Gdy wczoraj przed południem w Karlsruhe wiceprezydent trybunału Andreas Vosskuhle odczytywał wyrok, europejscy politycy zamarli ze zdumienia. Wydawało się bowiem, że sędziowie zatwierdzą traktat bez słowa sprzeciwu, a prezydent Köhler jeszcze tego samego dnia go podpisze, dając przykład prezydentom Czech i Polski ociągającym się z dokończeniem ratyfikacji.
Sędziowie trybunału nie mieli wątpliwości, że traktat jest zgodny z niemiecką ustawą zasadniczą, ale jednocześnie kazali poprawić niemieckie prawo. Chodzi o decyzję odnośnie nowych kompetencji dla unijnych instytucji, które mogłyby ograniczyć suwerenność członków UE np. w sprawach podatkowych czy imigracji. Rząd mógłby głosować za nimi na szczytach Unii dopiero po uzyskaniu zgody Bundestagu.
W zeszłym roku kluczowy dla Unii, bo usprawniający jej działania, traktat zaskarżyła do trybunału dziwaczna koalicja. Atakował go Peter Gauweiler z CSU oraz związany z chadecją Ludwig Schenk Graf von Stauffenberg, syn autora nieudanego zamachu na Hitlera z lipca 1944 r. Skargi złożyła też Niemiecka Partia Ekologów i posłowie postkomunistycznej Lewicy. Wszyscy argumentowali, że nowy europejski traktat pozbawi
Niemcy suwerenności, a europejskim instytucjom da władzę niemal nieograniczoną.
Choć komentatorzy wyśmiewali te zarzuty, to prezydent Köhler uznał, że z podpisem pod dokumentem trzeba poczekać, aż trybunał rozstrzygnie wszelkie wątpliwości. Sędziowie też nie spieszyli się z podjęciem decyzji i badali sprawę przez kilka miesięcy.
Wprawdzie Bundestag, ratyfikując traktat w zeszłym roku, zmienił prawo, ale trybunał uznał, że kompetencje parlamentu nie są dostatecznie mocno sformułowane, i nakazał wprowadzenie poprawek.
Po ogłoszeniu wyroku niemieccy politycy tryskali optymizmem. - Trybunał usunął poważna przeszkodę. Jestem zadowolona. To był dobry dzień dla traktatu - mówiła przed kamerami kanclerz
Angela Merkel (CDU). Wicekanclerz Frank Walter Steinmeier (SPD) z uśmiechem zapewniał, że Niemcy traktat lizboński ratyfikują jeszcze w tym roku.
To, co dla Niemców jest triumfem demokracji, dla reszty Europy jest niezrozumiałym poślizgiem. To rząd Merkel za niemieckiej prezydencji w UE w 2007 r. przeforsował traktat, ostro punktując przy okazji Polskę i
Czechy za to, że zgłaszały do niego liczne zastrzeżenia. Polska w czerwcu 2007 r. była nawet gotowa zerwać specjalny szczyt w Brukseli, który miał dać traktatowi zielone światło.
- To bolesny zgrzyt. Jak Merkel ma naciskać na Irlandczyków albo skłaniać do ratyfikacji Vaclava Klausa czy Lecha Kaczyńskiego? Najpierw musi uprzątnąć własne podwórko - mówi Cornelius Ochmann, ekspert Fundacji Bertelsmanna. - Traktat nie jest jednak zagrożony, trybunał orzekł to wyraźnie. Niemcy staną na głowie, by go szybko ratyfikować.
Niemcy muszą pospieszyć się z poprawianiem prawa, bo wrześniowe wybory parlamentarne są już za pasem. W październiku w Irlandii odbędzie się też powtórne referendum w sprawie traktatu. Jeśli Berlin nie zdąży z ratyfikacją, wyśle na wyspę fatalny sygnał. Dlatego w Bundestagu skrócono posłom wakacje, tak by zajęli się poprawkami na specjalnych posiedzeniach na przełomie sierpnia i września. Potem ustawa trafi do Bundesratu - izby wyższej - i w końcu na biurko prezydenta Köhlera.
Europejscy politycy udawali wczoraj, że nic się nie stało. - To pozytywny krok na drodze do ratyfikacji traktatu - oświadczył przewodniczący do wczoraj UE czeski premier Jan Fischer. Przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso dodał, że ma nadzieję, że do jesieni traktat zostanie ratyfikowany w całej UE.