Sprawna, skuteczna prezydencja w Radzie UE pozwoliła się Polsce pokazać jako poważny gracz na scenie europejskiej. W niełatwych okolicznościach udało się nam zrobić to, co było możliwe, dokończyć z sukcesem kilka ważnych negocjacji (jak "sześciopak"), utrzymać na unijnej agendzie temat Partnerstwa Wschodniego, sprawnie prowadzić prace Rad UE. Dyplomaci i politycy różnych krajów przyznają, że po prezydencji w sprawach europejskich z Warszawą należy się liczyć, choć naszą pozycję osłabia pozostawanie poza strefą Euro. (
"To nie był spokojny rejs")
Tak więc teraz, gdy ważą się losy Unii, trwają negocjacje, w jakim gronie i jak ważkie decyzje będą zapadać, mamy szansę być poważnie traktowani, a nasze postulaty - uważniej wysłuchiwane. Dowodem jest to, że rozgrywające na tym polu
Niemcy kilkakrotnie poparły inicjatywy polskiej prezydencji właśnie dlatego, że to Warszawa prowadziła negocjacje lub uznała temat za szczególnie istotny. Nie blokowały też naszych działań (np. w obszarze Partnerstwa Wschodniego, budżetu UE na 2012 r). Ale
Berlin nie będzie oglądał się na wschodniego sąsiada, jeśli nie będzie to po jego myśli. Tym bardziej więc kapitał wzmocnionej pozycji i pozytywnych opinii należy rozwijać, wychodząc z kolejnymi propozycjami i twardo domagając się miejsca przy stole.
Jednak łatwo nie będzie. Unia się zmienia, a dawny porządek już nie wróci. Tym zmianom należy dotrzymywać kroku i reagować bardzo elastycznie. Na mecie prezydencji, zamiast odetchnąć i cieszyć się, że poszła dobrze, już trzeba myśleć o kolejnych działaniach - polskiej odpowiedzi na projekt umowy międzyrządowej w strefie euro, czy wchodzących w gorącą fazę negocjacjach budżetowych na kolejny okres. Dobre wrażenie, jakie zrobiła polska prezydencja, na pewno pomoże, ale nie można liczyć na specjalną taryfę ulgową.
Europeizacja dyplomacji Naszym nowym atutem są urzędnicy, którzy przeszli prezydencyjny sprawdzian. Zgodnie z maksymą, że dojrzałym członkiem UE kraj staje się po pierwszym przewodnictwie w Radzie, polska administracja jest już otrzaskanym graczem. Polscy urzędnicy - przeszkoleni i nauczeni w nawiązywaniu kontaktów, uwzględnianiu różnych opinii, pracujący w systemie projektowym (jakże mało znanym w wielu działach administracji), nabyli szalenie przydatne kompetencje. Prowadząc posiedzenia grup roboczych i negocjując stanowiska nauczyli się, jak działa europejski młyn. Będąc po drugiej strony barykady, jako ten, który musi dopiąć rozmowy, zrozumieli, że skuteczność nie zawsze polega na mówieniu, byle mówić i upartym obstawaniu przy swoim. Partnerzy szanują graczy, którzy potrafią konstruktywnie współpracować, a więc i chętniej otworzą się na ich propozycje. Ci zaprawieni w boju urzędnicy to także nasz kapitał zdobyty w wyniku prezydencji.
Jednak setki młodych ludzi zatrudnionych zostało tylko na czas prezydencji. Ich umowy wygasają, a administracja, która ma się redukować, nie zamierza ich zatrudniać. Oby przynajmniej ci, którzy zostają, byli jak najlepiej zagospodarowani.
Prowadzenia przemyślanej i perspektywicznej polityki personalnej dotyczy nie tylko niższych rangą osób. MSZ czekają duże zmiany, gdyż część departamentów przestanie istnieć, z placówek zjadą w ramach rotacji ambasadorzy - i to ci z kluczowych stolic (Berlin,
Paryż,
Bruksela-Stałe Przedstawicielstwo przy UE) i kierownicy wydziałów. W momencie, gdy w polityce europejskiej zmiany zachodzą tak szybko i potrzeba doskonale znających i rozumiejących brukselskie tajniki ludzi na właściwych stanowiskach, odpowiednie rozmieszczenie dyplomatów będzie prawdziwym, kolejnym sprawdzianem.
