjskie dzienniki widzą już w fotelu prezydenta b. premiera Wlk. Brytanii Tony'ego Blaira, największe szanse na to stanowisko ma chyba holenderski premier Jan Peter Balkenende.
Według holenderskich mediów Balkenendego poparła kanclerz
Angela Merkel (podobno łączy ją z nim chadeckie spojrzenie na Unię i raczej skromny sposób korzystania z władzy). Charyzmatycznego, ale niezbyt popularnego w Unii choćby za poparcie wojny w Iraku Blaira forsuje natomiast francuski prezydent Nicolas Sarkozy.
Zdaniem naszych rozmówców w Warszawie i Brukseli największą zaletą Holendra jest to, że pochodzi z małego kraju, który z nikim w UE nie ma na pieńku i jest na tyle bezbarwny, że żadna ze stolic nie uważa go za konkurenta. Jest też sprawny i doświadczony - rządzi Holandią od 2002 roku i przetrwał niejeden kryzys.
Na korzyść Holendra przemawia też to, że większość krajów, w tym Polska, wyobraża sobie unijnego prezydenta raczej jako sprawnego negocjatora i menedżera niż charyzmatycznego przywódcę, który w imieniu całej Unii szarogęsiłby się w świecie.
Z wszystkich tych względów Blair ma mniejsze szanse. Potencjalnym kandydatem jest też luksemburski premier Jean-Claude Juncker, ale na niego nie zgadza się Londyn, ponieważ Luksemburczyk jest uważany za zbytniego federalistę. Zaś kandydaturę Fina Paavo Lipponena blokuje Polska, wytykając byłemu fińskiemu premierowi, że pracował dla Gazpromu.
Dla Polski - jak mówił nam niedawno minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz - dużo ważniejsze jest stanowisko wysokiego przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej. Bo to ten urzędnik będzie twarzą Unii i od jego osobowości oraz kontaktów zależeć będzie unijna polityka zagraniczna.
Nieoficjalnie wiadomo, że szef
MSZ Radosław Sikorski w tej roli widziałby szwedzkiego ministra dyplomacji Carla Bildta. Tylko że Bildt jest postrzegany jako "samotny gracz" i nie ma poparcia wielkich krajów, a
Niemcy i Francuzi mają mu za złe, że popiera wejście Turcji do Unii. W dodatku socjaliści z Parlamentu Europejskiego żądają, by po zatwierdzeniu nominacji wywodzącego się z prawicy szefa Komisji Europejskiej José Manuela Barrosa jedno z nowych stanowisk przypadło człowiekowi lewicy.
Wśród lewicowców jest kilku obecnych bądź byłych szefów dyplomacji, których bierze się pod uwagę. To Niemiec Frank Walter Steinmeier, Brytyjczyk David Miliband.. Ewentualna kandydatura Milibanda jest w cieniu spekulacji o posadzie prezydenta dla Blaira, ale niewykluczone, że to właśnie on stanie się czarnym koniem.
- W Unii panuje przekonanie, że Brytyjczykom należy się jedno z ważnych stanowisk. Tym bardziej że w przyszłym roku do władzy raczej na pewno dojdą antyeuropejscy konserwatyści - mówi jeden z naszych wysoko postawionych rozmówców w Warszawie. Miliband jest bardzo sprawnym dyplomatą, angażuje się w walkę ze zmianami klimatycznymi, czyli jedno z największych wyzwań dla Europy.
Niewykluczone też, że teka szefa unijnej dyplomacji przypadnie obecnemu komisarzowi ds. rozszerzenia Finowi Olli Rehnowi. W zamian za akceptację Rehna Helsinki są bowiem gotowe zrezygnować z własnego komisarza w UE. Wśród kandydatów jest też b. szefowa MSZ Austrii, Ursula Plassnik z chadecji.