Od czasów Margaret Thatcher, rządzącej w latach 1979-90, żaden z brytyjskich premierów nie poszedł na taką konfrontację z UE. Ale nawet zapiekła przeciwniczka integracji, jaką była Żelazna Dama, nie musiała wetować 20 lat temu traktatu z Maastricht (podstawy euro), bo w zamian za zgodę nań dostała tzw. opt out, czyli prawo nieuczestniczenia w unii monetarnej.
Tym razem nie było mowy o opt outach, a Brytyjczycy nie dostali gwarancji nietykalności usług finansowych (czytaj londyńskiego City, które generuje 10 proc. brytyjskiego
PKB), więc Cameron musiał powiedzieć "nie". To była prawdopodobnie najważniejsza i zarazem najtrudniejsza decyzja w jego karierze politycznej.
Powodów zawetowania zmian traktatowych nie należy szukać tylko w eurosceptycyzmie szefa torysów - prawdopodobnie tak samo zachowałby się każdy brytyjski premier z laburzystą Tonym Blairem, który zrobił bardzo dużo, by
Wielka Brytania znalazła się w centrum Europy.
Brytyjscy przywódcy są przewrażliwieni na punkcie brytyjskiego interesu narodowego. I choć Cameron mówił kilka razy, że uzdrowienie
strefy euro (a zmiany w traktatach UE miały do tego prowadzić) jest także w interesie Londynu, to nie mógł zgodzić się na coś, za co po powrocie na Wyspy okrzyknięto by go zdrajcą, przegranym czy sługusem Francji i Niemiec. I to nie tylko w eurosceptycznych tabloidach, ale i we własnej partii.
W październiku Cameron wielkim kosztem politycznym zdławił bunt w szeregach Partii Konserwatywnej, gdy część posłów domagała się rozpisania referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii. Premier powiedział wówczas, że referendum nie będzie, obiecując jednocześnie, że przy okazji zmiany unijnych traktatów uzyska dla Londynu odpowiednie koncesje. Mimo to za referendum zagłosowało aż 81 posłów Partii Konserwatywnej, łamiąc partyjną dyscyplinę. Była to największa rebelia w sprawach europejskich w historii partii.
Jeśliby teraz Cameron zgodził się na zmiany w traktacie, nie uzyskawszy koncesji od Niemiec i Francji, czekałaby go jeszcze większa rebelia. I być może znalazłby się w jego partii rywal w walce o fotel przywódcy, a potem premiera. A Cameron zbyt dobrze pamięta, że spory o Unię pogrążyły Thatcher.
Jako szef rządu musiał też brać pod uwagę to, co o Europie myślą obywatele jego kraju. Dla przeciętnego Brytyjczyka wychowanego na "The Sun" czy "Daily Mail" UE to banda skorumpowanych eurokratów narzucających innym krajom coraz bardziej absurdalne przepisy oraz otwierających granice przed niechcianą imigracją. Z październikowego sondażu dla "Guardiana" wynika, że 70 proc. Brytyjczyków chciałoby referendum w sprawie członkostwa w UE. A gdyby taki plebiscyt się odbył, 49 proc. zagłosowałoby za wystąpieniem z Unii, za pozostaniem byłoby ledwie 23 proc. Jeszcze dekadę temu proporcje te wyglądały zupełnie inaczej: 68 proc. Brytyjczyków opowiadało się za dalszym członkostwem, 19 proc. było przeciw.
Paradoksalnie wczorajsza decyzja Camerona może skłonić antyeuropejskich "rebeliantów" w swej partii do kolejnej ofensywy w sprawie referendum. Brytyjskie weto oznacza bowiem pogłębienie izolacji Londynu w UE, a utrata wpływów to argument dla twardogłowych eurosceptyków, by raz na zawsze rozstrzygnąć, czy warto być w europejskiej wspólnocie. Dlatego też laburzysta i były minister ds. europejskich Denis McShane skomentował weto bardzo gorzko: "Równie dobrze Zjednoczone Królestwo może teraz wyjść z UE".
- Nie przyjmuję w ogóle idei Europy dwóch prędkości. Można się spierać, kto by się poruszał szybciej: czy
strefa euro, czy Wielka Brytania - mówił wczoraj szef brytyjskiego MSZ William Hague. - Niektóre kraje są w
strefie euro, inne nie, niektóre są w unii granicznej z Schengen, inne nie, niektóre współpracują na polu obrony, inne nie. Ostatnie decyzje to jeszcze jeden przykład takiej grupowej współpracy i nie znaczy to, że Wielka Brytania traci wpływ na inne kwestie - tłumaczył Hague, zapewniając, że najważniejsze sprawy będą dalej załatwiane w gronie 27 krajów.