Zmiana przewodniczącego w połowie pięcioletniej kadencji Parlamentu Europejskiego jest wieloletnią unijną tradycją, w której tym stanowiskiem naprzemiennie dzieli się centroprawica (jej kandydatem był Jerzy Buzek) z centrolewicą, która nominowała Schulza.
Urodzony w 1955 r. Schulz wszedł do polityki w wieku 19 lat, kiedy wstąpił do niemieckiej partii SDP, a w wieku 31 lat został burmistrzem Würselen w Nadrenii Północnej-Westfalii. - Teraz po raz pierwszy od powstania UE wydaje się możliwy jej rozpad. Jeden szczyt kryzysowy goni kolejny, a decyzje podejmowane są przez szefów rządów za zamkniętymi drzwiami. Będę walczyć o szacunek dla europarlamentu oraz odzyskanie zaufania obywateli i rozbudzenie ich entuzjazmu dla Europy - mówił wczoraj.
Schulz jest znany z ostrego artykułowania swych poglądów. Rozjuszony jego krytyką za ograniczanie wolności mediów ówczesny włoski premier Silvio Berlusconi wypalił w 2003 r., że Schulz "byłby idealnym kandydatem do zagrania roli kapo we włoskim filmie". Schulz wzywał do izolacji polskiego rządu
PiS po sprzeciwie wobec ustanowienia Europejskiego Dnia przeciwko Karze Śmierci, a także wypowiedzi ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego deklarującego się jako zwolennik tej kary.
W drugiej połowie tej kadencji Parlamentu Europejskiego wśród jego 14 wiceprzewodniczących będzie prawdopodobnie Jacek Protasiewicz (PO).
Rozmowa z Jerzym Buzkiem Co uważa pan za największy sukces swojej kadencji? Jerzy Buzek: Zaszczepienie w Unii Europejskiej idei europejskiej wspólnoty energetycznej, którą promuję wspólnie z byłym szefem Komisji Europejskiej Jacques'em Delorsem. To trzy postulaty - wspólny rynek energetyczny z połączeniami gazowymi czy też elektrycznymi między krajami UE, wspólnotowe badania, m.in. nad technologiami pozyskiwania energii odnawialnej, oraz unijna koordynacja w zakupach energii poza granicami UE tak, by w przyszłości nie powtórzyła się historia z Gazociągiem Północnym. Te postulaty są częściowo spełniane, rośnie dla nich poparcie.
Druga sprawa to pielęgnowanie siły Unii Europejskiej w naszym sąsiedztwie. To nie tylko kwestie Ukrainy i Białorusi, kluczowe dla Polski. Wiele wysiłku włożyłem w doprowadzenie do spotkania EURONESTU - parlamentarzystów unijnych i z krajów Europy Wschodniej - czy powstania proeuropejskiej koalicji w Mołdawii. W kluczowych momentach arabskiej wiosny pojechałem do Egiptu, Tunezji i Libii. Przed 20 laty najważniejsze dla Bałkanów zachodnich, Egiptu czy Palestyny były Stany Zjednoczone, a teraz my, Europejczycy, liczymy się tam bardziej. Musimy to wykorzystać.
Kryzys jeszcze potrwa, ale jestem przekonany, że w Parlamencie Europejskim robiliśmy za mojej kadencji wszystko, co trzeba. Popieraliśmy zarówno efektowne, ale jednocześnie słuszne decyzje o ograniczeniu premii dla bankowców, jak i kwestie regulowania i nadzoru sektora finansowego, w którym zrodził się kryzys. Znacząco poprawiliśmy tzw. sześciopak, czyli sześć aktów prawnych zwiększających dyscyplinę budżetową w UE i wspierające tworzenie nowych miejsc
pracy. Mamy zagwarantowany wpływ na następny wieloletni budżet UE, a PE był zawsze za bogatym
budżetem! Mamy też Kodeks Dobrych Praktyk - pierwszy raz w historii parlamentarzystów europejskich.
Jako Polak ogromną dumę czułem, gdy pod koniec sierpnia zeszłego roku otwieraliśmy esplanadę im. Solidarności w samym sercu Brukseli. To nasz trwały ślad.
A niepowodzenia? - Białoruś, gdzie nie udało się pomóc w sprawie demokracji. I ostatni okres na Ukrainie. Choć na zaprzysiężenie Wiktora Janukowycza przyjechało wielu prezydentów, to jako pierwszego przyjął przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, a potem szefową unijnej dyplomacji Catherine Ashton. Proszę sobie wyobrazić zniecierpliwienie Rosjan. To był ważny gest Janukowycza wobec Europy. I potem przez długi czas wydawało się, że sprawy zbliżania Ukrainy do UE idą naprawdę w bardzo dobrym kierunku. Niestety, uwięzienie byłej premier Julii Tymoszenko postawiło to pod znakiem zapytania.
Starał się pan zachęcić Amerykanów do większego zaangażowania w Europie. Udało się? - Relacje są dobre, w sposób naturalny, ale ich potencjał nie został w pełni wykorzystany. Współdziałałem z panem prezydentem Bidenem i panią sekretarz Clinton, ale również bardziej nieformalnie z Madeleine Albright i Zbigniewem Brzezińskim. Nie w pełni się udało. Europa nie jest priorytetem Ameryki, a dla Europy istotniejsze dzisiaj są kwestie sąsiedztwa.
Bycie Polakiem pomagało w sprawowaniu urzędu? - Kiedy usłyszałem w Tunezji, że teraz, po arabskiej wiośnie, stawiają na Europę, ale przeszłość kolonialna nadal im ciąży, to mogłem odpowiedzieć, że akurat ja pochodzę z kraju, który sam był kolonizowany przez prawie dwieście lat. Mogłem też liczyć na szczególne zrozumienie w izraelskim Knesecie, gdzie powiedziałem, że urodziłem się 40 km od Auschwitz w czasie, kiedy
Niemcy zakładali tam obóz.
Polacy, Czesi, Węgrzy czy Estończycy są częścią Europy o szczególnej wiarygodności, bo sami przeszliśmy nie tak dawno z komunizmu do systemu demokratycznego i możemy dzielić się w Afryce Płn. czy na Wschodzie własnym doświadczeniem. To, że wywodzę się z ruchu "Solidarności", pomagało mi więc w reprezentowaniu Unii.
Jednak na Węgrzech źle się dzieje. Pańska, centroprawicowa grupa polityczna w PE jest dość powściągliwa wobec premiera Viktora Orbána. Jak reagować na jego kontrowersyjne reformy? - Trzeba pamiętać o osobistej drodze życiowej premiera Orbána, który walczył razem z Fideszem o wolne, wolnorynkowe i demokratyczne
Węgry. I o opłakanym stanie gospodarczym, w jakim przejął Węgry po ośmiu latach poprzednich rządów. Dlatego staram się zachować w ramach Parlamentu Europejskiego pozycję umiarkowaną i nie podzielam histerycznych komentarzy na temat Węgier, choć jednocześnie jestem bardzo zaniepokojony sytuacją gospodarczą w tym kraju i zupełnie nie rozumiem niektórych ruchów Orbána wymierzonych np. w niezależność banku centralnego. Premier Orbán złożył mi w poniedziałek ofertę prezentacji swego stanowiska w Parlamencie Europejskim. Oferta została przyjęta, dyskusja odbędzie się w środę.