Promocja Polski Młodzi, energiczni, wierzący w ideę europejskiej integracji ludzie, którzy pracowali przy prezydencji, pokazali pozytywny obraz naszego kraju. Politycy z krajów starszych stażem w UE przyznawali, że ten powiew entuzjazmu i świeżości był Unii potrzebny.
Ale
Polska zaprezentowała się także od strony nowoczesnej, interesującej kultury, którą placówki promowały na całym świecie. Oczywiście malkontenci zastanawiają się, czy stać nas na takie działania w dobie kryzysu, ale czy jest lepszy moment na promocję kraju niż podczas prezydencji i rok przed Euro 2012. I w tym przypadku dobra pozycja Polski, a przynajmniej znajomość jakichkolwiek faktów z jej historii, sztuki, tradycji (nie łudźmy się, to wcale nie jest oczywiste) składa się na całość polskiego wizerunku i znaczenia w Europie. Ale znowu - nie oczekujmy, że dzięki temu miliony Europejczyków będą znały nazwiska polskich pisarzy, a w Brukseli od razu zgodzą się na polską propozycję reform.
Promocja regionów Nie tylko Polska, jako kraj, zyskała na tak rozwiniętej promocji. Decyzja, że poszczególne spotkania na różnych szczeblach odbywać się będą w pięciu miastach, pozwolił zaprezentować się także regionom. Sopot, Kraków, Poznań, Wrocław dały się poznać delegacjom i setkom osób towarzyszących. I choć słychać było narzekania, że dojazd niewygodny, bo trzeba się przesiadać lub być dowożonym długie kilometry samochodem (co w Polsce, jak wiadomo do luksusów nie należy), to ostatecznie zapamiętana zostanie różnorodność polskich krajobrazów i architektury miast. Niektóre z nich szczególnie się wykazały, przykładowo Kraków oferował darmowe zwiedzanie, Poznań - bilety na komunikację miejską, Sopot - darmowy wstęp na molo.
Według dostępnych szacunków samych zarejestrowanych w centralnej bazie MSZ gości było 30 tysięcy. Ale liczby tych niezarejestrowanych przybyłych z okazji prezydencji wychodziły znacznie poza ten rząd wielkości. Warszawa podaje, że tylko do stolicy zjechało 40 tysięcy osób. To są tysiące potencjalnych przyszłych turystów, których Polska mogła zainteresować. Zwłaszcza, że wielu dyplomatów i urzędników potwierdzało, że ukazał im się szybko się rozwijający, ciekawy kraj. I choć trochę przykro, że osoby wykształcone, obyte w świecie miały przestarzały wizerunek naszego kraju, to cieszyć się trzeba, iż dzięki prezydencji udało nam się go zmienić.
Warto sprawnie przyciągać zachęconych Europejczyków do powrotu do Polski. Przynęta rzucona, trzeba pracować nad ofertą. Jak bardzo prezydencja przyczyni się do zwiększenia ruchu turystycznego w kolejnych latach, trudno jednak orzec, bo rok 2012 z mistrzostwami Euro miarą do porównywania nie będzie.
Organizowanie spotkań w regionach zmusiło także władze lokalne do podjęcia współpracy z administracją centralną, co nie zawsze wcześniej było oczywiste i się udawało. I tu przetarto więc ścieżki, stworzono dobre podstawy na przyszłość. Ale nie odbyło się i bez zgrzytów. Przykładowo organizacja Forum Społeczeństwa Obywatelskiego w Poznaniu, za którą odpowiadali wspólnie MSZ, władze lokalne, Komisja Europejska i władze Forum na skutek mieszania się ich interesów pozostawiała wiele do życzenia.
Nie w euro mierzony Podsumowanie dokonań prezydencji w obecnych czasach nie jest zero-jedynkowe. Nie jest łatwo ocenić, ile konkretnie Polska zyskała na przewodnictwie, czy zrównoważyło to poniesione koszty. Zgromadzony kapitał jest niemierzalny - ani w euro ani w złotych. To kapitał polityczny, administracyjny i promocyjny. Obecne trudne zmiany w Unii nie pozwolą go od razu i z wielkim zyskiem wykorzystać. Ale ta inwestycja będzie procentować, choć powolutku - jak to podczas kryzysu - i bez wysokich odsetek.